środa, 17 kwietnia 2013

Nulek w Krainie Babskich Stereotypów

Lubię czuć się wyjątkowa - i pod tym względem nie jestem pewnie... wyjątkiem. ;-) Dawne (i wynikające w dużej mierze z wrodzonej nieśmiałości oraz nabytych przez lata kompleksów) pragnienie wtopienia się w tłum coraz częściej zastępuje u mnie pokusa niebanalności, potrzeba wyróżnienia się, choćby jakimś drobiazgiem. Fakt, z moim wzrostem (o obfitej, ekhmm, figurze i wiechciu na głowie nie wspominając) nie jest to szczególnie trudne wyzwanie... ;-) 

Owszem, jestem istotą społeczną, lubię poczucie wspólnoty duchowej i zabawę w odkrywanie podobieństw, jednak w głębi ducha zawsze pamiętam o swojej odrębności. Pod wieloma względami.

czwartek, 28 marca 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Łaciata baba amsterdamska

No i stało się - wiosnę (kiedy w końcu się u nas zjawi), lato, jesień i wczesną zimę (aż do końca grudnia) spędzę w Poznaniu. :-) Mogę więc z czystym sumieniem zająć się poznawaniem miasta, odkrywaniem na nowo jego urody, szukaniem swoich miejsc i... pracą. Pracą przede wszystkim. 

Zanim jednak na dobre rozgoszczę się w grodzie Przemysła, wyskoczę na kilka dni do Grodziska, by spędzić Wielkanoc z mamą, babcią i... babką. Amsterdamską, gwoli ścisłości. 

Przepis znalazłam w starych pisemkach kulinarnych gromadzonych przez moją rodzicielkę od lat. Wypróbowałam i zakochałam się na zabój w tym wybitnie smacznym cieście drożdżowym naszpikowanym niespodziankami. Jeśli szukacie czegoś wyjątkowego na świąteczny stół - powinniście zapoznać się z tym przepisem, póki nie jest za późno na włączenie go na listę wypieków. ;-) Zwłaszcza że przygotowanie tego cuda - choć wydaje się skomplikowane - w gruncie rzeczy okazuje się dziecinnie proste.



wtorek, 26 marca 2013

Gwałt przez ucho. Ferdydurke w tramwaju i autobusie

Pewnie już wspominałam o tym, że jako dziecko i nastolatka nie znosiłam gadać przez telefon. Ot, skutek uboczny nieśmiałości, którą dopiero jako dorosłej, by nie rzec - wiekowej - kobiecie udało mi się niemal całkowicie przezwyciężyć. :-) Wciąż jednak nie przepadam za zbyt długimi pogaduchami z telefonem przytkniętym do ucha; zdecydowanie wolę kontakt twarzą w twarz, obserwowanie mimiki i gestów rozmówców, uczenie się ich - z całym "dobrodziejstwem inwentarza". Ta niechęć jest jednak niczym w porównaniu z nienawiścią, którą żywię do prowadzenia rozmów telefonicznych w komunikacji publicznej!

Owszem, telefony z pracy tudzież z pracą jakkolwiek związane odbieram natychmiast (chyba, że siedzę w kinie lub... w teatrze), starając się szybko i konkretnie załatwiać sprawy, których one dotyczą. Ale nie wyobrażam sobie prowadzenia w podobnej publicznej sytuacji rozwlekłych i wielowątkowych dyskusji (a i takie się w mojej robocie zdarzają). O rozmowach z moimi bliskimi nie wspominając...

poniedziałek, 25 marca 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: mazurkowa tradycja

W moim domu nigdy nie piekło się mazurków na Wielkanoc. Były baby - najróżniejsze! - i serniki, i makowce, i biszkopty z pianką - ale mazurki? Nie, nie, tego się nie jadało i basta. Dopiero bunt, wzniecony przez moją siostrzyczkę i mnie - wówczas jeszcze nastoletnią, bardzo początkującą kurę domową - sprawił, że nieco zmalał opór mamy wobec tych podejrzanych nowości rodem z kolorowych pisemek dla gospodyń. W końcu usłyszałyśmy od rodzicielki przyzwolenie: "Chcecie? No to sobie zróbcie!".

