Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypieki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypieki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 lutego 2015

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: słodkie wyznanie. Ciasto podwójnie czekoladowe

Nie, nie, nie, ja wcale nie przeszłam na dietę! Mowy nie ma! ;-) Ja tylko zmieniam dyskretnie nawyki żywieniowe na nieco mądrzejsze niż te, którym hołdowałam do tej pory bez zastrzeżeń. Ale dieta?! A fe! To by oznaczało konieczność katowania się jakimiś koszmarnymi podróbkami smacznego jedzenia i ciągłego pilnowania się - a ja przecież pilnowana być nie znoszę, o czym już niejeden stróż miał okazję się przekonać...

Toteż stanowczo zaprzeczam wszelkim pogłoskom o Nulkowej diecie. To, że zaprzyjaźniam się właśnie intensywniej z soczewicą, kaszą, ciemnym pieczywem i warzywami, nie znaczy przecież, że definitywnie pożegnałam się z cukrem i spółką. Ja tylko... staram się trzymać od nich nieco dalej.

No, nie oszukujmy się - jeśli ktoś tak jak wspomniana tu osobniczka kocha piec i pichcić, to nie będzie mu łatwo zwiać przed pokusami. W końcu na świecie czeka jeszcze tyle przepisów do wypróbowania w wiedźmowej kuchni...

Przyznaję: nie umiałabym żyć bez pieczenia słodkości. Zbyt lubię te godziny spędzane w kuchni na odmierzaniu, mieszaniu, podgrzewaniu, miksowaniu, pieczeniu, studzeniu i zdobieniu. Zbyt cenię uprawianie kuchennej magii. I żadna siła nie zdoła mnie przed tym powstrzymać.

Co mogę zrobić w tej sytuacji? 
Wyjście - na razie dość skuteczne - znalazłam jedno: piekę, szaleję w kuchni, a później... dokarmiam innych. Rodzinę. Znajomych. Każdego, kto się nawinie i nie protestuje zbyt usilnie. ;-)

Musialam to napisać, zanim wrzucę tutaj przepis na najskuteczniejszego mordercę wszelkich diet, czyli genialne ciasto czekoladowe z kremem czekoladowym i - w tym konkretnym wypadku - cukrowymi ozdobami w klimacie nadciągającego właśnie miłosnego święta. 

Nie tknęłam go. Na szczęście. Ale po testach na ludziach (chętnych uprasza się o składanie CV i listów motywacyjnych :-P) wiem już, że warto polecić ten torcik każdemu łasuchowi. :-) Już samo ciasto - wilgotne, sprężyste, mocno czekoladowe - godne jest uwagi jako samodzielny wypiek, a w połączeniu z delikatnym śmietankowo-czekoladowym kremem okazuje się wybitnie smaczne. 

Sprawdźcie zresztą sami. Oto, znalezione na mojej ulubionej słodkiej stronie MojeWypieki.com...

CIASTO PODWÓJNIE CZEKOLADOWE
nie tylko na walentynki




poniedziałek, 26 stycznia 2015

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: słodkie lekarstwo ;-)

Już kiedyś pisałam o tym (tutaj), że nie rozumiem fenomenu poniedziałku jako dnia, na który obowiązkowo trzeba sobie ponarzekać. Przecież ludzie zazwyczaj lubią początki - w przeciwnym razie skąd wziąłby się pomysł hucznego świętowania Nowego Roku? A mimo to na nieszczęsnych poniedziałkach ciąży fatalne odium, psując im opinię na całym świecie. U jednych wywołują bóle głowy, u innych - ataki chandry lub wybuchy złości... Za co? No, za co im się tak obrywa?

A przecież na poniedziałkowy ból głowy wystarczy zażyć aspirynę. :-) Na szczęście jakiś czas temu znalazłam przepis na domową wersję tego genialnego i wszechstronnego specyfiku, który skutecznie uleczy najgorsze poniedziałkowe (i nie tylko) przypadłości. Chcecie? No to przeczytajcie, jak przygotować aspirynki we własnej kuchni...



sobota, 17 stycznia 2015

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: pomarańczowe pieguski

Siała baba mak... Mak ma boski smak! ;-) Tak mogłaby się moim zdaniem kończyć popularna rymowanka. I choć nie każde ciasto z makiem wielbię równie mocno (np. klasyczne makowce wydają mi się zbyt ciężkie...), to jednak przyznaję, że nie wyobrażam sobie pieczenia bez tych drobniutkich grafitowo-błękitnawych ziarenek.

