Szanowni Kosmici*,
jeśli krążycie właśnie nad pogrążonym w mroku Grunwaldem, planując inwazję albo chociaż małe polowanko na typowe ziemskie okazy fauny do Waszego laboratorium lub zoo, proszę niniejszym: odpuśćcie sobie moją skromną osobę. Ja... Ja się raczej nie nadaję do reprezentowania gatunku zwanego szumnie ludzkością.
Słabo przystaję do obowiązujących aktualnie na Ziemi standardów.
Nie będzie ze mnie pożytku.
Nie robię kariery, nie pomstuję na kredyt we frankach, bo nikt mi nigdy nie dał kredytu, nie jestem ani sexy-mamą, ani korpo-wampirzycą, ani nawet singielką, bo wolę określenie "stara panna" i się przy tym językowym niuansie wciąż głupio upieram.
Nie uległam jakoś modzie na bieganie, marnie mi idzie igranie z ogniem, łamanie zasad i podążanie za modami, zdecydowanie zbyt wyraźnie - jak na wymogi współczesności - widzę różnicę między dobrem a złem, między rozsądkiem a brawurą. Nie zainstalowano mi w głowie przeświadczenia o tym, że koniecznie muszę podbić ten świat. Wystarcza, że się nim zachwycam.
Toteż - zamiast skakać na bungee albo ekscytować kolejnymi edycjami nowoczesnych gadżetów w iście kosmicznym stylu - wolę szukać emocji w słowach, obrazach i dźwiękach. To one dostarczają mi wrażeń, to w nich znajduję siłę do życia, kiedy wszystko inne zawodzi.
To one wywołują we mnie ciarki.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiersze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiersze. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 8 lutego 2015
niedziela, 18 stycznia 2015
"...czasem list, lecz bez krzyku »Pomocy!«"
Był ze mną, kiedy z zapałem literackiej neofitki poznawałam kolejne tomy Jeżycjady, zagłębiając się też w szczegóły losów rodzinnych autorki tego cyklu. Był, kiedy w Konstancinie decydowały się losy moich studiów i mojej (było wszak takie ryzyko) kariery ekonomistki - w finałowym etapie olimpiady interpretowałam jeden z jego tekstów. Był w mojej głowie, gdy wyruszałam do Krakowa, w stronę wielkiej niewiadomej. I kiedy wróciłam do Poznania, do teatru, w którym przygotowywano właśnie przedstawienie na podstawie jego tekstów.
Jest nadal - bo los związał mnie z owym spektaklem na stałe (o ile w świecie teatru może istnieć coś stałego...).
Stanisław Barańczak. Od grudnia wielki (nie)obecny.
Niech więc i w ten mglisty wieczór zjawi się z pomocnymi słowami.
Nic więcej dodawać nie chcę. Nie dzisiaj.
* * *
Stanisław Barańczak
Drobnomieszczańskie cnoty
Ta bezbrzeżna, zalana, lirycznie-bokserska
pogarda w oczach artysty J., gdy się przysiadał w "Smakoszu",
zionąc nieogolonym, trzydniowym podmuchem:
jak to, ja pod krawatem, kiedy on pod muchą,
ja skrępowany, zapięty, gdy on ostatnią z koszul
rozrywa jak krwawiącą pierś! Filisterski brak serca,
drobnomieszczańskie cnoty. Ja wiem, ja się ich wstydzę,
od lat poniżej poziomu: co za blamaż, nie mieć w biografii
ani jednego rozwodu, dewiacji, większego nałogu,
kuracji psychiatrycznej, burzliwego romansu na boku,
pełnokrwistego podcięcia żył; jakieś szare gafy
zamiast tęczowych skandali; chandry trwające z tydzień,
zamiast żeby z szacunkiem szeptano: "B. ma potworne
wielomiesięczne kryzysy"; żadnego dzwonienia po nocy
do przyjaciół z żądaniem wysłuchania nowego wiersza,
pożyczki na heroinę czy kaucję, znalezienia w ich życiu miejsca
na mnie, całego; nic - czasem list, lecz bez krzyku "Pomocy!",
najwyżej z aluzją typu: "Ostatnio jestem w złej formie".
Ja wiem, to nie materiał na mit, kult, legendę,
film z Robertem De Niro, tłuczeniem szkła i scenami.