I zrobiłyśmy. 



Od tamtego czasu - a minęło już kilkanaście lat - jestem domową specjalistką od mazurków. A dziś zdradzam przepis na mój ulubiony - delikatny, kolorowy, łatwo dający się podzielić między domowych łasuchów... Zdjęcia są, rzecz jasna, archiwalne, bo w tym roku przyjemność pieczenia i dekorowania tych ciast zostawiłam sobie na piątek. Może jednak komuś przyda się ten prosty i inspirujący przepis - tak jak kiedyś przydał się mnie? :-)

niedziela, 24 marca 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Francuskie róże z jabłkami

Uwielbiam dostawać kwiaty, choć - niestety - im jestem starsza, tym rzadziej mi się to przytrafia. Na szczęście zawsze mogę je sobie sama... upiec. Tak, tak, to nie pomyłka - dzięki pewnej magicznej recepturze nie muszę już czekać na łaskę i niełaskę wielbicieli. ;-) 

Jak to się robi? Zaklęcia są dwa. W pierwszym można skorzystać z tzw. gotowca, czyli ciasta francuskiego ze sklepu (np. z Biedronki - jest całkiem przyzwoite), w drugim - przygotować coś w rodzaju ciasta francuskiego w domu. Wybrałam drugą opcję, bo mam bardzo dobry przepis w zanadrzu. A efekty? Cóż, sprawdźcie sami...


sobota, 23 marca 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Wyzwanie dla wiosny, czyli zupa szpinakowa

Jest taka knajpka nieopodal teatru, w której się od czasu do czasu stołujemy. A właściwie - która umożliwia nam stołowanie się na wynos, bo miejsca w niej jak na lekarstwo. To "Marchewkowe Pole" przy ulicy Dąbrowskiego - podaję tę nazwę świadomie, bo mogę z czystym sumieniem polecić ich przepyszne zupy każdemu głodomorowi. :-) 

W tejże knajpce serwuje się codziennie kilka pysznych zup. I ja - stworzenie, które w dzieciństwie nienawidziło szczerze wszystkiego, co nie było rosołkiem tudzież pomidorową - się w tych zupach rozkochałam. Mało tego, zaczęłam cichcem kombinować, jak tu podrobić owe zupki w wersji udomowionej, by cieszyć się ich smakiem i kolorem także w domowych pieleszach. A że przepełnia mnie też tęsknota za wiosną, na pierwszy ogień wzięłam coś, co przypomni mi chociaż kolorem, że od kilku dni panuje nam ona - przynajmniej w kalendarzach. ;-)



czwartek, 21 marca 2013

Refleksje cioci Lululi. Migawki z ostatniego tygodnia


Im dłużej żyję, tym częściej przekonuję się, że moja pamięć ma charakter wybitnie migawkowy. Zamiast kilometrowych ciągów przyczynowo-skutkowych zapisują się w niej pojedyncze mgnienia, rozbłyski przeszłości - zarówno tej odległej, dziecinno-naiwnej, jak i tej zupełnie jeszcze świeżej, dopiero co wykluwającej się z teraźniejszości. Lekko wyblakłe, przykurzone - jak fragmenty starych filmów urywających się znienacka - i, jak stare nieme filmy, opatrzone pięknie wykaligrafowanymi etykietkami z napisami...

Może tak najwygodniej przechowuje się dane w mózgu? Zdefragmentowane, poukładane w odpowiednich szufladkach klastry informacji skondensowanych do niezbędnego minimum? Oto próbka takich migawek z minionego - szalenie intensywnego - tygodnia. Zawartość Nulkowej głowy wzbogacona naprędce o kilka wniosków (żeby nikt mi nie zarzucał, iż pędzę żywot bezrefleksyjny i jałowy). :-) Kolaż tematów, wrażeń i błahostek.

