Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruno Schulz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruno Schulz. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 października 2015

31, czyli Nulek wraca do krainy liczb pierwszych

Nie będę zaprzeczać. Znowu to zrobiłam. Kilkanaście dni temu bezczelnie, z premedytacją i pewnym krokiem, choć bez zbędnych fanfar i tortów (bo co to za frajda, gdy się samej sobie piecze tort?), wkroczyłam w kolejny rok życia, kończąc straszliwe 31 lat. 

Niby nic. Przecież na ogół to 30. urodziny uznawane są za te wyjątkowe i znaczące - bo zmienia się cyferka na początku, bo człowiek wkracza w nowy etap dorosłości, bo dla kobiety to taka trauma... 31. rocznica przyjścia na świat wygląda przy tym niepozornie. Ani to okrągłe, ani efektowne, ani się nie dzieli na jakieś rozsądne etapy. W sumie - bardzo niewygodna sprawa. 

A dla mnie 31 jest ważną liczbą. Bo przez ostatni rok, dzielący ją od tej krąglutkiej, słynnej 30-stki, dokonałam co najmniej 31 odkryć w różnych kategoriach. O sobie. O ludziach. I o świecie - no, może nie o całym, ale o moim z pewnością. Wypisałam je sobie, żeby, kiedy mi już przejdzie zamiłowanie do liczb pierwszych, nie zapomnieć o żadnym. 

* * * 

Kategoria nr 1: samookaleczenia. Potrafię sama obciąć sobie grzywkę. A jak się uprę, to i wycieniować włosy. Niby nic, ale jednak zakup nożyczek fryzjerskich i prostej maszynki z trymerem okazał się kamieniem milowym w dziejach mojej - coraz krótszej - fryzury. Nie muszę już przeżywać katuszy, czekając, aż moja ulubiona i oblegana grodziska fryzjerka będzie mieć dla mnie czas i miejsce. Tnę się. Sama. I - zgodnie z zasadą "ładnemu we wszystkim ładnie, a brzydkiemu - wszystko jedno" - nie dopuszczam do tego, by efekt, jaki by nie był, spędzał mi sen z powiek. ;-) 

piątek, 14 grudnia 2012

ANULOWYM OKIEM: Bruno, nareszcie!

Czas na ciąg dalszy relacji z mojego kulturalnego czwartku w Krakowie. :-) Zostawiłam Was wczoraj z Franzem Kafką nie bez kozery - bo postać ta stanowi łącznik między Warholem a artystą, którego prace obejrzałam później w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego. Artystą, którego Kafka fascynował i którego nazwisko znalazło się nawet na stronie tytułowej polskiego wydania Procesu, choć z wydaniem tejże książki nie miał w gruncie rzeczy nic wspólnego, użyczając jedynie swego nazwiska narzeczonej, która przetłumaczyła powieść.



wtorek, 4 września 2012

Sennik cygański

W nocnych pociągach prawdziwym podróżnikom śnią się prawdziwie cygańskie sny. Wystarczy wtulić się w kąt przedziału i przykryć lekkim, polarowym kocem. Poduszkę zastąpić może z powodzeniem plecak lub torba, w ostateczności - kurtka tudzież szalik. Stłumione chłodną mgiełką światła mijanych dworców - to nasze lampki nocne, światełka nadziei w morzu nieprzeniknionej wrześniowej nocy. Szum świata, stukot pociągu - melodia kołysanki... Jak niewiele trzeba, by stworzyć sobie namiastkę bezpiecznego domu. 

Ludzie boją się sypiać w nocnych pociągach. Wsiadają do nich niepewni, przestraszeni legendami o złodziejach zaopatrzonych w gaz usypiający i inne niebezpieczne środki. Nerwowo rozkładają walizki na półkach, przyciskają do piersi saszetki z pieniędzmi i zastygają na swoich miejscach, wpatrzeni w groźne oczy nocy, czasami odgradzając się od nich książką lub słuchawkami pełnymi muzyki dnia. Niekiedy ratują się rozmową, odganiając sen żartami, anegdotami lub plotkami. Oszukują czas, racząc się kanapkami przeznaczonymi na śniadanie. Blefują nieudolnie - byle nie zasnąć...

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Weekendowe migawki. Cień

Jeśli pamięć jest jak aparat fotograficzny, to moja najwyraźniej została wyposażona w dodatkowe funkcje, utrwalające nie tylko obrazy, ale też zapachy, dźwięki, uczucia i smaki. Uwieczniam tym aparatem najważniejsze chwile, tak dokładnie, że nawet po latach mogę odtworzyć je precyzyjnie w dowolnym momencie. Miniony weekend przyniósł mi mnóstwo takich cudownych migawek. Były wśród nich scenki towarzysko rodzajowe - z Poznania przyjechał dawno niewidziany Oregano, na chwilę przed odlotem na miotle do Niemiec zajrzała Wiedźma Joasia, była Ania z Warszawy, pojawiło się też kilka nowych twarzy; były biesiady, długie rozmowy przy piwie i winie, martwa natura z ciastem cynamonowym i domową pizzą, nowohuckie oraz podziemne pejzaże...

