Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 października 2015

Fasada

Jest takie jedno zdjęcie, którego nie zdążyłam - i już nie zdążę - zrobić. Niewywołany obraz tkwi w mojej głowie, drażni pamięć jak maleńka, niedająca się usunąć drzazga. To migawka z pierwszych lat mojego pobytu w Krakowie. 

Mieszkałam wtedy na Bydgoskiej, w najstarszym i najbrzydszym akademiku w mieście, a studiowałam - na Gołębiej. Stałą trasę moich przejażdżek tramwajowych i spacerów stanowiła wtedy ulica Karmelicka - również ze względu na mieszczącą się nieopodal i obficie wyposażoną bibliotekę przy Rajskiej. 

Pod numerem 66 (a może to był nr 66A?) przy Karmelickiej odkryłam kiedyś ów nieutrwalony obrazek, który tak mocno zapadł mi w pamięć. Z niewielkiej kamienicy, wtulonej między dwie okazalsze budowle, został tylko pozbawiony dachu szkielet, w tym lekko podniszczona fasada, niemal w całości zajęta przez wielkie, zakończone półokrągłymi łukami okna wystawowe. Zza tych okien popołudniami prześwitywało późnojesienne słońce.

Fasada. Piękna, a przynajmniej: reprezentacyjna. 
W środku jednak - pusta, ożywająca jedynie na chwilę złudną grą świateł tego hochsztaplera, października.

Później okna, w których igrało sobie słońce, zaczęły stopniowo znikać pod liszajem wielkomiejskiej zarazy reklam. Światła zgasły. A ja rozpoczęłam swoją odyseję po akademikach i mieszkaniach, oddalając się coraz bardziej od Karmelickiej 66(A?). Został mi tylko obraz, wypalony pod powiekami. I leciutki skurcz serca, który czułam zawsze, mijając to miejsce. Czy był to tylko żal, wywołany widokiem niszczejącego powoli, a dawniej tak świetnego świata? A może błysk rozpoznania, ledwie wyczuwalne ukąszenie strachu, że to, co widzę, jest w gruncie rzeczy wróżbą? Intuicja?

Bo dziś sama czuję się jak ta kamienica. Fasada trzyma się jeszcze. Musi. Tego mnie przecież nauczono: trwać, bezwzględnie i uparcie. Trzymać formę: pracować i kochać swoją pracę; cieszyć się tym, co mam, co mogę robić. Uśmiechać się; pomagać innym; oddychać. Słuchać. Mówić. Od czasu do czasu zażartować. 

Ale w środku jestem pusta.

Wychodzę z pracy - bo kiedyś z niej trzeba wyjść.
Kończę kolejny remont, książkę, obraz. I robi mi się strasznie samotnie.

A paź
dziernikowe słońce nie potrafi mnie już chyba ogrzać.





środa, 14 października 2015

31, czyli Nulek wraca do krainy liczb pierwszych

Nie będę zaprzeczać. Znowu to zrobiłam. Kilkanaście dni temu bezczelnie, z premedytacją i pewnym krokiem, choć bez zbędnych fanfar i tortów (bo co to za frajda, gdy się samej sobie piecze tort?), wkroczyłam w kolejny rok życia, kończąc straszliwe 31 lat. 

Niby nic. Przecież na ogół to 30. urodziny uznawane są za te wyjątkowe i znaczące - bo zmienia się cyferka na początku, bo człowiek wkracza w nowy etap dorosłości, bo dla kobiety to taka trauma... 31. rocznica przyjścia na świat wygląda przy tym niepozornie. Ani to okrągłe, ani efektowne, ani się nie dzieli na jakieś rozsądne etapy. W sumie - bardzo niewygodna sprawa. 

A dla mnie 31 jest ważną liczbą. Bo przez ostatni rok, dzielący ją od tej krąglutkiej, słynnej 30-stki, dokonałam co najmniej 31 odkryć w różnych kategoriach. O sobie. O ludziach. I o świecie - no, może nie o całym, ale o moim z pewnością. Wypisałam je sobie, żeby, kiedy mi już przejdzie zamiłowanie do liczb pierwszych, nie zapomnieć o żadnym. 