środa, 13 marca 2013

Granice muzycznej przyzwoitości

Już od kilkunastu lat nie śpiewałam publicznie (no, chyba że przy ognisku i po solidnej porcji jakiegoś procentowego "znieczulacza" - dla widowni, nie dla mnie...). Nie umiem - choć kiedyś, w okolicach szkoły podstawowej, szło mi to całkiem nieźle. Niestety, brak regularnych ćwiczeń "aparatury" robi swoje - straciłam głos, pewnie już na amen... Dlatego nie śpiewam publicznie i basta.

Nie znaczy to jednak, że w ogóle nie wydaję z siebie dźwięków nawiązujących mniej lub bardziej do tego, co w powszechnym przekonaniu uchodzi za muzykę. Owszem, zdarza mi się nucić coś pod nosem, kiedy prowadzę samochód, sprzątam, zmywam gary albo coś pichcę. Śpiewam też od czasu do czasu w kościele, choć z racji grzesznego żywota, jaki pędzę obecnie, nieczęsto miewam do tego okazję... A szkoda, bo podobno ten, kto śpiewa, modli się dwa razy. O ile, oczywiście, wierzy się w moc modlitwy.

środa, 6 marca 2013

Primum non nocere

"Są już państwo skończonymi łacinnikami..." - tak niezapomniany doktor Jan Godyń, specjalista do spraw angedotek i historii języka polskiego (kolejność specjalizacji nie jest przypadkowa), zwykł zaczynać wywody dotyczące związków polszczyzny z jej starszą siostrą, łaciną, licząc, iż nasza znajomość języka starożytnych Rzymian pomoże nam w zrozumieniu największych nawet zawiłości gramatyczno-historycznych... Otóż tak. Nulek jest skończonym łacinnikiem, co oznacza, że przez 2 lata studiów grzecznie pojawiał się na zajęciach (nawet w poniedziałkowe poranki), zgłębiał tajniki deklinacji i koniugacji, tłumaczył nieszczęsnego Cezara i spółkę, a wreszcie - całkiem przyzwoicie zdał egzamin.I jako skończony łacinnik potrafi też od czasu do czasu błysnąć w towarzystwie jakąś zgrabną starożytną sentencyjką, choć ze względu na postępującą sklerozę zdarza się to Nulkowi coraz rzadziej.

Jedną wszakże sentencję Nulek pamięta bardzo dobrze. Primum non nocere. I nieważne, czy zasadę tę sformułował Hipokrates, czy może geniusz Imhotep. Ważne, że - podobno - wciąż stanowi ona podstawę etyki lekarskiej. Podobno...

Problem w tym, że Nulek od jakiegoś czasu ma poważne wątpliwości dotyczące tłumaczenia. A wszystko przez Nulkową babcię. 

czwartek, 28 lutego 2013

Luty w pięciu smakach

Uwaga! W dzisiejszym odcinku programu "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie..." zajmiemy się wyjątkowym zniknięciem. Otóż zwiał mi dokądś cały luty!
Sypnął śniegiem, by odwrócić moją uwagę, poszczypał nieco w policzki, zawrócił w głowie parapetówką i urodzinami mojej mamy, i ani się obejrzałam, a już zaczął zwijać swój zimowy interes. Za kilka godzin pewnie znikną po nim wszelkie ślady... a ja zostanę na lodzie. Choć - sądząc po prognozach pogody - raczej w kałuży.

Próbowałam go łapać, ale bezskutecznie. Po prostu przeciekł mi przez palce - jak czas w jednym z moich ulubionych wierszy Haliny Poświatowskiej (pisałam o nim tutaj). Zostało po nim tylko pięć smaków - po jednym na każdy palec. ;-)

środa, 20 lutego 2013

Miłość a ortografia

Uwielbiam czerwień we wszystkich odcieniach - od pąsowej po burgundową, wliczając w to nawet niektóre odcienie różu, no, może poza cukierkowym. Jednak w lutym mój afekt do tego koloru zdecydowanie słabnie, by w okolicach walentynek przerodzić się wręcz w lekką awersję. wywołaną zalewem kiczu w sklepach, na ulicach, w mediach, zwłaszcza zaś - w "internetach"... A fakt, że staję się powoli rasową starą panną i że nigdy nie cieszyłam się szczególnym powodzeniem u płci przeciwnej (co wyrażało się co roku znikomą, by nie rzec - równą zeru - liczbą kartek walentynkowych dla mnie w szkolnej poczcie miłosnej), tylko pogłębia moją niechęć do tego durnia, świętego Walniętego.

