Najczęściej i najpromienniej uśmiecham się, kiedy jest mi smutno. Zupełnie jakbym tym prostym sposobem - rozciągając usta w mniej lub bardziej sympatyczny grymas - próbowała oszukać świat i samą siebie przy okazji. Wszystko w porządku. Nic się nie dzieje, naprawdę. Czuję się doskonale, dziękuję. A co u Ciebie?
Może to dziedzictwo po mojej mamie - najbardziej skrytej osobie, jaką znam? Ona też po mistrzowsku udaje, że wszystko gra, nawet w chwilach największej desperacji i rozpaczy. Albo po prostu milczy - ale tego zwyczaju akurat po niej nie przejęłam. Ja zagaduję zmartwienia, odwracam od nich uwagę, gram w teatrze jednej (marnej) aktorki sztukę z wymuszonym happy endem.
Najłatwiej jest ten zabieg przeprowadzić w pracy. Nawał zajęć, aktywność umysłowa, telefony, maile, komunikaty, sprawy do załatwienia - wszystko to pozwala uniknąć myślenia o własnej żałosnej egzystencji, odwraca uwagę, tłumi złe emocje - i pozwala też uniknąć niewygodnych pytań. Podobnie na spotkaniach ze znajomymi - siedzę, słucham opowieści, ploteczek, wynurzeń - i uśmiecham się, i gadam o głupotach, i na moment lub kilka chwil znów wszystko jest ok. Naprawdę.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smutek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smutek. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 7 lipca 2013
piątek, 26 października 2012
Koniec ciszy
Ponad 3 tygodnie milczenia - za trudny okazał się dla mnie początek tej jesieni... A kiedy robi się trudno, milknę, żeby w ciszy poukładać sobie swoje sprawy.
Dziś chcę tylko oznajmić, że wracam do wirtualnego świata.
Dość ciszy. Dość dołków. Trzeba sobie przypomnieć, gdzie są skrzydła. :-)
Do przeczytania już niebawem! :-)
Dziś chcę tylko oznajmić, że wracam do wirtualnego świata.
Dość ciszy. Dość dołków. Trzeba sobie przypomnieć, gdzie są skrzydła. :-)
Do przeczytania już niebawem! :-)
wtorek, 25 września 2012
czwartek, 13 września 2012
;-(
Jedno z kocich dzieci umarło w nocy. :-(
Drugie umarło przed chwilą. :-(
Wiedziałam, że nie powinnam się do nich przywiązywać...
Drugie umarło przed chwilą. :-(
Wiedziałam, że nie powinnam się do nich przywiązywać...
wtorek, 28 sierpnia 2012
Przyjaźń damsko-męska i inne baśnie...
W grodziskiej bibliotece, do której zapisałam się na początku podstawówki - a właściwie zapisała mnie mama, chcąc sobie zapewnić odrobinę świętego spokoju - w oddziale dziecięcym była taka specjalna półka z baśniami i mitami różnych narodów. Ach, jak ja kochałam te książeczki, Pani Ola, bibliotekarka, nie mogła się nadziwić mojemu zapałowi czytelniczemu, a ja? Ja odkrywałam na nowo Andersena, przerażałam się wizjami braci Grimm, poznawałam baśnie czeskie, niemieckie, rosyjskie i ukraińskie, porównywałam mity greckie w ujęciu Markowskiej i Parandowskiego... Nieważne, że nie wszystko rozumiałam (zwłaszcza w mitach) - to była fascynująca podróż przez krainę pełną literackich czarów, w które wierzyłam święcie.
Ta wiara w baśnie i sentyment do mitów pozostały we mnie do dziś. Trzytomowy komplet Andersena pyszni się dumnie na półkach - jeden w Grodzisku, jeden w Krakowie (Jones, wiem, że masz mój pierwszy tom, zołzo!). Parandowski na półce przytula się do Markowskiej i Kubiaka, podpartych z drugiej strony Stabryłą. I tylko w jedną bajkę uwierzyć jakoś nie potrafię. To znana na wszystkich kontynentach baśń o przyjaźni męsko-damskiej tudzież damsko-męskiej.