* * * 

Kategoria nr 1: samookaleczenia. Potrafię sama obciąć sobie grzywkę. A jak się uprę, to i wycieniować włosy. Niby nic, ale jednak zakup nożyczek fryzjerskich i prostej maszynki z trymerem okazał się kamieniem milowym w dziejach mojej - coraz krótszej - fryzury. Nie muszę już przeżywać katuszy, czekając, aż moja ulubiona i oblegana grodziska fryzjerka będzie mieć dla mnie czas i miejsce. Tnę się. Sama. I - zgodnie z zasadą "ładnemu we wszystkim ładnie, a brzydkiemu - wszystko jedno" - nie dopuszczam do tego, by efekt, jaki by nie był, spędzał mi sen z powiek. ;-) 

sobota, 2 listopada 2013

Krepina

Co roku na początku listopada polskie media stają się przewidywalne niczym menu szkolnej stołówki na początku lat 90. XX stulecia. Wiadomo, że większość serwisów zafunduje nam w dzień Wszystkich Świętych (Dlaczego wtedy, a nie w Zaduszki? Przebóg, nie zgłębiłam jeszcze tej tajemnicy...) przegląd co ważniejszych nekrologów z ostatnich 12 miesięcy. Zmarli artyści, politycy, sportowcy, celebryci - ich czarno-białe fotosy przewijają się na ekranach telewizorów, laptopów i tabletów, w tle zaś - obowiązkowo rozbrzmiewa jakaś smętna melodyjka. 

Swoistego wyłomu udało się w tym roku dokonać Kindze Rusin, która zaapelowała do rodaków, by nie kładli na grobach swych bliskich - uwaga! - wiązanek i wieńców ze sztucznych kwiatów, bo to nieekologiczne... Serio, serio! Takie bowiem kwiatki rozkładają się później na wysypiskach przez stulecia, a to wszak bardzo niedobrze.

sobota, 22 czerwca 2013

Koniec epoki

Epoka to - według słownika - okres stanowiący jeden z etapów dziejowych. Czy 15 lat zasługuje już na takie określenie, czy może należałoby się z tym powstrzymać, zanim czas łaskawie nie dopisze na końcu jeszcze kilku nobliwych zer? W odniesieniu do znanych nam z historii epok piętnastolecie przedstawia się nader marnie. Z drugiej strony to jednak ponad połowa mojego życia, jeśli więc weźmie się pod uwagę ten punkt odniesienia, rzecz nabiera zupełnie innego wymiaru.

Uczepiłam się tej liczby nie bez powodu. Nieco ponad 15 lat temu w moim - a raczej: w życiu mojej rodziny pojawiła się biało-czarna i bardzo puchata kulka. Czarny łepek, błyszczące oczka, zawadiacko przekrzywione ucho i cztery niezgrabne łapki, ledwo dające sobie radę z utrzymaniem w równowadze ciała zakończonego poruszającym się non stop ogonkiem... 

Nuki. Nasz pierwszy i - prócz Aksy, która jednak należy już wyłącznie do mnie - jedyny pies. Kochany podwórzowiec o złotym sercu i niespożytej energii. Kiedy był mały, spotkani na ulicy ludzie śmiali się, że mam na smyczy miniaturkę bernardyna. Kiedy podrósł, na szczęście nie osiągnąwszy rozmiarów, które usiłowano mu wmówić, z psa "pokazowego", "spacerowego", stał się wiernym stróżem naszego domu. 

Ileż ja chwil spędziłam, wpatrując się w te brązowe, poczciwe oczy i myśląc, że to jedyne stworzenie w okolicy, które mnie jako-tako rozumie... Ile było zabawy przy każdej psiej kąpieli... I tylko ten czarny pyszczek siwiał z roku na rok coraz bardziej. I tylko oczy z roku na rok ślepły, aż w końcu zupełnie przestały się przydawać, ustępując nosowi, łapom i psiej intuicji...


Jeszcze kilka dni temu opowiadałam o nim jednemu ze znajomych aktorów, który sam ma w domu psiego emeryta. Mówiłam, jak dzielnie radzi sobie nasz staruszek - mimo utraty sił i wzroku. 

Dziś tego staruszka już nie ma.
Dziś wczesnym wieczorem Nuki powlókł się do swojego ulubionego schronienia pod schodami, w którym zawsze przeczekiwał upały. Zaskamlał cicho kilka razy - zdarzało mu się tak marudzić od czasu do czasu. Ale tym razem nie marudził. Umarł.