Ponad rok temu raczyłam się wspaniałym i leciutkim cytrymakiem, tym razem na karnawałowe szaleństwa proponuję makowe babeczki z dodatkiem pomarańczy - leciutkie i delikatne jak tegoroczna zima (oby tak dalej...). A przepis pochodzi z jednego z moich ukochanych blogów - polecam MojeWypieki.com wszystkim - i kulinarnym mistrzom, i totalnym kuchennym dyletantom. :-)



wtorek, 2 grudnia 2014

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: anielska tarta czyli pierzaste kółko graniaste

Niezależnie od tego, jak minorowo wybrzmiał poprzedni, powitalno-powrotny wpis, muszę stwierdzić, że w ostatnich miesiącach udało mi też się osiągnąć kilka niewielkich, ale znaczących sukcesów. Jeden z nich to... zakup foremki do pierników. A konkretniej: aniołka, którego brakowało dotychczas w moich foremkowych zbiorach. 

Taki aniołek to na
der cenny okaz, choć musiało minąć ponad 30 lat mojej nędznej, bezaniołkowej egzystencji, bym mogła się o tym przekonać. Niby nic, kawałeczek metalu uformowany w skrzydlaty kształt, a jakaż to radość dla kolekcjonerki wykrawaczy. :-) Zwłaszcza, że udało mi się go kupić solo, bez konieczności targania do domu zbędnych, bo powtarzających się elementów świątecznych piernikowych niezbędników, takich jak gwiazdki, serducha, katarzynki czy inne bałwany... Ha! Teraz brakuje mi już tylko śnieżynki (kto wie i podpowie, gdzie w Poznaniu, najlepiej w okolicach Jeżyc, mogę taką foremkę znaleźć?)...

Skoro zaś w domu pojawił się nowy skrzydlaty przyjaciel, trzeba go było przetestować. Pierniczki-aniołki wkrótce pojawią się w innym wpisie, a dziś wieczorem proponuję Wam ciut inną recepturę - choć, podobnie jak pierniki - nawiązującą już do kulinarnego klimatu bożonarodzeniowego...

Zapraszam do lektury!




niedziela, 16 lutego 2014

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Tort przywołujący wiosnę

Słonecznik to jeden z moich ulubionych kwiatów - prosty, wysoki i mocny, zawsze zwracający twarz ku jasnym stronom życia. Ładny i zarazem przydatny: wie to każdy, kto choć raz korzystał z oleju słonecznikowego lub pieczołowicie łuskał ziarna, pragnąc nimi nasycić głód... 

To także roślina nieodmiennie kojarząca mi się z domem. Z prowincją, której się nigdy nie wyprę, bo ją po prostu lubię. :-) I z wiosennym ciepłem, z mocą kolorów, którymi można nasycić oczy.

Wrzucam tu więc tort słonecznikowy - moją kolejną próbę z lukrem plastycznym - niech przyciągnie słońce, ciepło i lepsze dni.


Przepis na podstawowe elementy składowe na tort znajdziecie tutaj.

sobota, 15 lutego 2014

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: podstawowe składniki na dobry tort

Torty mojego dzieciństwa były najczęściej kawowe. Solidne, ciężkie, z kremem, który - ze względu na dużą zawartość nierozpuszczalnej kawy - aż trzeszczał w zębach. Zdobione były za pomocą rękawa cukierniczego różnymi kremowymi zawijaskami, czekoladą gotowymi ozdóbkami marcepanowymi... Taki był to styl, takie czasy. Z tego też względu kawowy tort kojarzy mi się nieodmiennie z epoką PRL, w której przyszło mi przeżyć pierwsze 6 lat mojej wiedźmowej egzystencji. 

Staram się w swoich wypiekach nie powielać tego peerelowskiego schematu torciarskiego. ;-) Nigdy więc nie popełniłam i pewnie długo jeszcze nie popełnię niczego kawowego w tej dziedzinie, choć przecież kawę uwielbiam, zwłaszcza tę z fusami... No i torty też lubię wszelakie.

Żeby nie powielać przepisu, uznałam, że zamieszczę na blogu jeden wpis z bazowym przepisem na tort, który można później dowolnie modyfikować. W kolejnych wpisach będę mogła odnosić się do tej strony, prezentując kolejne warianty, które przyszły mi do głowy. Zwłaszcza teraz, kiedy - o dziwo - wreszcie odważyłam się spróbować zabawy z masą cukrową, zwaną też niekiedy lukrem plastycznym lub fondantem. 