Ta wiara w baśnie i sentyment do mitów pozostały we mnie do dziś. Trzytomowy komplet Andersena pyszni się dumnie na półkach - jeden w Grodzisku, jeden w Krakowie (Jones, wiem, że masz mój pierwszy tom, zołzo!). Parandowski na półce przytula się do Markowskiej i Kubiaka, podpartych z drugiej strony Stabryłą. I tylko w jedną bajkę uwierzyć jakoś nie potrafię. To znana na wszystkich kontynentach baśń o przyjaźni męsko-damskiej tudzież damsko-męskiej.
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Trudna sztuka powagi
Co jakiś czas możemy usłyszeć w mediach, że Polacy to naród uwielbiający narzekać. Czy rzeczywiście jesteśmy takimi marudami? Czy faktycznie na niewinne pytanie "Co słychać?" odpowiadamy zazwyczaj litanią pretensji, wyrzucając z siebie niczym gejzer kolejne fale rozgoryczenia, smutku i złości? A może ten stereotyp dotyczy wyłącznie starszych pokoleń - tych, które równie stereotypowo gloryfikują teraz czasy komunizmu, twierdząc, że dawniej żyło się lepiej (jakby psychologowie już dawno temu nie udowodnili, że to po prostu nasz mózg woli zapamiętywać z przeszłości dobre rzeczy, a kasować te złe)?
Moje pokolenie, atakowane zewsząd propagandą sukcesu i amerykańskimi filmami familijnymi ("Hi, how are you?", "Thanks, I'm fine! And you?" "Fine, great, wonderful! Thanks!"), chyba już tak otwarcie narzekać nie potrafi. A może tylko tak mi się wydaje, bo opieram się na własnych wrażeniach i przeżyciach? Może to kwestia wychowania?
Moi rodzice nauczyli mnie jednego: że muszę sobie w każdej sytuacji radzić sama. Pisałam już kiedyś o moim "zosiosamosizmie". Coraz częściej łapię się jednak na tym, że owa samodzielność i ambicja, by z każdym problemem radzić sobie samodzielnie, to nie wszystkie objawy mojego "skrzywienia". Problem pojawia się nawet wtedy, kiedy trzeba pogadać o... problemach właśnie.
Moje pokolenie, atakowane zewsząd propagandą sukcesu i amerykańskimi filmami familijnymi ("Hi, how are you?", "Thanks, I'm fine! And you?" "Fine, great, wonderful! Thanks!"), chyba już tak otwarcie narzekać nie potrafi. A może tylko tak mi się wydaje, bo opieram się na własnych wrażeniach i przeżyciach? Może to kwestia wychowania?
Moi rodzice nauczyli mnie jednego: że muszę sobie w każdej sytuacji radzić sama. Pisałam już kiedyś o moim "zosiosamosizmie". Coraz częściej łapię się jednak na tym, że owa samodzielność i ambicja, by z każdym problemem radzić sobie samodzielnie, to nie wszystkie objawy mojego "skrzywienia". Problem pojawia się nawet wtedy, kiedy trzeba pogadać o... problemach właśnie.
czwartek, 16 sierpnia 2012
Wiedźma w sukience. Wyznanie eks-chłopczycy
To urocze, jak wymyślnymi niekiedy nazwami rodzice potrafią się zwracać do swoich pociech. Te wszystkie Myszki, Pączusie, Robaczki, Niunie... Do mnie mama, tata i babcia mówili najczęściej: "Ty łobuzie nicpoty!",albo "Ty mały rojbrze!". I - co tu kryć - mieli rację, chociaż oceniając mnie wyłącznie po zachowanych zdjęciach z wczesnej młodości, nikt nie wpadłby na to, że w tym pucołowatym i uśmiechniętym szeroko stworzonku drzemią takie pokłady energii do łobuzowania...
Stylówka a la Czerwony Kapturek ;-)
Tylko koszyczka brak...
Tylko koszyczka brak...
piątek, 10 sierpnia 2012
Nigdy więcej wesel
Chyba czas na nowe postanowienie śródroczne: nigdy więcej wesel. Nigdy.