Z tego też powodu dopiero teraz, niemal tydzień po kulminacji miłosnych szaleństw, pozwalam sobie na wpis tematycznie związany ze świętem epileptyków oraz zakochanych. Chciałabym mianowicie wyznać wszem i wobec, że moje życie miłosne - a raczej jego nędzne resztki - zostało absolutnie zniszczone przez... ortografię.

Smutna konkluzja jak na polonistkę, nieprawdaż? 
Na szczęście to, co niżej, możecie śmiało czytać z przymrużeniem oka. ;) 

niedziela, 10 lutego 2013

Tyle jeszcze muszę znaleźć

Podczas pamiętnej grudniowej przeprowadzki z Krakowa do Poznania nie korzystałam z lusterka wstecznego w pożyczonym od kuzyna samochodzie - wyładowany po dach bagażnik skutecznie pozbawił mnie tego luksusu. Teraz myślę, że ową szaleńczą jazdę można uznać za metaforę doskonale obrazującą moje podejście do przenosin. Bez zastanowienia ruszyłam przed siebie, nie oglądając się na to, co zostawiam. Musiałam - inaczej nie udałoby mi się dokonać tego przeskoku w odpowiednio szybkim tempie. 

Nie jest to bynajmniej typowe dla mnie zachowanie: na co dzień miewam zdecydowanie bardziej refleksyjne podejście do życia i potrafię w myślach wracać do minionych wydarzeń wielokrotnie, analizując je wciąż na nowo i wciąż na nowo zastanawiając się nad sensem tego, co widziałam lub przeżyłam. 

Prowadzenie bloga zdecydowanie mi to ułatwia. Nigdy wcześniej nie cierpiałam na chorobę zwaną pamiętnikarstwem, więc fakt, że mogę w każdej chwili zerknąć do archiwum i przekonać się, co myślałam o sobie i o świecie dokładnie 365 dni temu, stanowi dla mnie pewną nowość, choć przyznaję, że nie zawsze są to przyjemne konfrontacje... 

wtorek, 5 lutego 2013

Wielki powrót gołębia-podglądacza

Krakowskie wspomnienia codziennie przylatują do mnie na stalowoszarych skrzydłach. Siadają na balkonie, bezczelnie przechadzają się po parapecie, łypiąc na mnie bezczelnie - raz jednym, raz drugim bursztynowym okiem. Budzą mnie, nim przypomni sobie o tym rozleniwiony zegarek. Podglądają - czy aby na pewno nie wyjdę za późno do pracy. Gruchają do snu natarczywe, niechciane kołysanki...

Spokojnie. Nie bój się. Nie zwariowałam jeszcze na tyle, by silić się tutaj na metafory niskich - nomen omen - lotów. Na moim balkonie - a czasem także i parapecie - ulokowała się po prostu parka tzw. "latających szczurów", czyli gołębia rodzinka, na razie dwuosobowa (mam nadzieję, że zdążę przeprowadzić eksmisję, zanim pojawią się jakieś... jaja). A to przypomina mi pewną historyjkę, która przytrafiła mi się jeszcze w zamierzchłych akademikowych czasach. 