Poznajcie więc moje tortowe sekrety. :) 




piątek, 10 stycznia 2014

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Aniołek, czyli ciasto nie dla Wiedźm

Podobno przeciwieństwa się przyciągają. Posiłkując się tą zasadą, postanowiłam za namową mojej mamy porwać się na anielskie ciasto. No i upiekłam aniołka pierzasto-kokosowego. Efekty? Niezłe, choć jak dla mnie - nieco zbyt mdłe. Jednak jestem przekonana, że wielbicielom delikatnej mleczno-kokosowej słodyczy bez szaleństw to ciasto na pewno przypadnie do gustu. A wiedźmy? Wiedźmy najwyraźniej oczekują od życia bardziej wyrazistych smaków... ;-)

Mimo wszystko wrzucam więc ten przepis do mojej kolekcji, dodając, że aniołek ów wylądował na talerzyku pochodzącym z czasów, w których sama jeszcze rokowałam pewne nadzieje na stanie się w przyszłości aniołkiem. Cóż, nie wyszło. ;-) Ale talerzyk - choć lepiony nieudolnie i ledwo żywy, wciąż jest ze mną na pamiątkę. :-D

ANIOŁEK
kokosowa słodycz
dla prawdziwych maniaków



poniedziałek, 6 stycznia 2014

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Banoffee, czyli spełniony sen słodyczożercy

Marny ze mnie wynalazca - nie wymyślę prochu, nie wynajdę też raczej lekarstwa na raka... Lubię jednak mądrze się inspirować i uważam, że to też sztuka. Dlatego na tym blogu znajdziecie sporo kulinarnych pomysłów pożyczonych od innych blogerek, z czasopism... albo z sekretnego zeszytu mojej mamy, założonego przez nią jeszcze w czasach nauki w szkole zawodowej i na kursach kulinarnych.

Dziś czas na kolejną inspirację - tym razem ze strony prowadzonej przez kobietę, którą mogłabym śmiało nazwać moim słodyczowym guru. Na pewno znacie Mojewypieki.com - to nie tylko strona, to niemal instytucja. No i miejsce, w którym znaleźć można setki pomysłów na cukiernicze rozkosze... Na zachętę podrzucam Wam banoffee - kulinarny cud, którego jednak nie powinny próbować osoby z silnym postanowieniem zrzucenia kilogramów, bo może się on okazać gwoździem do Waszej dietetycznej trumny. ;-)


BANOFFEE, czyli
sernik, w którym się zakochacie

niedziela, 29 grudnia 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Cytrymak

Było tu w grudniu cicho, jak makiem zasiał... Ale to wszystko wina makowych wypieków świątecznych! ;-) Wciągnęły mnie na amen, omotały wyobraźnię, zmusiły do poszukiwań nowych form i połączeń. Uwielbiam wprawdzie tradycyjny makowiec mojej mamy, taki drożdżowy, zawijany jak strucla i posypany cudowną kruszonką, ale nie zmienia to faktu, że bardzo lubię kulinarne nowości i niestrudzenie wygrzebuję z sieci, książek i prasy niesprawdzone jeszcze przepisy...

Tym razem - jak w wypadku korzennej tarty - inspiracja znów przyszła z sieci. Na blogu Gotuję, bo lubię wypatrzyłam recepturę na niejaką "makową panienkę". Urocze ciasto, połączenie lekkich makowych blatów z cytrynowym kremem... Niezła alternatywa dla tradycji. W bazowym przepisie ciasto jest dość nietypowe - mnie natomiast korciło, by wypróbować moją ukochaną recepturę na pieguska i to z nim złączyć leciutki krem cytrynowy. Przepis bazowy znajdziecie w linku - ja podaję moją, piegusową wersję. Poznajcie zatem...

CYTRYMAK
zaskakująco dobre
ciasto makowo-cytrynowe


sobota, 28 grudnia 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Tarta korzenna z masą z białej czekolady

Cały grudzień spędziłam w kuchni. No, dobra, może nie cały, ale większość wolnych chwil zajmowało mi pichcenie, czytanie przepisów, rozmaite kombinacje kulinarne... A teraz z przerażeniem stwierdzam, że znów mam blogowe zaległości. No, ładnie.
Zanim jednak napiszę Wam, jak skasowałam Klipsa, co zmajstrowałam w domu i jak sama siebie potrafię wciąż zaskakiwać, na pociechę zaserwuję Wam poświąteczną reminiscencję w postaci tarty, którą będę piec nie tylko w okresie Bożego Narodzenia. :-)

Inspiracją stał się dla mnie przepis z bloga Kolorowo-Torcikowo, jednak zastosowałam swoją wersję ciasta, dokładając do tego zestawu również dżem, bo sama tarta z masą wydała mi się mdła. Co z tego wyszło?