W sierpniu szykują mi się dwa i póki co mam z tego powodu więcej przykrości niż przyjemności. Chociaż... może niedokładnie się wyraziłam. Nie przez wesela. Przez akcję pod hasłem "Szukamy partnerów na wesela". To jest prawdziwa makabra...
Już prawie mi się udało. Imprezy są 18 i 25 sierpnia i umówiłam się na nie z kolegą, którego znam od kilku ładnych lat. Ot, przysługa z jego strony - żebym nie musiała tkwić na imprezach sama jak ten kołek, rozpaczliwie odpierając pytania życzliwych o to, kiedy to ja zechcę się ustabilizować. Jakby to była tylko kwestia moich chęci...
No tak, ciut za wcześnie się ucieszyłam, że mam problem z głowy. I klops. Przedwczoraj dostałam od tegoż kumpla (historia litościwie przemilczy jego imię...), że jednak się ze mną nie wybierze - bo wyjeżdża. Tyle w temacie.
Zapytawszy jeszcze kilku znajomych o możliwość wyświadczenia mi tej drobnej przyjemności i otrzymawszy rozmaicie umotywowane odmowy, dałam nawet ogłoszenie w tejże sprawie na forum Klubu Wysokich. Na próżno. Kpiny - owszem, tego się w sumie spodziewałam. Ale nie myślałam, że będzie aż tak źle, jeśli chodzi o towarzystwo kogoś w moim wieku i kogo bym się nie bała (a są faceci, których się boję, to fakt)...
Nie wiem, jak to właściwie jest. Ale jest mi cholernie przykro.
I poważnie zastanawiam się, czy ja jestem aż tak paskudna, że nikt nie chce się ze mną bawić? Czy moje towarzystwo to aż taki kłopot?
Jest mi smutno. Tak zwyczajnie po babsku smutno. I czuję się żałośnie. Do niczego.
Nie chodzi o żadną konkretną osobę, tylko o to, że ludzie, na których pomoc koleżeńską liczyłam, tak mnie po prostu olali. Równiutko. I celnie.
Boli.
I choć przyzwyczaiłam się już do tego, że mało kto się przejmuje moimi uczuciami w takich sprawach, to jednak jakoś mi tak nieswojo. Kolejne złudzenie mniej w mojej kolekcji.
Nie wiem jeszcze, jak to rozwiążę.
Ale pewne jest to, że nigdy więcej nie zdecyduję się na taką imprezę. Pójdę do mojej przyjaciółki sama, bo jest cholernie bliską mi osobą i zniosę dla niej nawet to upokorzenie. Z kuzynem pogadam jeszcze, bo to żadna atrakcja, iść na wesele rodzinne i znosić pytania, pytania, pytania...
Przykro mi.
Dobrze, że za 20 minut autobus wywiezie mnie daleko od tych przykrości, nad spokojne, wielkie jezioro i w towarzystwie, które mnie akceptuje taką, jaką jestem. I które mnie nie zawiodło.
W sierpniu szykują mi się dwa i póki co mam z tego powodu więcej przykrości niż przyjemności. Chociaż... może niedokładnie się wyraziłam. Nie przez wesela. Przez akcję pod hasłem "Szukamy partnerów na wesela". To jest prawdziwa makabra...
Już prawie mi się udało. Imprezy są 18 i 25 sierpnia i umówiłam się na nie z kolegą, którego znam od kilku ładnych lat. Ot, przysługa z jego strony - żebym nie musiała tkwić na imprezach sama jak ten kołek, rozpaczliwie odpierając pytania życzliwych o to, kiedy to ja zechcę się ustabilizować. Jakby to była tylko kwestia moich chęci...
No tak, ciut za wcześnie się ucieszyłam, że mam problem z głowy. I klops. Przedwczoraj dostałam od tegoż kumpla (historia litościwie przemilczy jego imię...), że jednak się ze mną nie wybierze - bo wyjeżdża. Tyle w temacie.
Zapytawszy jeszcze kilku znajomych o możliwość wyświadczenia mi tej drobnej przyjemności i otrzymawszy rozmaicie umotywowane odmowy, dałam nawet ogłoszenie w tejże sprawie na forum Klubu Wysokich. Na próżno. Kpiny - owszem, tego się w sumie spodziewałam. Ale nie myślałam, że będzie aż tak źle, jeśli chodzi o towarzystwo kogoś w moim wieku i kogo bym się nie bała (a są faceci, których się boję, to fakt)...