W którym momencie zszedłem, nieuleczalny prymus,
na tę złą drogę? Skąd ten chorobliwy przymus,
aby udawać zdrowie, ustawiać przed zniszczeniami
barierki i makiety? Z pewności, że nie będę
i tak słyszany ze swoją zdławioną supliką donikąd
w chórze profesjonalnie dźwięcznych koloratur
skowytu? Z nieśmiałości? Z nie do zniesienia jaskrawej
świadomości, że trzeba by, na dobrą sprawę,
w każdej sekundzie życia powtarzać to samo "ratuj"?
Z niechęci do zakłócania spokoju ratownikom
czy z krańcowej niewiary w ich ratownicze talenty?
Z pychy: że dam sobie radę z upchniętym do wnętrza złem?
Czy z innej pychy: kogoś, kto jest tak niedościgłym mistrzem
własnych braków i mroków, że nie wciąga w ich system zamknięty
nikogo, igrając z myślą: och, gdybym tak zdradził, co wiem;
gdybym chciał wam powiedzieć to wszystko, o czym milczę?
Jest nadal - bo los związał mnie z owym spektaklem na stałe (o ile w świecie teatru może istnieć coś stałego...).
Stanisław Barańczak. Od grudnia wielki (nie)obecny.
Niech więc i w ten mglisty wieczór zjawi się z pomocnymi słowami.
Nic więcej dodawać nie chcę. Nie dzisiaj.
* * *
Stanisław Barańczak
Drobnomieszczańskie cnoty
Ta bezbrzeżna, zalana, lirycznie-bokserska
pogarda w oczach artysty J., gdy się przysiadał w "Smakoszu",
zionąc nieogolonym, trzydniowym podmuchem:
jak to, ja pod krawatem, kiedy on pod muchą,
ja skrępowany, zapięty, gdy on ostatnią z koszul
rozrywa jak krwawiącą pierś! Filisterski brak serca,
drobnomieszczańskie cnoty. Ja wiem, ja się ich wstydzę,
od lat poniżej poziomu: co za blamaż, nie mieć w biografii
ani jednego rozwodu, dewiacji, większego nałogu,
kuracji psychiatrycznej, burzliwego romansu na boku,
pełnokrwistego podcięcia żył; jakieś szare gafy
zamiast tęczowych skandali; chandry trwające z tydzień,
zamiast żeby z szacunkiem szeptano: "B. ma potworne
wielomiesięczne kryzysy"; żadnego dzwonienia po nocy
do przyjaciół z żądaniem wysłuchania nowego wiersza,
pożyczki na heroinę czy kaucję, znalezienia w ich życiu miejsca
na mnie, całego; nic - czasem list, lecz bez krzyku "Pomocy!",
najwyżej z aluzją typu: "Ostatnio jestem w złej formie".
Ja wiem, to nie materiał na mit, kult, legendę,
film z Robertem De Niro, tłuczeniem szkła i scenami.
W którym momencie zszedłem, nieuleczalny prymus,
na tę złą drogę? Skąd ten chorobliwy przymus,
aby udawać zdrowie, ustawiać przed zniszczeniami
barierki i makiety? Z pewności, że nie będę
i tak słyszany ze swoją zdławioną supliką donikąd
w chórze profesjonalnie dźwięcznych koloratur
skowytu? Z nieśmiałości? Z nie do zniesienia jaskrawej
świadomości, że trzeba by, na dobrą sprawę,
w każdej sekundzie życia powtarzać to samo "ratuj"?
Z niechęci do zakłócania spokoju ratownikom
czy z krańcowej niewiary w ich ratownicze talenty?
Z pychy: że dam sobie radę z upchniętym do wnętrza złem?
Czy z innej pychy: kogoś, kto jest tak niedościgłym mistrzem
własnych braków i mroków, że nie wciąga w ich system zamknięty
nikogo, igrając z myślą: och, gdybym tak zdradził, co wiem;
gdybym chciał wam powiedzieć to wszystko, o czym milczę?