Przeczytajcie! :)


WYBITNIE DOBRA TARTA KORZENNA
Z MASĄ Z BIAŁEJ CZEKOLADY

czwartek, 28 listopada 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Bananowa pochwała oszczędności

To ciasto, które przypadnie do gustu każdej szanującej się wielkopolskiej gospodyni - wszak nie bez kozery uchodzimy za liderki oszczędności i gospodarności. ;-) Jeśli więc, drogie kury domowe z Wielkopolski i nie tylko, w Waszych kuchniach dogorywają jakieś nieszczęsne banany, to - zamiast pozbywać się ich w niecny sposób, dajcie im drugie życie i przeróbcie je na pyszny chlebek bananowy. 

Niestety, oszczędności kończą się w tym wypadku na zużyciu przejrzałych bananów... Ciasto jest bowiem tak pyszne, że mało kto poprzestanie na jednym kawałku. :-D

wtorek, 26 listopada 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Miodzio!

W swoim zamiłowaniu do miodu nie mogłabym wprawdzie konkurować z Kubusiem Puchatkiem (choć w kategorii "mały rozumek" pewnie udałoby mi się uzyskać zbliżony wynik), jednak przyznaję: lubię od czasu do czasu poczuć tę lepką słodycz na języku... ;) Zwłaszcza, gdy przyjmuje ona postać wyjątkowo miodowego ciasta.
Po prostu: miodzio! I basta!

Jeśli więc - tak jak ja ostatnio - macie ochotę na małe miodowe co nieco, a pierniki są jeszcze zbyt twarde, by je ruszyć bez ryzyka ukruszenia uzębienia, polecam Wam wyjątkowe miodowe ciasto z charakterem.



niedziela, 3 listopada 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Śniadanie z piekarnika

Poza weekendami nieczęsto zdarza mi się zjadanie śniadań w domowym zaciszu. Zwykle pochłaniam je już w pracy, przy kawie z ekspresu i włączonym komputerze. Ot, życie... Jeśli jednak mam czas i okazję, przyrządzam sobie o poranku coś dobrego. I nie mam na myśli tradycyjnej kanapki...

Ostatnio zachciało mi się omletu. Nie, żebym była ekspertką w przyrządzaniu tego dania - wręcz przeciwnie, w moim domu rodzinnym nieczęsto jadało się podobne specyjały. Nieczęsto - albo i wcale... Omlet należał więc zawsze do grupy potraw opatrzonych w mojej wyobraźni znakiem zapytania. Spróbowałabym, ale... czy mi zasmakuje? Tak, tak, mam w głowie taką listę dań. Nie jest to lista ustalona raz na zawsze, bo od czasu do czasu udaje mi się upichcić którąś z tych kulinarnych zagadek, rozwiewając przy tym wątpliwości. Wypadła z niej więc wątróbka (nie lubię, niestety...), wyfrunęły flaczki (fuj...), no i omlet, choć w tym wypadku, dla odmiany, okazało się, że jestem omletożerczynią, jak się patrzy...

Ale omlet omletowi nierówny. Próbowałam kilkunastu wersji - na słodko, na słono, z rozmaitymi dodatkami i z różnym stopniem wysmażenia. Aż wreszcie odkryłam przepis na omlet z piekarnika. No i okazało się, że ta wersja pośrednia między tradycyjnym omletem a ciastem odpowiada mi zdecydowanie najbardziej. Może zasmakuje i Wam? :-)


niedziela, 4 sierpnia 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Tarta królowej

Mogłabym znienawidzić lato za straszliwe upały, za słońce niemiłosiernie prażące skórę, za duchotę przedburzowych popołudni i za bezlitośnie krótkie noce... Mogłabym. Ale lato na osłodę moich cierpień przynosi mi zawsze podarunek, którego nie potrafię odrzucić: renklody. :-) 

Podobno ich nazwa wywodzi się od królowej Klaudii Walezjuszki, czyli La Reine Claude. To za jej panowania we Francji pojawiła się nowa odmiana śliwy domowej i nazwą postanowiono uczcić krewniaczkę naszego osławionego króla-uciekiniera. Trudno się dziwić - owoce tej odmiany są wyjątkowo soczyste, smakowite - po prostu: królewsko dobre. Zwłaszcza, gdy zostaną wkomponowane w pyszną tartę...



poniedziałek, 22 lipca 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Ziołowy chleb "bez krojenia"

Nie raz i nie dwa razy pisałam już, że w kuchni prawdziwej kury domowej musi od czasu do czasu zapachnieć drożdżowym ciastem. U mnie tym razem aromat drożdży zmieszał się z zapachem czosnku, pietruszki i sera - a wszystko to za sprawą chleba do odrywania, przygotowanego metodą, o której pisałam już tutaj. 