Nie wiem, jak to właściwie jest. Ale jest mi cholernie przykro.
I poważnie zastanawiam się, czy ja jestem aż tak paskudna, że nikt nie chce się ze mną bawić? Czy moje towarzystwo to aż taki kłopot?
Jest mi smutno. Tak zwyczajnie po babsku smutno. I czuję się żałośnie. Do niczego.
Nie chodzi o żadną konkretną osobę, tylko o to, że ludzie, na których pomoc koleżeńską liczyłam, tak mnie po prostu olali. Równiutko. I celnie.
Boli.
I choć przyzwyczaiłam się już do tego, że mało kto się przejmuje moimi uczuciami w takich sprawach, to jednak jakoś mi tak nieswojo. Kolejne złudzenie mniej w mojej kolekcji.
Nie wiem jeszcze, jak to rozwiążę.
Ale pewne jest to, że nigdy więcej nie zdecyduję się na taką imprezę. Pójdę do mojej przyjaciółki sama, bo jest cholernie bliską mi osobą i zniosę dla niej nawet to upokorzenie. Z kuzynem pogadam jeszcze, bo to żadna atrakcja, iść na wesele rodzinne i znosić pytania, pytania, pytania...
Przykro mi.
Dobrze, że za 20 minut autobus wywiezie mnie daleko od tych przykrości, nad spokojne, wielkie jezioro i w towarzystwie, które mnie akceptuje taką, jaką jestem. I które mnie nie zawiodło.
piątek, 29 czerwca 2012
Ogłaszam lipiec miesiącem poszukiwań!
"Szukam, szukania mi trzeba domu gitarą i piórem..." - śpiewa Wolna Grupa Bukowina w jednej z najpiękniejszych piosenek, jakie znam. Mam wrażenie, że refren Sielanki o domu będzie mi towarzyszyć w najbliższych tygodniach nieustannie. Bo lipiec będzie dla mnie miesiącem poszukiwań, i to wielowymiarowych.
1. Szukam pracy
Nie do końca niespodziewanie, ale mimo wszystko - dość nagle - kończy się moja pracownicza przygoda z wydawnictwem, w którym spędziłam ostatni rok. Rozstajemy się. I basta. Przykro mi z tego powodu, bo lubiłam swoje zajęcie i ludzi, z którymi pracowałam, ale z drugiej strony - może to jest właśnie moment najlepszy ze wszystkich, by coś zmienić? Może tak właśnie powinno być? Nie za bezpiecznie, nie za gnuśnie - bo się rozleniwię, poczuję zbyt pewnie, zdrzemnę - zamiast wciąż dążyć do przodu?
1. Szukam pracy
Nie do końca niespodziewanie, ale mimo wszystko - dość nagle - kończy się moja pracownicza przygoda z wydawnictwem, w którym spędziłam ostatni rok. Rozstajemy się. I basta. Przykro mi z tego powodu, bo lubiłam swoje zajęcie i ludzi, z którymi pracowałam, ale z drugiej strony - może to jest właśnie moment najlepszy ze wszystkich, by coś zmienić? Może tak właśnie powinno być? Nie za bezpiecznie, nie za gnuśnie - bo się rozleniwię, poczuję zbyt pewnie, zdrzemnę - zamiast wciąż dążyć do przodu?
piątek, 8 czerwca 2012
Czasami
Czasami nie odbierasz telefonu nie dlatego, że nie chcesz z kimś rozmawiać, tylko dlatego, że nie chcesz, by ktoś słyszał, że płakałaś.
wtorek, 29 maja 2012
Pożegnanie przyjaciela
Chciałam rozpocząć ten wpis od stwierdzenia, że zdecydowanie zbyt łatwo przywiązuję się do przedmiotów. Wciąż trzymam gdzieś w szafie ukochanego miśka z dzieciństwa i potrafię rozpaczać z powodu rozbicia ulubionej filiżanki... Chciałam więc zacząć w ten sposób, ale... to nie byłaby prawda. Bo tymi kilkoma słowami żegnam nie tylko przedmiot, ale jednego z moich najlepszych przyjaciół. Moje autko.