środa, 18 września 2013
Wrześniowy ranek
Wrześniowy ranek
* * *
Świt na gołębich łapkach
błądzi jeszcze
wśród zalanych zimnym mlekiem światła ulic
Skostniałe z zimna sny
kulą się w bramach
Na próżno pukały nocą
w zamknięte szczelnie okna
marznących marzycieli
Liście schną z zazdrości
na widok wciąż zielonych
autobusów
A fontanny
wypłakały już wszystkie łzy
po lecie
Uparte dziewczęta
jesień łaskocze we wciąż nagie łydki
lodowatym piórkiem poranka
ich śmiech
zmieniony w kasztany
znika w trawie września
* * *
Świt na gołębich łapkach
błądzi jeszcze
wśród zalanych zimnym mlekiem światła ulic
Skostniałe z zimna sny
kulą się w bramach
Na próżno pukały nocą
w zamknięte szczelnie okna
marznących marzycieli
Liście schną z zazdrości
na widok wciąż zielonych
autobusów
A fontanny
wypłakały już wszystkie łzy
po lecie
Uparte dziewczęta
jesień łaskocze we wciąż nagie łydki
lodowatym piórkiem poranka
ich śmiech
zmieniony w kasztany
znika w trawie września
sobota, 29 czerwca 2013
Trudna sztuka
Trudna sztuka
codzienności
polega na maskowaniu
cichej rozpaczy
gryzącej pustki
gładkiej samotności
chropowatych marzeń
nieobecnej nadziei
głośnym i równie prawdziwym
śmiechem
codzienności
polega na maskowaniu
cichej rozpaczy
gryzącej pustki
gładkiej samotności
chropowatych marzeń
nieobecnej nadziei
głośnym i równie prawdziwym
śmiechem
piątek, 26 kwietnia 2013
Szkoda
* * *
Szkoda że Pan nie przyszedł
Wcale nie chciałam pana na dobre i na złe
Nie interesuje mnie zaobrączkowana wieczność
Nie mam apetytu
na wieczory wplecione w pomarszczone dłonie
na dyplomy pochwalne za zgodne pożycie
w zakurzonych ramach czasu
na zmęczone uśmiechy bezlitośnie młodych wnuków
Pańska matka mogłaby dla mnie pozostać nieznajomą
Obylibyśmy się bez śladu
mojej szminki na pana koszuli
i bez triumfującej szczoteczki do zębów
zatkniętej na biegunie umywalki
Patrząc na nie nasze dzieci
głaszcząc nie nasze psy i koty
pieszcząc się nie naszymi słowami
moglibyśmy tak zwyczajnie
rozmienić na drobne kilka pustych wieczorów
w tym samym barze albo parku
Szkoda że Pan nie przyszedł
tej wiosny
czwartek, 28 lutego 2013
Luty w pięciu smakach
Uwaga! W dzisiejszym odcinku programu "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie..." zajmiemy się wyjątkowym zniknięciem. Otóż zwiał mi dokądś cały luty!
Sypnął śniegiem, by odwrócić moją uwagę, poszczypał nieco w policzki, zawrócił w głowie parapetówką i urodzinami mojej mamy, i ani się obejrzałam, a już zaczął zwijać swój zimowy interes. Za kilka godzin pewnie znikną po nim wszelkie ślady... a ja zostanę na lodzie. Choć - sądząc po prognozach pogody - raczej w kałuży.
Próbowałam go łapać, ale bezskutecznie. Po prostu przeciekł mi przez palce - jak czas w jednym z moich ulubionych wierszy Haliny Poświatowskiej (pisałam o nim tutaj). Zostało po nim tylko pięć smaków - po jednym na każdy palec. ;-)
Sypnął śniegiem, by odwrócić moją uwagę, poszczypał nieco w policzki, zawrócił w głowie parapetówką i urodzinami mojej mamy, i ani się obejrzałam, a już zaczął zwijać swój zimowy interes. Za kilka godzin pewnie znikną po nim wszelkie ślady... a ja zostanę na lodzie. Choć - sądząc po prognozach pogody - raczej w kałuży.
Próbowałam go łapać, ale bezskutecznie. Po prostu przeciekł mi przez palce - jak czas w jednym z moich ulubionych wierszy Haliny Poświatowskiej (pisałam o nim tutaj). Zostało po nim tylko pięć smaków - po jednym na każdy palec. ;-)
środa, 19 grudnia 2012
2 wiersze. W oczekiwaniu na koniec świata
O końcu świata, który ma nastąpić dokładnie za 2 dni, bo tak przepowiedzieli wszechwiedzący Majowie i kilku współczesnych, równie wszechwiedzących, jasnowidzów, trąbią już od dawna wszystkie media. W sklepach ruch - nie wiadomo, czy ludzie robią zwykłe zapasy przed Świętami, czy też przygotowują się raczej do nadejścia katastrofy, licząc, że uda im się przetrwać w piwnicy wypchanej śledzikami w zalewie, konserwami tyrolskimi oraz butelkowaną wodą... Nie ma rozmowy, nie ma spotkania, by nie pojawiło się nawiązanie do owej nadchodzącej wielkimi krokami apokalipsy. A ja? A ja siedzę i przypominam sobie ulubione wiersze...