Odszedł cicho i niekłopotliwie - tak jak żył, biedny, kochany emeryt.
A za nim równie cicho zamknęły się drzwi tej piętnastoletniej epoki, nazwanej tu dla uproszczenia: moją młodością.

Zostałam po złej stronie.

czwartek, 20 czerwca 2013

Echo serca

Oświadczam: jestem sentymentalną gęsią z inklinacjami muzycznymi. Pozuję czasami na intelektualistkę, zdarza mi się udawać wredną małpę, bywam konkretną, twardo stąpającą po ziemi niewiastą... ale to wszystko kamuflaż. Bo wystarczy banalna melodyjka z przeszłości, romantyczny przebój sprzed lat i maska spada, odsłaniając żałosną prawdę. Co za wstyd...

Dziś mogłam się kolejny raz przekonać o tej sile mojej słabości. Wystarczyły pierwsze dźwięki starego hitu Perfectu Nie mogę Ci wiele dać i nagle - niczym bohaterowie tandetnych filmów o podróżach w przeszłość - znajduję się znów w dużej sali gimnastycznej przy mojej podstawówce. 

Jestem w siódmej klasie - okropny wiek, okropny czas dla brzydkiej, zakompleksionej i nieśmiałej pannicy. Trwa właśnie szkolna dyskoteka - pod sufitem zwisa połyskująca kula wypożyczona na tę okazję od grodziskiego zawodowego wodzireja, a w jednym z kątów sali kolega z liceum bawi się w didżeja, inkasując zachwycone spojrzenia małolat (bo przecież taki jest dorosły i mądry). Na parkiecie pląsają grupki młodzieży z klas szóstych, siódmych i ósmych - część z nich jest koedukacyjna, zdecydowana większość to jednak kółeczka tylko damskie lub tylko męskie - takie czasy.

wtorek, 5 lutego 2013

Wielki powrót gołębia-podglądacza

Krakowskie wspomnienia codziennie przylatują do mnie na stalowoszarych skrzydłach. Siadają na balkonie, bezczelnie przechadzają się po parapecie, łypiąc na mnie bezczelnie - raz jednym, raz drugim bursztynowym okiem. Budzą mnie, nim przypomni sobie o tym rozleniwiony zegarek. Podglądają - czy aby na pewno nie wyjdę za późno do pracy. Gruchają do snu natarczywe, niechciane kołysanki...

Spokojnie. Nie bój się. Nie zwariowałam jeszcze na tyle, by silić się tutaj na metafory niskich - nomen omen - lotów. Na moim balkonie - a czasem także i parapecie - ulokowała się po prostu parka tzw. "latających szczurów", czyli gołębia rodzinka, na razie dwuosobowa (mam nadzieję, że zdążę przeprowadzić eksmisję, zanim pojawią się jakieś... jaja). A to przypomina mi pewną historyjkę, która przytrafiła mi się jeszcze w zamierzchłych akademikowych czasach. 

Nie proś. Nie musisz.
Przecież i tak bym Ci ją opowiedziała... :-)

wtorek, 22 stycznia 2013

Wielki nieobecny

Jako dziecko niemal każdą, nawet najbanalniejszą opowieść potrafiłam przekształcić w baśń. Wystarczyło, że któryś z dorosłych zaczynał snuć wspomnienia... Celowała w tym nieżyjąca już babcia, mama mojego taty. Każdy weekend spędzony w jej malutkim domku w Dębienku pod Stęszewem oznaczał nie tylko wizytę nad położonym nieopodal jeziorem, ale przede wszystkim - niezliczone historie z przeszłości, które płynęły leniwie przez nieruchome, rozgrzane powietrze kolejnych letnich wieczorów.

W tych opowieściach dwie siostry, które utopiły się w Lipnie, bo jedna chciała ratować drugą, zmieniały się w niebezpieczne topielice, wabiące później kolejnych nieostrożnych amatorów kąpieli i wciągające ich pod wodę. Woźnica, który w latach okupacji niemieckiej usiłował porwać babcię, wracającą do domu z pracy w pobliskiej roszarni, zmieniał się w złośliwego diabła z rogami sprytnie schowanymi pod wysłużonym kapeluszem. Pradziadek, który umarł po tym, jak przeziębił się, przeleżawszy kilka godzin nalotu niemieckiego w pełnym śniegu rowie, i który mógł się pochwalić najpiękniejszymi i najzdrowszymi zębami w całej wiosce, nawet w ostatniej chwili uśmiechał się przepięknie do nadchodzącej po niego Śmierci...