Przepis jest zmodyfikowaną wersją receptury z bloga gotowaniecieszy.blox.pl.

piątek, 21 czerwca 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Drożdżowy (p)odrywaniec

Kojarzycie rasę psów określaną mianem shar pei? To te pocieszne bestie o komicznie pofałdowanej skórze, wyglądające, jakby ktoś wsadził je w za duży kostium. Ciasto, na które przepis podam za chwilę, bardzo mi te psy przypomina - ze względu na kolor i fałdki... ;-) 

Wygląd to jednak w tym wypadku rzecz drugorzędna (choć podobno je się przede wszystkim oczami). Najważniejsze, że ten "psi wypiek" łączy w sobie niewysłowioną delikatność wilgotnego ciasta drożdżowego i orientalny aromat cynamonu - dwie cechy, które w ciastach kocham chyba najmocniej. Toteż bez zbędnych wstępów - zapraszam do lektury nowego przepisu. Tym razem przed Wami...


sobota, 1 czerwca 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Dzień dziecka z Proustem w tle

Dzieci bywają bezlitośnie uczciwe i szczere. Dlatego też dziś, w Dzień Dziecka, i ja wyznam Wam coś szczerze, choć nieco mi wstyd z tego powodu. Otóż... nigdy nie dokończyłam lektury I tomu "W poszukiwaniu straconego czasu". Nic na to nie poradzę - to nie jest typ literatury, którą czytuję z przyjemnością, żadna ze mnie przecież erudytka. :-) Jedyny fragment, który sobie cenię, to słynny ustęp o magdalenkach ciotki Leonii - a to dlatego, że sama niekiedy doświadczam takiej psychologicznej ciekawostki, zwanej popularnie "fenomenem Prousta"...

Oto słowa, które zapadły mi w pamięć:


„[...] kiedy pewnego zimowego dnia, skoro wróciłem do domu, matka, widząc, że jest mi zimno, namówiła mnie, abym się napił wbrew zwyczajowi trochę herbaty. [...] Posłała po owe kruche i pulchne ciasteczka zwane magdalenkami, które wyglądają jak odlane w prążkowanej skorupie muszli. I niebawem, przytłoczony ponurym dniem i widokami smutnego jutra, machinalnie poniosłem do ust łyżeczkę herbaty, w której rozmoczyłem kawałek magdalenki. Ale w tej samej chwili, kiedy łyk pomieszany z okruchami ciasta dotknął mego podniebienia, zadrżałem, czując, że dzieje się we mnie coś niezwykłego. 
Owładnęła mną rozkoszna słodycz, odosobniona, nieumotywowana. Sprawiła, że w jednej chwili koleje życia stały mi się obojętne, klęski jego błahe, krótkość złudna; działała w ten sam sposób, w jaki działa miłość, wypełniając mnie kosztowną esencją: lub raczej ta esencja nie była we mnie, była mną. [...] Skąd mogła mi płynąć ta potężna radość? Czułem, że jest złączona ze smakiem herbaty i ciasta, ale że go przekracza nieskończenie, że nie musi być tej samej natury”.

W swojej kolekcji wspomnień z dzieciństwa mam takich magdalenek bez liku. Dziś chcę Wam przedstawić jeden z najważniejszych smaków definiujących moje "szczenięce lata" - o dziwo, z magdalenkami Prousta związany nie tylko metaforycznie, ale i... formalnie. ;-)

Zapraszam na muszelki!



poniedziałek, 27 maja 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Leśna przygoda, czyli ciasto ze szpinakiem

Miałam sporą przerwę w publikowaniu tutaj - nie tylko kulinarnych - opowieści, ale dziś nadrabiam w dwójnasób (edit: napisałam kilka zdań i cofnęłam się do tego słowa - czy ktokolwiek jeszcze używa "w dwójnasób"? A "w czwórnasób"??? Takie piękne słówka...). W dodatku dość niesztampowo. Bo chociaż - jak każda szanująca się wielkopolska gospodyni - mam w herbie ciasto drożdżowe, najlepiej z rabarbarem, że o kruszonce nie wspomnę, to jednak od czasu do czasu sięgam też po mniej tradycyjne przepisy. W ten sposób wzbogacam swoje kuchenne dossier o nowe doświadczenia, niekiedy mające dość, hmm, skrajny charakter. 