Oczywiście, mam na myśli poezję, w której słowo "koniec" odgrywa niebagatelną rolę. Pierwszy z wierszy pamiętam z lekcji polskiego w liceum (wtedy też nauczyłam się go recytować), drugi - chyba jeszcze z czasów szkoły podstawowej.
wtorek, 6 listopada 2012
Jak Nulek wiersza na Fejsbuku szukał, czyli krótka przypowieść o potędze social mediów
Lubię swój głos. Uważam, że to jedna z tych nielicznych (inny przykład: wzrost) spraw, których w moim wypadku Matka Natura nie spartoliła, że się tak kolokwialnie wyrażę. ;-) Lubię mówić, dobierając odpowiednio słowa i tony. Lubię czytać na głos i interpretować to, co napisali inni. Dlatego - odkąd pamiętam - chętnie brałam udział we wszelkiego rodzaju konkursach recytatorskich. Nie zawsze z pozytywnym skutkiem - ale zawsze z ogromną radością i ciekawością... Podczas przygotowań do jednego z takich konkursów (to musiało być na początku liceum, bo należałam wtedy jeszcze do koła teatralnego prowadzonego przez panią Hanię Mańkowską) trafiłam jednak na wiersz, który w późniejszych latach przysporzył mi wielu zgryzot...
A wszystko przez to, że o nim zapomniałam.
Nie wiem, jak to się stało. Zwykle całkiem dobrze zapamiętuję dłuższe partie tekstów, które mi się podobają - a ten wiersz spodobał mi się bardzo. Musiało zadziałać jakieś fatum, które w tajemniczy sposób wymazało z mojej pamięci wszystko - wszystko! - prócz ostatnich dwóch wersów...
Więc dziękuję ci miły za pamięć
Właśnie ciebie zapominam na śmierć
A wszystko przez to, że o nim zapomniałam.
Nie wiem, jak to się stało. Zwykle całkiem dobrze zapamiętuję dłuższe partie tekstów, które mi się podobają - a ten wiersz spodobał mi się bardzo. Musiało zadziałać jakieś fatum, które w tajemniczy sposób wymazało z mojej pamięci wszystko - wszystko! - prócz ostatnich dwóch wersów...
Więc dziękuję ci miły za pamięć
Właśnie ciebie zapominam na śmierć
poniedziałek, 5 listopada 2012
Zombie, limeryk i ogólnofilozoficzna konkluzja
Można nie lubić Halloween, ale nie da się czasami uciec od tego tematu. ;-) Dynie, duchy, przebieranki, cukierki (o, nie, Nulek, żadnych cukierków, przecież od ponad miesiąca nie jesz już słodyczy...), psikusy... Ma to swój urok. No i można poćwiczyć kreatywność.
Na przykład - popełniając limeryk przy okazji jakiegoś konkursu. Zdarzyło mi się to właśnie dziś. A przytaczam tekst ze względu na konkluzję, do jakiej doszła po lekturze tej miniaturki pewna zaprzyjaźniona filozofka.
Oto limeryk (marny, bo marny, ale mój ci on!):
No i - najcenniejszy - komentarz filozoficzny pierwszej czytelniczki:
to mogłaby być prolegomena do artykułu o kondycji współczesnych mężczyzn.
Dla takich chwil i takich rozmów warto czasem coś skrobnąć do rymu. ;-)
Na przykład - popełniając limeryk przy okazji jakiegoś konkursu. Zdarzyło mi się to właśnie dziś. A przytaczam tekst ze względu na konkluzję, do jakiej doszła po lekturze tej miniaturki pewna zaprzyjaźniona filozofka.
Oto limeryk (marny, bo marny, ale mój ci on!):
Pewien zombie, co żył w Dobrym Mieście,
skonsumować chciał związek nareszcie.
Lecz gdy chwila nastała,
odpadła mu... część ciała
strategiczna. Gdy znajdziecie, wskrzeście. ;)
to mogłaby być prolegomena do artykułu o kondycji współczesnych mężczyzn.