Ale - prócz tych dużych kompozycji - w moich pamięciowych zbiorach znajdą się też urocze drobiazgi, obrazki maleńkie jak miniaturki malowane przez Jana Stanisławskiego. Jeden z nich notuję sobie tutaj. Niech trwa.


czwartek, 29 marca 2012

Kiedy maluję

Już jako kilkuletni, wiecznie domagający się czytania wredny bachor lubiłam w wolnych chwilach sięgać po kredki, pisaki albo inne mazidła i odwzorowywać świat. Przez jakiś czas moim ulubionym motywem był koń ciągnący wśród pagórków wóz pełen siana (prawie jak u Schulza w Genialnej epoce...), który pojawiał się niemal na każdej pustej powierzchni, jaką tylko udało mi się dopaść. 

To była taka dziecięca wersja horror vacui, która zmuszała mnie do zamalowywania wszelkich wolnych powierzchni moimi bazgrołami. Szczególnie upodobałam sobie towar deficytowy, jakim były pudełka po czekoladkach - tworzyły bowiem eleganckie, gotowe ramy, w których moje dziecinne bohomazy prezentowały się szczególnie imponująco. Do dziś walają się pewnie gdzieś po kątach rodzinnego domu przykłady mojej wczesnej twórczości... Czysta abstrakcja, proszę państwa, wymieszana z nikiforyzmem pierwszej wody!


wtorek, 28 lutego 2012

Dzień w prezencie

Pamiętam wciąż swój dziecinny zachwyt, kiedy odkryłam w kalendarzu, że raz na kilka lat Pan Czas robi nam psikusa i dodaje do lutego dodatkowy dzień. Od chwili, w której uświadomiłam sobie istnienie owych nadprogramowych 24 godzin, czekałam z niekłamaną radością na nadejście roku przestępnego i na ten wspaniały bonus, przekonana, że 29 lutego, niebywały wybryk losu, musi przynieść mi wyjątkowe chwile... 

Umysł dziecka - a czasami też umysł dorosłego - potrafi dokonać rzeczy niebywałej: sprawę oczywistą, wynikającą z oficjalnych ustaleń Juliusza Cezara (podobno to za jego czasów po raz pierwszy ustanowiono rok przestępny i uznano, że luty zasługuje na wyróżnienie dodatkowym dniem) oraz jego rozmaitych następców majstrujących przy kalendarzach, potrafi uznać za specjalny i wyjątkowy podarunek, taką życiową ofertę specjalną bez kruczków i drobnego druku. Taki przysłowiowy dar od losu. Mnie to zostało do dziś - 29 lutego uznaję za prezent tylko dla mnie. Moje cudownie jeszcze niewykorzystane 24 godziny.


niedziela, 22 stycznia 2012

Drohobycka legenda

Dawno temu w niewielkim ukraińskim mieście żył sobie drobny, nieśmiały człowiek z ogromną wyobraźnią. Urodził się w rodzinie żydowskiej, ale nawet nie znał jidysz i trudno byłoby go nazwać ortodoksyjnym wyznawcą. Mimo to z wielką nadzieją oczekiwał nadejścia Mesjasza. 


Uczył też w szkole, by zdobyć środki na utrzymanie. Na zajęciach z techniki, które mu przydzielono, wolał jednak snuć opowieści, które oczarowywały i podbijały serca dzieci, przenosząc małych drohobyckich łobuziaków do niezwykłego świata baśni i fantazji. W tych historiach wszystko było możliwe - szewc zmieniał się w swój zydel, a dorożkarski koń nagle, ni stąd, ni zowąd, okazywał się zabawką...



Poważniej. List do Ciebie

"Potrzebny mi jest towarzysz. Potrzebna mi jest bliskość pokrewnego człowieka. Pragnę jakiejś poręki świata wewnętrznego, którego istnienie postuluję. Wciąż tylko trzymać go na własnej wierze, dźwigać go wbrew wszystkiemu siłą swej przekory – jest trudem i udręką Atlasa. Czasem zdaje mi się, że tym wytężonym ges­tem dźwigania trzymam nic na swoich barkach. Chciałbym móc na chwilę złożyć ten ciężar na czyichś ramionach, rozprostować kark i spojrzeć na to, co dźwigałem".


(Bruno Schulz, list do Tadeusza Brezy)


Czy zdarza Ci się, że trafiasz na czyjeś słowa, które dotykają głęboko, najgłębiej... zupełnie, jakby to Tobie wymknęły się one w chwili nieuwagi, wprost z serca, niechcący, i teraz powracają doskonale odbitym echem? W 1934 roku Bruno Schulz napisał taki właśnie list. Kilkadziesiąt lat później, po raz pierwszy wczytując się w korespondencję czarodzieja z Drohobycza, natknęłam się na zacytowane wyżej zdania i nagle - w zaciszu opustoszałej poznańskiej biblioteki - poczułam, jakby ktoś położył mi na ramieniu dłoń, takim poufałym, pełnym czułości gestem, na jaki mogą zdobyć się jedynie bardzo bliscy sobie ludzie.