sobota, 19 stycznia 2013

MUZEUM MATERIALIZMU SENTYMENTALNEGO: rzecz o cmok-kanapie i przyległościach

Nie ufam ludziom, którzy twierdzą, że nie przywiązują się do dóbr materialnych. Owszem, takie wyznanie brzmi całkiem nieźle w towarzystwie (sugerując szlachetne wyrzekanie się skrzeczącej rzeczywistości na rzecz wartości, hmm, duchowych zapewne...), ale - nie w moim, wybaczcie. ;-) Bo ja lubię swoje rzeczy. I lubię je mieć przy sobie.

Tak, jestem materialistką, ale materialistką sentymentalną, ceniącą nie sam fakt posiadania jakiejś rzeczy, lecz wspomnienia, które ów przedmiot czy mebel wywołuje. Toteż zawsze irytowało mnie pytanie "Mieć czy być?", wałkowane na lekcjach polskiego w liceum aż do znudzenia - bo dlaczego miałabym, do kroćset, wybierać? Mogę być i jednocześnie mieć. Mieć rzeczy, które przypominają mi, kim byłam, jestem i mogę jeszcze się stać.

A że stare panny mają zazwyczaj - postępującą z wiekiem - niebezpieczną skłonność do mentalnych wycieczek w przeszłość, mam nadzieję, że z wyrozumiałością potraktujecie tę moją próbę skatalogowania najważniejszych w moim życiu przedmiotów i związanych z nimi dobrych wspomnień, póki jeszcze nie wyblakły na amen... Zapisane - staną się być może kiedyś moim jedynym orężem w walce z otępiającą starością, której tak się boję, a którą - kto wie? - mogę mieć przecież wpisaną w geny.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Nulek świętuje

Nigdy nie umiałam się zdecydować, co wolę obchodzić - urodziny czy imieniny. Wprawdzie kilka miesięcy temu intensywnie świętowałam spóźnioną o dekadę osiemnastkę, ale wcześniej bywało różnie, w zależności od humoru i stanu moich relacji ze światem (tudzież ich braku, bo i to się zdarzało, przyznaję...). A w tym roku? Może czas na zupełnie nowe święto?

Kalendarz świąt nietypowych podaje, że dziś - 14 stycznia - przypada Dzień Osób Nieśmiałych (który jest też Dniem Ukrytej Miłości). No to pretekst do uroczystych obchodów już mam, choć (naprowadzona na ten trop przez kogoś, kto też ten dzień świętuje) zorientowałam się dość późno i jestem, przyznaję to ze wstydem, zupełnie nieprzygotowana do celebracji... Bez tortu, bez szampana czy choćby lampki ulubionego wina, by wznieść samotny, cichy toast za wszystkich, z którymi łączy mnie ta nieszczęsna przypadłość: nieśmiałość.

piątek, 11 stycznia 2013

Nulek, muzyka i onomastyka

Hmm, Anula? A od czego to zdrobnienie? - zapytał mnie kiedyś pewien dopiero co poznany (i szybciutko zapomniany - nie przepadam bowiem za brakiem językowej wyobraźni) kolega, któremu przedstawiłam się, używając najulubieńszej wersji mojego jakże banalnego imienia. Cóż, nie jest to może zbyt popularna forma, ale w świecie opanowanym przez Anie, Anki, Aneczki, Anusie oraz Anny okazuje się zaskakująco wygodna ze względu na ową niepopularność właśnie: dzięki niej trudno mnie pomylić. ;-)

Jestem więc Anulą - ewentualnie Nulą lub Nulkiem - od lat i dobrze mi z tym imieniem. Znajomi żartują nawet, że powinnam je umieścić w dowodzie osobistym zamiast tej nieszczęsnej Anny Darii, która tam figuruje od ponad 10 lat (tak, tak, jestem starszą panią, we wrześniu mój pierwszy dowód osobisty stracił termin przydatności do spożycia...). Zresztą - jak podaje Słownik imion współcześnie w Polsce używanych Kazimierza Rymuta - nie byłabym pierwszą osobą, której przyszło to do głowy (polecam tę lekturę gorąco, można z niej wyczytać niesamowite ciekawostki dotyczące imion oraz... ludzkiej fantazji). Tylko po co mi cała ta papierkologia? Jestem Anulą i basta!