Dla takich chwil i takich rozmów warto czasem coś skrobnąć do rymu. ;-)
środa, 3 października 2012
Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Pierożki z piosenką i piekarnikiem w tle
Są piosenki, które poprawiają humor, a przy okazji - pobudzają nieco apetyt. I nie mówię tylko o apetycie na życie. ;-) Jak na przykład kawałek śpiewany przez Artura Gotza (a w innej wersji - równie uroczej, choć mniej przeze mnie oswojonej - przez Jana Peszka i jego oryginalną córkę). "Kobiety są jak kwiat paproci, są jak pierogi u Melchiory, mojej cioci..." - i jak tu się nie uśmiechnąć, gdy ktoś serwuje tak oryginalne i smaczne życiowe mądrości?
Zgadzam się więc. Kobiety SĄ jak pierogi. A czasami także te pierogi lepią. Zwłaszcza, gdy mają ochotę na wersję nieco inną od tradycyjnej...
W moim domu pierogi zawsze się gotowało. Najczęściej - z serem, na słodko, albo z kapustą i grzybkami (o ile pieczarki można obdarzyć tym szlachetnym mianem). Kiedyś - usiłując wyłamać się z tej domowej tradycji (wiadomo, młodość = bunt!) - próbowałam wprawdzie przygotować wersję z piekarnika, ale okazała się gliniasta i, no cóż, niezjadliwa...
W wakacje miałam jednak okazję przypomnieć sobie o moich kuchennych niepowodzeniach. Przyczynkiem do tego stała się moja wizyta w Poznaniu i pyszny obiad zjedzony w doborowym towarzystwie w pierogarni zwanej "Chatką Babuni". Oj, tamtejsze pierogi z pieca odświeżyły mi pamięć i połechtały ambicję! A na dodatek, podczas weekendu spędzonego w polonistycznym towarzystwie nad Jeziorem Rożnowskim, dowiedziałam się, że jedna z moich koleżanek, Kasia P. (a właściwie teraz już P.-H.) posiada w swoich tajnych zapiskach wyborny i sprawdzony przepis na ciasto do takich zapiekanych pierożków... Musiałam to sprawdzić i raz jeszcze podjąć ryzyko!
W moim domu pierogi zawsze się gotowało. Najczęściej - z serem, na słodko, albo z kapustą i grzybkami (o ile pieczarki można obdarzyć tym szlachetnym mianem). Kiedyś - usiłując wyłamać się z tej domowej tradycji (wiadomo, młodość = bunt!) - próbowałam wprawdzie przygotować wersję z piekarnika, ale okazała się gliniasta i, no cóż, niezjadliwa...
W wakacje miałam jednak okazję przypomnieć sobie o moich kuchennych niepowodzeniach. Przyczynkiem do tego stała się moja wizyta w Poznaniu i pyszny obiad zjedzony w doborowym towarzystwie w pierogarni zwanej "Chatką Babuni". Oj, tamtejsze pierogi z pieca odświeżyły mi pamięć i połechtały ambicję! A na dodatek, podczas weekendu spędzonego w polonistycznym towarzystwie nad Jeziorem Rożnowskim, dowiedziałam się, że jedna z moich koleżanek, Kasia P. (a właściwie teraz już P.-H.) posiada w swoich tajnych zapiskach wyborny i sprawdzony przepis na ciasto do takich zapiekanych pierożków... Musiałam to sprawdzić i raz jeszcze podjąć ryzyko!
niedziela, 9 września 2012
Cztery koty, dwa listy i jeden wiersz
Dawno nie miałam dnia tak pełnego wrażeń. A zaczęło się od niewinnego wyjścia do kościoła na rodzinną mszę (tak, wiedźmy też chadzają niekiedy na takie eventy). Niewyspana - bo zachciało mi się do późna czytać Pieśń Lodu i Ognia - i lekko oszołomiona zawiłościami listu duszpasterskiego, odczytywanego z tygodniowym opóźnieniem (ech, uroki mieszkania na prowincji...), siedziałam sobie w kącie ławki, skupiając się na odpowiednio szerokim otwieraniu oczu i myśląc, że dawno nie zanosiło się na tak spokojną niedzielę...
No i mam za swoje.
