Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziadek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziadek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 października 2015

MUZEUM MATERIALIZMU SENTYMENTALNEGO: PPP - pod patronatem prababci

Nie dorobiłam się w mojej poznańskiej dziupli zbyt wielu zbytków. Na nieco ponad 30 metrach kwadratowych wynajętej prywatności nie mam ani zaawansowanego technologicznie sprzętu RTV, ani kuchennych cudów techniki (prócz solidnego blendera, miksera, który zniesie każdą moją kulinarną fanaberię i ekspresu do kawy - prezentu od znającej mnie i moje uzależnienia na wylot młodszej siostry), ani designerskich mebli godnych przeciętnej bohaterki typowego serialu o nowoczesnej samotnej kobiecie.

No, jakoś mi to nie wyszło. Mam za to regał pełen książek (tych ważnych dla mnie - i tych, które po prostu już nie zmieściły się w bazie w domu rodziców). Mam kolekcję kapeluszy. I mam prawdziwego ducha!

Zjawa poczyna sobie na razie nader nieśmiało, ale nie oszukujmy się, kto by się chciał wychylać zanadto, gdy dopiero kończy mu się umowa na okres próbny? ;-) Nie pobrzękuje łańcuchami, nie łaskocze mnie w wystające spod kołdry stopy, nie zawodzi po kątach (nie może - w bloku obowiązuje wszak cisza nocna!)... Ale jest. I patrzy na mnie wprost ze ściany.


Poznajcie się - to mój rodzinny duch. Prababcia. 


czwartek, 28 lutego 2013

Luty w pięciu smakach

Uwaga! W dzisiejszym odcinku programu "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie..." zajmiemy się wyjątkowym zniknięciem. Otóż zwiał mi dokądś cały luty!
Sypnął śniegiem, by odwrócić moją uwagę, poszczypał nieco w policzki, zawrócił w głowie parapetówką i urodzinami mojej mamy, i ani się obejrzałam, a już zaczął zwijać swój zimowy interes. Za kilka godzin pewnie znikną po nim wszelkie ślady... a ja zostanę na lodzie. Choć - sądząc po prognozach pogody - raczej w kałuży.

Próbowałam go łapać, ale bezskutecznie. Po prostu przeciekł mi przez palce - jak czas w jednym z moich ulubionych wierszy Haliny Poświatowskiej (pisałam o nim tutaj). Zostało po nim tylko pięć smaków - po jednym na każdy palec. ;-)

wtorek, 22 stycznia 2013

Wielki nieobecny

Jako dziecko niemal każdą, nawet najbanalniejszą opowieść potrafiłam przekształcić w baśń. Wystarczyło, że któryś z dorosłych zaczynał snuć wspomnienia... Celowała w tym nieżyjąca już babcia, mama mojego taty. Każdy weekend spędzony w jej malutkim domku w Dębienku pod Stęszewem oznaczał nie tylko wizytę nad położonym nieopodal jeziorem, ale przede wszystkim - niezliczone historie z przeszłości, które płynęły leniwie przez nieruchome, rozgrzane powietrze kolejnych letnich wieczorów.

W tych opowieściach dwie siostry, które utopiły się w Lipnie, bo jedna chciała ratować drugą, zmieniały się w niebezpieczne topielice, wabiące później kolejnych nieostrożnych amatorów kąpieli i wciągające ich pod wodę. Woźnica, który w latach okupacji niemieckiej usiłował porwać babcię, wracającą do domu z pracy w pobliskiej roszarni, zmieniał się w złośliwego diabła z rogami sprytnie schowanymi pod wysłużonym kapeluszem. Pradziadek, który umarł po tym, jak przeziębił się, przeleżawszy kilka godzin nalotu niemieckiego w pełnym śniegu rowie, i który mógł się pochwalić najpiękniejszymi i najzdrowszymi zębami w całej wiosce, nawet w ostatniej chwili uśmiechał się przepięknie do nadchodzącej po niego Śmierci...

niedziela, 22 stycznia 2012

Dziadek i Kleofasek

W Dzień Dziadka zawsze myślę o książkach czytanych w dzieciństwie. Było ich mnóstwo, bo  - jako mała szantażystka o wysoce rozwiniętych zdolnościach manipulatorskich - pozwalałam się przekupić do wykonania nielubianych czynności (jedzenie, spanie, pójście do dentysty itd.) jedynie książkami, najlepiej czytanymi przez ukochanego dziadka właśnie... To była jego działka - czytanie. I były to zarazem jedyne chwile, kiedy ja, mały łobuz z wiecznie poobijanymi kolanami (to mi zostało do dziś) i tysiącem pomysłów w łepetynie (no dobra, to też zostało...), potrafiłam siedzieć godzinami spokojnie, zasłuchana w słowa kolejnych opowieści.


Najbardziej lubiłam opowieść "O pingwinie Kleofasku" Ireny Tuwim. Tupot małych, pingwinich stópek rozbrzmiewał przez całe moje dzieciństwo, a uroczo nieporadne ilustracje rozświetlały niemal każdy dziecinny sen... :-)


Tak, pingwin musiał się pojawić choć na chwilę, za każdym razem, kiedy tylko zasiadaliśmy przy dużym kuchennym stole na codzienną porcję lektury. Nieważne, że znałam każde słowo z tej książeczki i nieraz podpowiadałam dziadkowi, co powinno nastąpić w kolejnym akapicie. Pingwinek Kleofasek - mój ptasi i nielotowaty idol - nie miał prawa do urlopu. Dziadek - jak łatwo się domyślić - też. ;-)