niedziela, 12 lutego 2012

Nawet Tuwim pisał o mnie...

Wczoraj przypominałam sobie księżycowego Andrzeja Bursę. Dziś przyszedł mi do głowy inny poeta, równie bliski, choć definiujący świat zupełnie inaczej. O Julianie Tuwimie i jego wierszach mogłabym pisać sporo - i pewnie jeszcze będę - ale dziś przypomniał mi się bardzo konkretny i wyjątkowy, bo skierowany do dość młodego odbiorcy, tekst. Tekst o mnie.


Jest taka Zosia, 
Nazwano ją Zosia-Samosia, 
Bo wszystko "Sama! Sama! Sama!" 
Ważna mi dama! 

Kto czytał, ten wie, że Zosiny wizerunek w oczach podmiotu lirycznego nie przedstawia się najlepiej. Ale ja nie o tym... Przypomniałam tutaj ten uroczy, acz złośliwy wierszyk, bo sama zostałam już u zarania dziejów zaprogramowana na "zosiosamosizm". A początek 2012 roku przyniósł mi kilka okazji do przemyślenia tej właśnie cechy mojego charakteru.



Zosie-Samosie nie mają lekko w życiu. To, co w dzieciństwie mogło wydawać się zabawne -  czyli ich wprost nieproporcjonalne do wieku, doświadczenia i umiejętności pragnienie samodzielności we wszystkim, czego tylko się podejmują - w życiu dorosłym okazuje się bagażem nad wyraz ciężkim, niekiedy zaś - wprost nie do uniesienia... 

Problem polega na tym, że - nauczone od małości radzenia sobie ze wszystkim we własnym zakresie i na własną rękę - Zosie-Samosie nie potrafią prosić o pomoc. Wstydzą się. Boją. Albo uznają, że nie wypada. 

Może to skutek nieodpowiedniego, bo nie-bezstresowego wychowania? W dzieciństwie Zosie-Samosie wysłuchiwały zazwyczaj niekończących się uwag w stylu: "Zobacz, Marysia potrafi już sama zawiązać sznurowadła, a ty?". To, co w założeniu rodziców miało motywować do rozwoju, stawało się w ten sposób przyczyną zosiosamosizmu. Przy czym zaznaczyć należy, że sznurowadła stanowiły zaledwie wierzchołek góry lodowej. Później przychodziły inne, trudniejsze wyzwania - choćby te szkolne... I znów trzeba było udowadniać - sobie i innym - że potrafi się czegoś dokonać samodzielnie. Bez pomocy. Bez ściągawek i ułatwień.

A może po prostu Zosie-Samosie zbyt często zawodziły się na innych ludziach? Na ich obietnicach - złamanych; na słowach - nic nieznaczących; na zapewnieniach - bez pokrycia... Taka samodzielność to rodzaj cichej rozpaczy i najgorsza odmiana samotności. Przekonane o niezmienności sytuacji i pewne, że nikt nie poda im na starość odpowiedniego klucza czy śrubokrętu, Zosie-Samosie uczą się samodzielności, bo muszą. 
Od czasu do czasu można je spotkać w markecie, jak wybierają w skupieniu komplet narzędzi. Na zapas.

Później zostają z tymi kluczami same.  
Odkręcają śrubki. Montują akumulator w zmrożonym na amen aucie. Od czasu do czasu uszczelniają kran lub poprawiają zawias w drzwiach. Cieszy je to i uspokaja, nawet jeśli zajmuje im to trzykrotnie więcej czasu niż zwykłym śmiertelnikom. Ale tylko zabierając się za swoje sprawy samotnie, bez niczyjej pomocy, zyskują choć na chwilę spokój ducha i poczucie bezpieczeństwa. 

Odróżniam klucz oczkowy od kombinerek?
No to może przetrwam najbliższą epokę lodowcową albo atak kosmitów.
A przede wszystkim - przetrwam bez konieczności żebrania o cudzą uwagę i pomoc.
I bez lęku, że usłyszę od kogoś, kogo miałam za przyjaciela: "Nie mam czasu. Nie obchodzi mnie to. Nie teraz".

W ten sposób można się łudzić, że takie słowa wcale by nie padły, prawda? 
A złudzenia, to często jedyne, co Zosiom-Samosiom pozostaje.

2 komentarze:

  1. OMG, jakbym czytała o mnie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak coś czuję, że jest nas więcej, Titi. ;)

    OdpowiedzUsuń