niedziela, 6 stycznia 2013

Mój słownik. Edycja 2012


Ha! Dlaczego nikt, ale to nikt nie przypomniał mi o tym, że 2 stycznia minęła rocznica założenia bloga (pomijając fakt, że prawie nikt tych moich wypocin nie czyta)? ;-) Nieładnie... No, ale sama też muszę się pokajać, moje życie toczy się ostatnio w tak cudownie szybkim tempie, że nie miałam czasu pomyśleć o tym odpowiednio wcześnie. I jest to najlepsza, najprzyjemniejsza z możliwych wymówek!

Jednak - mimo tej wpadki kalendarzowej - przyznaję, że nie umiałabym już żyć bez pisania tutaj. Nie tylko dlatego, że uzewnętrznianie się w tej formie przynosi ulgę i pozwala uporządkować galopadę myśli w głowie, ale też dlatego, że pozwala zachować giętkość palców. Oczywiście tę metaforyczną, związaną z łatwością formułowania myśli. Od kiedy tworzę "Anulowe zapiski", idzie mi to znacznie szybciej i naturalniej - dotykam klawiatury i po prostu: odpływam... :)

Ale dziś - zamiast zwierzeń - znajdzie się tutaj coś w rodzaju podsumowania. Ot, taki mój mały słowniczek, gromadzący w kolejności alfabetycznej najważniejsze hasła, które towarzyszyły mi w 2012 roku. Kto wie, może znajdziecie tu coś... o sobie? ;-) Zapraszam do lektury i ewentualnej dyskusji. :-)

MÓJ SŁOWNIK
EDYCJA 2012


* * *

A

Afery - hasło roku, niewątpliwie. Rozkręciłam ich w tym roku kilka, a najbardziej medialne okazały się sprawy przychodni na Szwedzkiej (to jeden z nielicznych powodów, które sprawiają, że cieszy mnie wyprowadzka z Krakowa - nie będę już musiała martwić się tym przeklętym miejscem na mapie miasta...) oraz niesławnej Fundacji Benefac. Nie żałuję, że się odezwałam. Niewiele mogę zdziałać sama w sprawach, które mnie wkurzają, ale jeśli istnieje choć cień szansy na nagłośnienie problemu i - być może - rozwiązanie go, to nie zamierzam siedzieć cicho. Nigdy. Spodziewajcie się tego. :-)


Auto - 2012 rok zapisze się w mojej pamięci również jako rok ostatecznego rozstania z Białą Strzałą. 10 lat. Mój najdłuższy i najpiękniejszy związek. Zostały mi po niej tablice rejestracyjne, które w poniedziałek muszę oddać do urzędu. I misiek, który dumnie rozsiadał się pod przednią szybą. No i moc wspomnień. Dobranoc, Biała Strzało.

piątek, 28 grudnia 2012

Klamki

Jak wiele może się zmienić w ciągu niespełna 2 tygodni. Kiedy 16 grudnia pisałam o moim przedłużającym się pobycie w Krainie Pomiędzy, nie miałam pojęcia, że moja sytuacja zmieni się niemal błyskawicznie... W piątek, 21 grudnia, pół godziny po spodziewanym przez wszystkich końcu świata, dowiedziałam się - ot tak, po prostu - że dostałam pracę. W Poznaniu. I że najwyższy czas poszukać jakiegoś lokum. 

Półroczne dylematy, cackanie się z własnymi lękami, stan zawieszenia między Grodziskiem a Krakowem - wszystko to zniknęło w jednej chwili. Ktoś zadecydował za mnie, uznając, że - mimo wytkniętego mi na samym początku braku orientacji w dziedzinie, w której podejmuję pracę - byłam najlepszą kandydatką. I nagle moje wątpliwości przestały mieć znaczenie.

Mam pracę - i niejasne, ale coraz silniejsze przeczucie, że ją polubię.