Jako że mam dość osobliwe podejście do nakazu, by "dzień święty święcić", postanowiłam uczcić ową niedzielę ogarnięciem sterty papierzysk w moim grodziskim pokoju i - po zaaplikowaniu sobie solidnej porcji kofeiny - dziarsko zabrałam się do pracy. Przy okazji uznałam, że to odpowiedni moment, by pozbyć się z pokoju ogromnego i klocowatego biurka, które znacząco ograniczało mi swobodę, zastępując je mniejszym i wygodniejszym biurkiem porzuconym przez moją młodszą siostrę-emigrantkę. No, ale do transportu potrzebne było mi wsparcie.
Tatę, którego zamierzałam prosić o wsparcie - bynajmniej nie duchowe - znalazłam na podwórzu. Cóż, nie był sam...
No i mam za swoje.
Jako że mam dość osobliwe podejście do nakazu, by "dzień święty święcić", postanowiłam uczcić ową niedzielę ogarnięciem sterty papierzysk w moim grodziskim pokoju i - po zaaplikowaniu sobie solidnej porcji kofeiny - dziarsko zabrałam się do pracy. Przy okazji uznałam, że to odpowiedni moment, by pozbyć się z pokoju ogromnego i klocowatego biurka, które znacząco ograniczało mi swobodę, zastępując je mniejszym i wygodniejszym biurkiem porzuconym przez moją młodszą siostrę-emigrantkę. No, ale do transportu potrzebne było mi wsparcie.
Tatę, którego zamierzałam prosić o wsparcie - bynajmniej nie duchowe - znalazłam na podwórzu. Cóż, nie był sam...
poniedziałek, 3 września 2012
Pora czapli
Poranna mgła zapachniała mi dziś po raz pierwszy jesienią - dymem z kominów i ognisk, butwiejącymi powoli liśćmi, niepokojem podszytym chłodnym wiatrem... I piosenką Iwony Piastowskiej do słów ułożonych kiedyś przez Kazimierza Wierzyńskiego.
Na kartkach kalendarza rozsiadł się już na dobre wrzesień, tylko patrzeć, jak rozpanoszy się zupełnie i postarzy mnie bezczelnie o kolejny rok. Czyżby zbliżała się pora czapli, coraz prędszych, miodowo-słonecznych wieczorów i złotego szelestu pod stopami? Czy to już? Tak wcześnie?
Na kartkach kalendarza rozsiadł się już na dobre wrzesień, tylko patrzeć, jak rozpanoszy się zupełnie i postarzy mnie bezczelnie o kolejny rok. Czyżby zbliżała się pora czapli, coraz prędszych, miodowo-słonecznych wieczorów i złotego szelestu pod stopami? Czy to już? Tak wcześnie?
środa, 29 sierpnia 2012
Wody!
Moje rodzinne miasteczko - Grodzisk Wielkopolski - teoretycznie położone jest na Pojezierzu Poznańskim tudzież Wielkopolskim. Tak informuje większość opracowań dotyczących tego regionu. Niestety, te same informatory odzierają ze złudzeń każdego, kto liczyłby na ochłodę w jakimś urokliwym jeziorku czy też strumyku. Jedyny ciek wodny w okolicy - Letnica zwana też Rowem Grodziskim - absolutnie nie nadaje się do celów turystyczno-rekreacyjnych, a najbliższe jezioro oddalone jest o kilkanaście kilometrów. Na szczęście jest tam basen, który ratuje wszystkich lubiących wodne igraszki przed totalną posuchą podczas kanikuły...
A ja tak kocham wodę! Kocham ją od dziecka, odkąd pamiętam swoje pierwsze chwile na grodziskim basenie - w brodziku, gdzie woda miała może 20 centymetrów głębokości... A te letnie wyprawy do babci, mieszkającej w Dębienku, nieopodal 3 jezior stęszewskich? Nie byłam tam od kilku lat, pewnie nie poznałabym już dawnych plaż i pomostu nad Lipnem - a przecież całe moje dzieciństwo wyznaczały jak kamienie milowe - kolejne weekendy spędzane nad wodą, w pogodę i niepogodę. W sumie to nic dziwnego, że pływać umiem lepiej niż chodzić - w wodzie nie potykam się o własne nogi, nie obijam o nic, nie wywracam... W wodzie odzyskuję spokój i równowagę, na własnej skórze odczuwając, co tak naprawdę kryje się w słowie "płynność"...