Nie proś. Nie musisz.
Przecież i tak bym Ci ją opowiedziała... :-)

sobota, 26 stycznia 2013

MUZEUM MATERIALIZMU SENTYMENTALNEGO: szalona kapeluszniczka

Kapelusze słomkowe najprzyjemniej kupuje się zimą - ich szorstki dotyk i wybitnie niefrasobliwy charakter pozwalają choć na moment zapomnieć o dokuczliwym mrozie, śniegu ćwiczącym sobie cichcem przejścia tonalne od niepokalanej bieli po banalną szaroburość, opóźnieniach pociągów, zaskoczonych drogowcach i chodnikowej soli niszczącej nawet najtroskliwiej chronione przed nią buty... Tak, słomkowy kapelusz w zimie to prawdziwe dobrodziejstwo dla wychłodzonej ludzkiej psychiki. Zwłaszcza gdy ktoś - tak jak ja - uwielbia kapelusze...

Mój najnowszy nabytek kształtem przypomina to, co nosiła na głowie niezapomniana Audrey Hepburn w Śniadaniu u Tiffany'ego, choć kolorystycznie zbliża się raczej do dojrzałej śliwki węgierki. No i brakuje mu ozdób - wstążki lub apaszki, którą mogłabym go przewiązać i w ten sposób jeszcze bardziej upodobnić do pierwowzoru ze srebrnego ekranu. Ale co mi tam po filmach, tu nie chodziło o boską Audrey, tylko o tę słomkowość, letniość i absolutną niepraktyczność właśnie. :-) No i o miłość. Od pierwszego wejrzenia.

wtorek, 22 stycznia 2013

Wielki nieobecny

Jako dziecko niemal każdą, nawet najbanalniejszą opowieść potrafiłam przekształcić w baśń. Wystarczyło, że któryś z dorosłych zaczynał snuć wspomnienia... Celowała w tym nieżyjąca już babcia, mama mojego taty. Każdy weekend spędzony w jej malutkim domku w Dębienku pod Stęszewem oznaczał nie tylko wizytę nad położonym nieopodal jeziorem, ale przede wszystkim - niezliczone historie z przeszłości, które płynęły leniwie przez nieruchome, rozgrzane powietrze kolejnych letnich wieczorów.

W tych opowieściach dwie siostry, które utopiły się w Lipnie, bo jedna chciała ratować drugą, zmieniały się w niebezpieczne topielice, wabiące później kolejnych nieostrożnych amatorów kąpieli i wciągające ich pod wodę. Woźnica, który w latach okupacji niemieckiej usiłował porwać babcię, wracającą do domu z pracy w pobliskiej roszarni, zmieniał się w złośliwego diabła z rogami sprytnie schowanymi pod wysłużonym kapeluszem. Pradziadek, który umarł po tym, jak przeziębił się, przeleżawszy kilka godzin nalotu niemieckiego w pełnym śniegu rowie, i który mógł się pochwalić najpiękniejszymi i najzdrowszymi zębami w całej wiosce, nawet w ostatniej chwili uśmiechał się przepięknie do nadchodzącej po niego Śmierci...

sobota, 19 stycznia 2013

MUZEUM MATERIALIZMU SENTYMENTALNEGO: rzecz o cmok-kanapie i przyległościach

Nie ufam ludziom, którzy twierdzą, że nie przywiązują się do dóbr materialnych. Owszem, takie wyznanie brzmi całkiem nieźle w towarzystwie (sugerując szlachetne wyrzekanie się skrzeczącej rzeczywistości na rzecz wartości, hmm, duchowych zapewne...), ale - nie w moim, wybaczcie. ;-) Bo ja lubię swoje rzeczy. I lubię je mieć przy sobie.

Tak, jestem materialistką, ale materialistką sentymentalną, ceniącą nie sam fakt posiadania jakiejś rzeczy, lecz wspomnienia, które ów przedmiot czy mebel wywołuje. Toteż zawsze irytowało mnie pytanie "Mieć czy być?", wałkowane na lekcjach polskiego w liceum aż do znudzenia - bo dlaczego miałabym, do kroćset, wybierać? Mogę być i jednocześnie mieć. Mieć rzeczy, które przypominają mi, kim byłam, jestem i mogę jeszcze się stać.