Dziś wreszcie odważyłam się pójść do mechanika, odebrać Białą Strzałę, która trafiła do niego po tym, jak jakiś czas temu wyciekł z niej cały olej. Wiedziałam, co mnie czeka, bo już w piątek odebrałam telefon ze smutną informacją - że mojego Fiacika nie ma już sensu ratować. Hamulce w rozsypce, zepsuta cewka, problemy ze skrzynią biegów, bakiem, światłami awaryjnymi... Za dużo tego jak na moją biedną, skołataną głowę i nie mniej biedny, pustawy portfel. :-(
Dziś wreszcie odważyłam się pójść do mechanika, odebrać Białą Strzałę, która trafiła do niego po tym, jak jakiś czas temu wyciekł z niej cały olej. Wiedziałam, co mnie czeka, bo już w piątek odebrałam telefon ze smutną informacją - że mojego Fiacika nie ma już sensu ratować. Hamulce w rozsypce, zepsuta cewka, problemy ze skrzynią biegów, bakiem, światłami awaryjnymi... Za dużo tego jak na moją biedną, skołataną głowę i nie mniej biedny, pustawy portfel. :-(
poniedziałek, 14 maja 2012
Poniedziałkowy Dół?
Jest w Krakowie ulica o nazwie, która mnie - i nie tylko mnie, sądząc po ilości memów krążących po Wielkiej Sieci - po prostu rozbraja. To słynny Poniedziałkowy Dół. Kto by pomyślał, że na mapach zacnego, królewskiego miasta znajdzie się miejsce na upamiętnienie tego jakże nieprzyjemnego zjawiska, którego tak wielu naszych rodaków doświadcza co tydzień... Czy to wymysł radnych, pragnących w ten sposób dać wyraz swojej niechęci do początków tygodnia? A może tę część miasta zamieszkuje największy odsetek malkontentów? Czy może idzie tu o powszechną w przykrytym szczelną warstwą smogu Krakowie tendencję do narzekania - w tym wypadku: na poniedziałki?
Cóż, geneza owej nazwy jest - jak to zwykle w onomastyce bywa - banalna i bynajmniej nie wiąże się z depresją poweekendową: wszystko zaczęło się ponoć od niejakiego Józefa Poniedziałka, którego chałupa - jedna z pierwszych w tej okolicy - stała w charakterystycznym zagłębieniu terenu. Nazwa przeniosła się najpierw na małą osadę, która powstała wokół Poniedziałkowej chatki, a później utrwalona została na planie miasta. Ot, cała historyja...
niedziela, 19 lutego 2012
Krótka bajka z jeżem w środku
Bajek nie opowiada się po to, żeby ktoś w nie uwierzył. Bajki opowiada się dlatego, że czasami tylko w ten sposób, wyłącznie za ich pomocą można coś pokazać i zarazem - dobrze ukryć. To moja bajka na dziś.
* * *
Nie było siedmiu gór, rzek i lasów. Zamiast nich - jedno magiczne (podobno...) miasto nad niezbyt czystą Wisłą. A w tym mieście - samotna wiedźma. 1 (słownie: jedna) sztuka.
Wiedźma miała zielone oczy i trudny charakter, co zresztą (podobno...) idzie zwykle w parze. Była też stara (no, ok, w średnim wieku), zła i brzydka, bo przecież tak to właśnie jest, zarówno w bajkach, jak i w tym, co nazywamy rzeczywistością. Ale to nie dlatego nikt jej nie kochał.
* * *
Nie było siedmiu gór, rzek i lasów. Zamiast nich - jedno magiczne (podobno...) miasto nad niezbyt czystą Wisłą. A w tym mieście - samotna wiedźma. 1 (słownie: jedna) sztuka.
Wiedźma miała zielone oczy i trudny charakter, co zresztą (podobno...) idzie zwykle w parze. Była też stara (no, ok, w średnim wieku), zła i brzydka, bo przecież tak to właśnie jest, zarówno w bajkach, jak i w tym, co nazywamy rzeczywistością. Ale to nie dlatego nikt jej nie kochał.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