A ja tak kocham wodę! Kocham ją od dziecka, odkąd pamiętam swoje pierwsze chwile na grodziskim basenie - w brodziku, gdzie woda miała może 20 centymetrów głębokości... A te letnie wyprawy do babci, mieszkającej w Dębienku, nieopodal 3 jezior stęszewskich? Nie byłam tam od kilku lat, pewnie nie poznałabym już dawnych plaż i pomostu nad Lipnem - a przecież całe moje dzieciństwo wyznaczały jak kamienie milowe - kolejne weekendy spędzane nad wodą, w pogodę i niepogodę. W sumie to nic dziwnego, że pływać umiem lepiej niż chodzić - w wodzie nie potykam się o własne nogi, nie obijam o nic, nie wywracam... W wodzie odzyskuję spokój i równowagę, na własnej skórze odczuwając, co tak naprawdę kryje się w słowie "płynność"...
środa, 23 maja 2012
Dyjak. Kondrak. Nulek.
Są piosenki, które skradają się do nas na paluszkach, a później - z zaskoczenia - uderzają w samo sedno. Są artyści, którzy tych piosenek mają w repertuarze więcej niż inni, zupełnie jakby los dał im dodatkowy przydział intuicji. Zasłyszani przypadkiem, zapadają głęboko w pamięć i w uszy. Nie chodzi tylko o barwę głosu - to raczej kwestia odpowiedniej i niepowtarzalnej kombinacji warunków wokalnych i wrażliwości, pozwalającej dobierać najcelniejsze teksty oraz dźwięki.
Do takich właśnie przypadkowych i cudownych odkryć należą dwaj śpiewający panowie, których łączy bardzo ważna dla mnie piosenka. Marek Dyjak, obdarzony niskim, dźwięcznym głosem kogoś, kto musiał już kiedyś osobiście zwiedzić piekło. I Jan Kondrak, bard, poeta, prawdziwy sztukmistrz z Lublina. A w tym wszystkim tkwię jeszcze ja, Nulek, porwana przez muzykę.
Do takich właśnie przypadkowych i cudownych odkryć należą dwaj śpiewający panowie, których łączy bardzo ważna dla mnie piosenka. Marek Dyjak, obdarzony niskim, dźwięcznym głosem kogoś, kto musiał już kiedyś osobiście zwiedzić piekło. I Jan Kondrak, bard, poeta, prawdziwy sztukmistrz z Lublina. A w tym wszystkim tkwię jeszcze ja, Nulek, porwana przez muzykę.
wtorek, 1 maja 2012
Chowam się
Staroć z szuflady grodziskiej, ale - cholernie aktualna.
* * *
Chowam się w słowa
z okruchów
cichych resztek
niedopowiedzeń
wysypuję sobie ścieżkę
błędną
do Ciebie
Chowam się w słowa
wyblakłe
otulam nimi jak szalem
który przed chłodem Twym nagłym
nie chroni
wcale
Chowam się w słowa
i znikam
cień ledwie
na parawanie
dźwięków bez uczuć i znaczeń
zostanie
* * *
Chowam się w słowa
z okruchów
cichych resztek
niedopowiedzeń
wysypuję sobie ścieżkę
błędną
do Ciebie
Chowam się w słowa
wyblakłe
otulam nimi jak szalem
który przed chłodem Twym nagłym
nie chroni
wcale
Chowam się w słowa
i znikam
cień ledwie
na parawanie
dźwięków bez uczuć i znaczeń
zostanie
Wszystko będzie dobrze
Jest taki wiersz Stanisława Barańczaka zatytułowany Garden party. Od kilku dni krąży mi po głowie jak refren przygrywający temu, co dzieje się w domu i szpitalnej wizycie mamy, która właśnie się rozpoczęła. Przytoczę go. Komentarz - niżej.
Stanisław Barańczak
Garden party
„Pomarańcza, jak widzę, z Malty – wyśmienita!”
C.K. Norwid
„Przepraszam, nie dosłyszałam nazwiska? ...Banaczek?