A że stare panny mają zazwyczaj - postępującą z wiekiem - niebezpieczną skłonność do mentalnych wycieczek w przeszłość, mam nadzieję, że z wyrozumiałością potraktujecie tę moją próbę skatalogowania najważniejszych w moim życiu przedmiotów i związanych z nimi dobrych wspomnień, póki jeszcze nie wyblakły na amen... Zapisane - staną się być może kiedyś moim jedynym orężem w walce z otępiającą starością, której tak się boję, a którą - kto wie? - mogę mieć przecież wpisaną w geny.

wtorek, 15 stycznia 2013

Piętnaście śrubek

Siedzę w domu i wkręcam śrubki. W domu - czyli w moim nowym lokum w Poznaniu, które już zdążyło zasłużyć na to zaszczytne miano, w błyskawicznym tempie przekształcając się z pustawego i mocno opuszczonego (choć na szczęście nie - zapuszczonego) mieszkania w przytulny kąt w sam raz dla starej panny z aspiracjami. ;-) A śrubki - to ostatnie przeszkody stojące mi na drodze do pełnego ogarnięcia tych 35 metrów kwadratowych, dzięki którym mogę od jakiegoś czasu mówić o sobie, że jestem pełnoprawną poznanianką. Każdy ruch śrubokręta - a posługiwanie się tym narzędziem mam już całkiem nieźle opanowane - przybliża mnie do tej jakże miłej chwili...

Zresztą o ostatnich kilkunastu dniach, czyli o mijającej właśnie nieubłaganie pierwszej połowie stycznia, też mogłabym powiedzieć, że to śrubki, które bardzo skutecznie przytwierdzają mnie do wielkopolskiej ziemi. Nigdy wcześniej nie odczuwałam tego procesu tak wyraźnie i nie przeżywałam go tak świadomie - a przecież miałam na to szansę w Krakowie...

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Nulek świętuje

Nigdy nie umiałam się zdecydować, co wolę obchodzić - urodziny czy imieniny. Wprawdzie kilka miesięcy temu intensywnie świętowałam spóźnioną o dekadę osiemnastkę, ale wcześniej bywało różnie, w zależności od humoru i stanu moich relacji ze światem (tudzież ich braku, bo i to się zdarzało, przyznaję...). A w tym roku? Może czas na zupełnie nowe święto?

Kalendarz świąt nietypowych podaje, że dziś - 14 stycznia - przypada Dzień Osób Nieśmiałych (który jest też Dniem Ukrytej Miłości). No to pretekst do uroczystych obchodów już mam, choć (naprowadzona na ten trop przez kogoś, kto też ten dzień świętuje) zorientowałam się dość późno i jestem, przyznaję to ze wstydem, zupełnie nieprzygotowana do celebracji... Bez tortu, bez szampana czy choćby lampki ulubionego wina, by wznieść samotny, cichy toast za wszystkich, z którymi łączy mnie ta nieszczęsna przypadłość: nieśmiałość.

niedziela, 13 stycznia 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Cud, miód, kozi ser, czyli miodowa koza nostra


Każdy szanujący się smakosz wie, jaka jest różnica między głodem a apetytem. A każdy szanujący się łasuch zdaje sobie sprawę, że od czasu do czasu zdarzają się w życiu chwile, w których po prostu MUSI SIĘ sięgnąć po konkretny smak czy składnik i żaden substytut nie może przynieść ukojenia... 

Jako dziecko nie znosiłam sera. Zresztą, co tu dużo mówić, nie przepadałam za nabiałem w żadnej postaci i unikałam go jak ognia. Dziś przychodzi mi pokutować za wcześniejsze kulinarne grzechy - lecz jak przyjemna to pokuta! ;-) Nadrabiam bowiem kulinarne zaległości, sięgając od czasu do czasu po jakiś nowy serowy smak i łącząc go z tym, co aktualnie mam pod ręką.

Jakiś czas temu w moje wiedźmowe szpony wpadła zadziwiająca roladka twarogowa z koziego sera, wzbogacona o dodatek miodu. Rzecz nader intrygująca - zwłaszcza w połączeniu z cynamonem i winogronami... Co z tego wyszło?