środa, 19 grudnia 2012

2 wiersze. W oczekiwaniu na koniec świata


O końcu świata, który ma nastąpić dokładnie za 2 dni, bo tak przepowiedzieli wszechwiedzący Majowie i kilku współczesnych, równie wszechwiedzących, jasnowidzów, trąbią już od dawna wszystkie media. W sklepach ruch - nie wiadomo, czy ludzie robią zwykłe zapasy przed Świętami, czy też przygotowują się raczej do nadejścia katastrofy, licząc, że uda im się przetrwać w piwnicy wypchanej śledzikami w zalewie, konserwami tyrolskimi oraz butelkowaną wodą... Nie ma rozmowy, nie ma spotkania, by nie pojawiło się nawiązanie do owej nadchodzącej wielkimi krokami apokalipsy. A ja? A ja siedzę i przypominam sobie ulubione wiersze...

Oczywiście, mam na myśli poezję, w której słowo "koniec" odgrywa niebagatelną rolę. Pierwszy z wierszy pamiętam z lekcji polskiego w liceum (wtedy też nauczyłam się go recytować), drugi - chyba jeszcze z czasów szkoły podstawowej.

wtorek, 18 grudnia 2012

Cygańska krew

Dawno już nie spotkałam w Krakowie cygańskiej wróżki. Nachalne kobiety, okutane w wielowarstwowe spódnice, dopadające podróżnych przy przejściu podziemnym nieopodal dworca - to, podobnie jak grajkowie-żebracy wędrujący po tramwajach - obrazek z pierwszych lat mojego pobytu w tym grodzie. Obrazek, który zdążył już nieco rozmyć się w moich wspomnieniach...

Dziś odżył.

Razem z moją ulubioną mieszkanką Londynu wybrałyśmy się do kawiarni, by w całym tym przedświątecznym zamieszaniu odsapnąć sobie i nadrobić towarzyskie zaległości. Było wczesne popołudnie, K. zniknęła na moment, a ja wykorzystałam tę okazję do sprawdzenia wiadomości w telefonie. Gdy podniosłam wzrok znad ekranu, przede mną stała maleńka staruszeczka o typowo cygańskiej urodzie, owinięta w nieco zbyt obszerną kurtkę. Uśmiechała się zachęcająco - wyraźny znak, że czegoś będzie ode mnie chcieć. No tak... Już po chwili rozległo się śpiewne pytanie:

- Powróżyć?

wtorek, 6 listopada 2012

Jak Nulek wiersza na Fejsbuku szukał, czyli krótka przypowieść o potędze social mediów

Lubię swój głos. Uważam, że to jedna z tych nielicznych (inny przykład: wzrost) spraw, których w moim wypadku Matka Natura nie spartoliła, że się tak kolokwialnie wyrażę. ;-) Lubię mówić, dobierając odpowiednio słowa i tony. Lubię czytać na głos i interpretować to, co napisali inni. Dlatego - odkąd pamiętam - chętnie brałam udział we wszelkiego rodzaju konkursach recytatorskich. Nie zawsze z pozytywnym skutkiem - ale zawsze z ogromną radością i ciekawością... Podczas przygotowań do jednego z takich konkursów (to musiało być na początku liceum, bo należałam wtedy jeszcze do koła teatralnego prowadzonego przez panią Hanię Mańkowską) trafiłam jednak na wiersz, który w późniejszych latach przysporzył mi wielu zgryzot...

A wszystko przez to, że o nim zapomniałam.

Nie wiem, jak to się stało. Zwykle całkiem dobrze zapamiętuję dłuższe partie tekstów, które mi się podobają - a ten wiersz spodobał mi się bardzo. Musiało zadziałać jakieś fatum, które w tajemniczy sposób wymazało z mojej pamięci wszystko - wszystko! - prócz ostatnich dwóch wersów...

Więc dziękuję ci miły za pamięć
Właśnie ciebie zapominam na śmierć

niedziela, 28 października 2012

"Jak marzną mi paluszki..."

Jest taka piosneczka Grzegorza Turnaua o śniegu i marznących paluszkach. Wracałam dziś do domu taksówką, nucąc ją sobie pod nosem i z zachwytem przyglądając się prószącym z nieba coraz mocniej płatkom bieli. Tak, to już. Pierwszy śnieg. I pierwszy mróz.

Zawsze, gdy przychodzi ta chwila, przypominam sobie radość, jaką odczuwałam jako dziecko na widok pierwszych płatków. Nie zdawałam sobie wówczas sprawy z tego, że śnieg oznacza też konieczność:
- zmiany opon na zimowe,
- odśnieżania chodnika i auta,
- uważania na to, gdzie się idzie, bo tak łatwo przecież się poślizgnąć,
- cieplejszego opatulania się,
- włączania ogrzewania i... płacenia za nie,
- wystawiania nosa, a czasami także i palców na niezbyt sprzyjające zmarzluchom warunki atmosferyczne.