...Czy to czeskie nazwisko? A, polskie! To znaczy,
pan z Polski? jakże miło. Państwo przyjechali
całą rodziną? dawno?”, „No nie, wybacz, Sally,
zamęczasz pytaniami, a trzeba, po pierwsze,
zaprowadzić do stołu – proszę, tu krakersy,
potato chips, sałatka – pan sobie naleje
sam, prawda? Witaj Henry –”, „I co też się dzieje
ostatnio w Polsce? Co porabia Wa..., no, ten z wąsami,
zna go pan osobiście? Nie? Widzę czasami
w dzienniku demonstracje – choć czy można wierzyć
tej naszej telewizji, koszmar, prawda? jeży
się włos od wszystkich tych reklam – cenzury –
Europejczycy słusznie twierdzą, że kultury
nam brakuje-”, „Cześć, jestem Sam. Mówi mi Billy,
że pan z Polski - znam Polskę, widziałem dwa filmy
z Papieżem – ten wasz Papież nic nie wie o świecie,
straszny konserwatysta -”, „A jak pańskie dzieci?
Mówią już po angielsku? Czy chodzą do dobrej
szkoły?”, „Te szkoły publiczne to problem
numer jeden, niestety –”, „Nie zgadzam się, Sammy,
szkoły są lepsze, jeśli rodzice, my sami,
dbamy o to -”, „Tak, ale budżet federalny –”,
„Hej, wy tam, skończcie wreszcie, co to za fatalny
obyczaj – dyskutować przy winie, zakąsce
na poważne tematy -”, „Więc? co słychać w Polsce?”
środa, 25 kwietnia 2012
W zawieszeniu
* * *
Pytania
których nigdy Ci nie zadam
dziesiątki mieczy Damoklesa
tuż przy ustach
Złudzenia
których nigdy nie rozwiejesz
obłoki pary w chłodzie nocy
tuż przy ustach
Uczucia
których nigdy nie znajdziemy
knebel przeszłości nazbyt szczelny
tuż przy ustach
poniedziałek, 5 marca 2012
Noc
* * *
Zaplątany w jej warkocz
niechcący
skrawek snu
czarne oczko
w pierścionku
po prababci
kolczyki ze skrzydeł
nieopatrznego
nietoperza
dobiera
starannie
zerka w mroczne lustro
rozciemnia się w uśmiechu
Noc
Zaplątany w jej warkocz
niechcący
skrawek snu
czarne oczko
w pierścionku
po prababci
kolczyki ze skrzydeł
nieopatrznego
nietoperza
dobiera
starannie
zerka w mroczne lustro
rozciemnia się w uśmiechu
Noc
poniedziałek, 27 lutego 2012
Biolekty
Czasami natykam się podczas porządków w komputerze lub w notatkach na jakieś swoje stare zapiski. To jeden z nich, sprzed niemal roku. Znalazłam wczoraj. Już nie boli.
* * *
Co z tego że mówimy
* * *
Co z tego że mówimy
tym samym językiem
skoro moje
kocham
kocham
znaczy twoje
tracisz
a twoje
szczęście
znaczy moje
odejdź
tracisz
a twoje
szczęście
znaczy moje
odejdź
niedziela, 26 lutego 2012
Ostrzeżenie
Ostrzegam
patrzysz mi w oczy
wyłącznie na własne ryzyko
Nie chcę później skarg
i zażaleń
że zamiast wysp szczęśliwych
tam
otchłań bez dna
i strome schody
bez poręczyciela
Nie pisz donosów
że za zielonym szkiełkiem tęczówki
przemycam nadprogramowe marzenia
nie dla ciebie
a do uśmiechu dorzucam łzę
gratis i bez paragonu
Nie wnioskuj o kontrolę
realizacji snutych kiedyś planów
trzeźwości umysłu
reakcji na bodźce
sercowe
Pod moimi powiekami zabłądzisz
Zamiast rajskiego ogrodu odkryjesz
blaknącą sukienkę matki wszystkich głupców
A widzisz
Ostrzegałam
patrzysz mi w oczy
wyłącznie na własne ryzyko
Nie chcę później skarg
i zażaleń
że zamiast wysp szczęśliwych
tam
otchłań bez dna
i strome schody
bez poręczyciela
Nie pisz donosów
że za zielonym szkiełkiem tęczówki
przemycam nadprogramowe marzenia
nie dla ciebie
a do uśmiechu dorzucam łzę
gratis i bez paragonu
Nie wnioskuj o kontrolę
realizacji snutych kiedyś planów
trzeźwości umysłu
reakcji na bodźce
sercowe
Pod moimi powiekami zabłądzisz
Zamiast rajskiego ogrodu odkryjesz
blaknącą sukienkę matki wszystkich głupców
A widzisz
Ostrzegałam
Subskrybuj:
Posty (Atom)