Są słowa

Są słowa, na które można odpowiedzieć jedynie siarczystym policzkiem.
Nawet, jeśli trzeba przy tym uderzyć kogoś, kogo się kocha.

Nigdy i nikomu nie pozwolę się bić słowami.

piątek, 11 stycznia 2013

Nulek, muzyka i onomastyka

Hmm, Anula? A od czego to zdrobnienie? - zapytał mnie kiedyś pewien dopiero co poznany (i szybciutko zapomniany - nie przepadam bowiem za brakiem językowej wyobraźni) kolega, któremu przedstawiłam się, używając najulubieńszej wersji mojego jakże banalnego imienia. Cóż, nie jest to może zbyt popularna forma, ale w świecie opanowanym przez Anie, Anki, Aneczki, Anusie oraz Anny okazuje się zaskakująco wygodna ze względu na ową niepopularność właśnie: dzięki niej trudno mnie pomylić. ;-)

Jestem więc Anulą - ewentualnie Nulą lub Nulkiem - od lat i dobrze mi z tym imieniem. Znajomi żartują nawet, że powinnam je umieścić w dowodzie osobistym zamiast tej nieszczęsnej Anny Darii, która tam figuruje od ponad 10 lat (tak, tak, jestem starszą panią, we wrześniu mój pierwszy dowód osobisty stracił termin przydatności do spożycia...). Zresztą - jak podaje Słownik imion współcześnie w Polsce używanych Kazimierza Rymuta - nie byłabym pierwszą osobą, której przyszło to do głowy (polecam tę lekturę gorąco, można z niej wyczytać niesamowite ciekawostki dotyczące imion oraz... ludzkiej fantazji). Tylko po co mi cała ta papierkologia? Jestem Anulą i basta!

środa, 9 stycznia 2013

Za kulisami

No to Nulek zawędrował w zupełnie nowe miejsce - za kulisy pewnego poznańskiego teatru. Od 3 stycznia pracuję tam jako organizatorka pracy artystycznej, w skrócie: OPA (tak, wiem, po niemiecku der Opa to dziadek - czyli pod koniec stycznia czekam na kwiatki, bombonierki i życzenia...). ;-) Właśnie mija pierwszy tydzień mojej aktywności zawodowej na tym zupełnie nieznanym mi polu. I chyba mogę już stwierdzić, że... diablo mi się w owym teatrze podoba.

Może to po prostu magia pracy - po półrocznym bezrobociu pewnie każde zajęcie sprawiłoby mi frajdę. Ale fakt, że mogę pracować w instytucji kultury i że dzieje się dookoła tyle dobrych, pięknych rzeczy, nadaje całej sprawie dodatkowy smaczek. :-) No i sama praca też jest wyjątkowo ciekawa oraz pełna wyzwań - właśnie przymierzam się (z wybitną pomocą bardziej ogarniętych kolegów z pracy) do układania repertuaru na kolejny miesiąc i już widzę, że nie będzie łatwo, a tyle jeszcze innych spraw pozostaje do zrobienia! To właśnie lubię - różnorodność, dynamizm, natłok danych do uporządkowania, leciutki i bardzo mobilizujący stres, telefony, maile, życie z kalendarzem w dłoni... i poczucie, że dokładam swoją cegiełkę do tej skomplikowanej konstrukcji, jaką stanowi każde przedstawienie. :-)

niedziela, 6 stycznia 2013

Mój słownik. Edycja 2012


Ha! Dlaczego nikt, ale to nikt nie przypomniał mi o tym, że 2 stycznia minęła rocznica założenia bloga (pomijając fakt, że prawie nikt tych moich wypocin nie czyta)? ;-) Nieładnie... No, ale sama też muszę się pokajać, moje życie toczy się ostatnio w tak cudownie szybkim tempie, że nie miałam czasu pomyśleć o tym odpowiednio wcześnie. I jest to najlepsza, najprzyjemniejsza z możliwych wymówek!