Tak będzie i dzisiaj. Na stronie pisma "Przyślij przepis" natknęłam się bowiem na ciasto, które mnie zachwyciło i przeraziło jednocześnie. Zachwyciło - bo ma piękny, soczyście wiosenny odcień zieleni (i ani grama sztucznych barwników w środku). A przeraziło, bo zawiera... szpinak. Na słodko. Zgroza! ;-)

Przez jakiś kwadrans biłam się z myślami. Upiec? Nie upiec? Upiec? Nie upiec?... Jako że byłam wtedy w rodzinnym mieście, skonsultowałam się z moją nieocenioną rodzicielką i już po chwili ruszałam do sklepu po szpinakowy brykiet (świeżego w Grodzisku człek chyba nie uświadczy, choćby stawał na rzęsach...). Ciasto popełniłyśmy więc wspólnie, bo wyrozumowałyśmy sobie, że jeśli nie wyjdzie, to na każdą z nas przypadnie zaledwie połowa kulinarnej porażki, a to zawsze lżej na duszy i wstyd jakby ciut mniejszy. ;-) Na szczęście obyło się bez wstydu, bo zielone ciasto okazało się nie tylko zjadliwe... było po prostu pyszne! Delikatne, nie za słodkie, nieco chrzęszczące w zębach (konsystencją przypomina piegusa - z tego przepisu), no i przede wszystkim - barrrdzo wiosenne! Polecam wszystkim ten eksperyment. :-) A przepis - ciut niżej.



czwartek, 28 marca 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Łaciata baba amsterdamska

No i stało się - wiosnę (kiedy w końcu się u nas zjawi), lato, jesień i wczesną zimę (aż do końca grudnia) spędzę w Poznaniu. :-) Mogę więc z czystym sumieniem zająć się poznawaniem miasta, odkrywaniem na nowo jego urody, szukaniem swoich miejsc i... pracą. Pracą przede wszystkim. 

Zanim jednak na dobre rozgoszczę się w grodzie Przemysła, wyskoczę na kilka dni do Grodziska, by spędzić Wielkanoc z mamą, babcią i... babką. Amsterdamską, gwoli ścisłości. 

Przepis znalazłam w starych pisemkach kulinarnych gromadzonych przez moją rodzicielkę od lat. Wypróbowałam i zakochałam się na zabój w tym wybitnie smacznym cieście drożdżowym naszpikowanym niespodziankami. Jeśli szukacie czegoś wyjątkowego na świąteczny stół - powinniście zapoznać się z tym przepisem, póki nie jest za późno na włączenie go na listę wypieków. ;-) Zwłaszcza że przygotowanie tego cuda - choć wydaje się skomplikowane - w gruncie rzeczy okazuje się dziecinnie proste.



poniedziałek, 25 marca 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: mazurkowa tradycja

W moim domu nigdy nie piekło się mazurków na Wielkanoc. Były baby - najróżniejsze! - i serniki, i makowce, i biszkopty z pianką - ale mazurki? Nie, nie, tego się nie jadało i basta. Dopiero bunt, wzniecony przez moją siostrzyczkę i mnie - wówczas jeszcze nastoletnią, bardzo początkującą kurę domową - sprawił, że nieco zmalał opór mamy wobec tych podejrzanych nowości rodem z kolorowych pisemek dla gospodyń. W końcu usłyszałyśmy od rodzicielki przyzwolenie: "Chcecie? No to sobie zróbcie!".

I zrobiłyśmy. 



Od tamtego czasu - a minęło już kilkanaście lat - jestem domową specjalistką od mazurków. A dziś zdradzam przepis na mój ulubiony - delikatny, kolorowy, łatwo dający się podzielić między domowych łasuchów... Zdjęcia są, rzecz jasna, archiwalne, bo w tym roku przyjemność pieczenia i dekorowania tych ciast zostawiłam sobie na piątek. Może jednak komuś przyda się ten prosty i inspirujący przepis - tak jak kiedyś przydał się mnie? :-)