Jednak - mimo tej wpadki kalendarzowej - przyznaję, że nie umiałabym już żyć bez pisania tutaj. Nie tylko dlatego, że uzewnętrznianie się w tej formie przynosi ulgę i pozwala uporządkować galopadę myśli w głowie, ale też dlatego, że pozwala zachować giętkość palców. Oczywiście tę metaforyczną, związaną z łatwością formułowania myśli. Od kiedy tworzę "Anulowe zapiski", idzie mi to znacznie szybciej i naturalniej - dotykam klawiatury i po prostu: odpływam... :)

Ale dziś - zamiast zwierzeń - znajdzie się tutaj coś w rodzaju podsumowania. Ot, taki mój mały słowniczek, gromadzący w kolejności alfabetycznej najważniejsze hasła, które towarzyszyły mi w 2012 roku. Kto wie, może znajdziecie tu coś... o sobie? ;-) Zapraszam do lektury i ewentualnej dyskusji. :-)

MÓJ SŁOWNIK
EDYCJA 2012


* * *

A

Afery - hasło roku, niewątpliwie. Rozkręciłam ich w tym roku kilka, a najbardziej medialne okazały się sprawy przychodni na Szwedzkiej (to jeden z nielicznych powodów, które sprawiają, że cieszy mnie wyprowadzka z Krakowa - nie będę już musiała martwić się tym przeklętym miejscem na mapie miasta...) oraz niesławnej Fundacji Benefac. Nie żałuję, że się odezwałam. Niewiele mogę zdziałać sama w sprawach, które mnie wkurzają, ale jeśli istnieje choć cień szansy na nagłośnienie problemu i - być może - rozwiązanie go, to nie zamierzam siedzieć cicho. Nigdy. Spodziewajcie się tego. :-)


Auto - 2012 rok zapisze się w mojej pamięci również jako rok ostatecznego rozstania z Białą Strzałą. 10 lat. Mój najdłuższy i najpiękniejszy związek. Zostały mi po niej tablice rejestracyjne, które w poniedziałek muszę oddać do urzędu. I misiek, który dumnie rozsiadał się pod przednią szybą. No i moc wspomnień. Dobranoc, Biała Strzało.

wtorek, 1 stycznia 2013

Wyjątkowy sylwester

Ilekroć w moich rozmowach ze znajomymi padało hasło "sylwester 2012", tylekroć okazywało się, że obowiązującym planem jest... absolutny brak planów. Żadnych hucznych zabaw, żadnych wielkich imprez - zupełnie jakby ludzie nie wierzyli, że przetrwają ów głośny koniec świata, który miał nadejść 21 grudnia. Sama też zresztą nie planowałam niczego i dopiero pod koniec grudnia uznałam, że chcę spędzić ostatni wieczór 2012 roku we Wrocławiu, w gronie moich przyjaciół. To miała być krótka wizyta na jedną noc - 2 stycznia muszę się przecież zjawić na badaniach profilaktycznych, żeby 3 stycznia móc już normalnie (po tak długiej przerwie...) do pracy. Taki był plan. Taaak...

Ponieważ jednak postanowiłam do końca roku załatwić swoje krakowskie interesy, przed wyprawą do Wrocławia musiałam jeszcze odwiedzić Kraków, by pożyczonym od kuzyna samochodem wywieźć swoje graty. W końcu w Poznaniu czekało już na nie moje nowe lokum. :-) 

Na mojej ukochanej łagiewnickiej górce mieszkałam przez - bagatelka - ponad 2 lata. Nie przypuszczałam jednak, że na 33 mkw. uda mi się w tym czasie zgromadzić aż tyle książek, garnków, ciuchów i innych sprzętów, o kolekcji świeczek, zapasie pościeli i słoików nie wspominając. W swojej naiwności liczyłam, że zdołam spakować wszystko w jeden wieczór, załadować do pojemnego przecież auta i ruszyć do domu w ciągu 24 godzin. Zwłaszcza, że cmok-kanapa, fotele, pralka i kilka innych dużych sprzętów miały zostać w grodzie Kraka - dla potomnych... ;-) 

No cóż, mówiąc krótko - nie udało się.