Nie, jako dziecię ledwo co odrosłe od ziemi po prostu cieszyłam się tą chwilą, marząc o sankach, bałwanach i nieskalanej bieli litościwie pokrywającej brzydotę świata. I wiecie co? Ta radość gdzieś tam we mnie tkwi do dziś. :-) Nie zniknęła, nie poszła sobie, tak jak wiele innych dziecinnych pomysłów i przeżyć. Wystarczy złapać na język pierwszy zauważony w powietrzu okruszek bieli - i wszystko wraca. :-)

Wróciło i dziś, kiedy - spacerując po Kazimierzu z przyjaciółmi - zima przypuściła na Kraków swój pierwszy, jakże jeszcze nieśmiały szturm. Miałam szczęście - mogliśmy się tym śniegiem uradować wspólnie...

I tylko taksówkarz śmiał się ze mnie, mówiąc: "Pani to chyba zakochana, że tak śpiewa...".
A przecież to tylko śnieg... :-)

niedziela, 9 września 2012

Cztery koty, dwa listy i jeden wiersz

Dawno nie miałam dnia tak pełnego wrażeń. A zaczęło się od niewinnego wyjścia do kościoła na rodzinną mszę (tak, wiedźmy też chadzają niekiedy na takie eventy). Niewyspana - bo zachciało mi się do późna czytać Pieśń Lodu i Ognia - i lekko oszołomiona zawiłościami listu duszpasterskiego, odczytywanego z tygodniowym opóźnieniem (ech, uroki mieszkania na prowincji...), siedziałam sobie w kącie ławki, skupiając się na odpowiednio szerokim otwieraniu oczu i myśląc, że dawno nie zanosiło się na tak spokojną niedzielę...

No i mam za swoje.

Jako że mam dość osobliwe podejście do nakazu, by "dzień święty święcić", postanowiłam uczcić ową niedzielę ogarnięciem sterty papierzysk w moim grodziskim pokoju i - po zaaplikowaniu sobie solidnej porcji kofeiny - dziarsko zabrałam się do pracy. Przy okazji uznałam, że to odpowiedni moment, by pozbyć się z pokoju ogromnego i klocowatego biurka, które znacząco ograniczało mi swobodę, zastępując je mniejszym i wygodniejszym biurkiem porzuconym przez moją młodszą siostrę-emigrantkę. No, ale do transportu potrzebne było mi wsparcie.

Tatę, którego zamierzałam prosić o wsparcie - bynajmniej nie duchowe - znalazłam na podwórzu. Cóż, nie był sam...

sobota, 28 lipca 2012

Cudze okna

W jednej z moich ukochanych piosenek Turnaua - "Wzdłuż ulic" (nie ma jej, o dziwo, na YouTube, ale od czego jest poczciwa Wrzuta...) - pojawiają się słowa, które nucę sobie pod nosem zawsze, gdy przejeżdżam przez pewną niewielką wioskę przy drodze z Grodziska do Poznania... "Z daleka widzę dom, gdzie było szczęście moje...". To dom mojej babci w Dębienku - niewielka, parterowa chatka ze spadzistym dachem, licząca sobie ponad 100 lat. 

Dawno, dawno temu niemal każdy letni weekend spędzaliśmy z tatą w Dębienku - najpierw sami, później z moją coraz samodzielniejszą młodszą siostrą. Mama zwykle zostawała w domu, w Grodzisku, ciesząc się pewnie w duchu, że na kilkadziesiąt godzin ma nas z głowy... ;-) A dla nas to były często jedyne wakacyjne wycieczki, bo na kolonie czy wczasy zwykle nie starczało już środków. Zresztą - bliskość kilku jezior i niezaprzeczalny urok starego domu babci - ze strychem pełnym książek oraz starych zdjęć - wystarczały mi wtedy w zupełności do szczęścia...

wtorek, 17 lipca 2012

Kruchy świat, kruche szkło...

Moja mała namiastka raju na ziemi cała jest ze szkła. I może odrobinę - z porcelany. Albo z porcelitu, bo i ten się trafi od czasu do czasu. To królestwo kruchości i światła balansującego na nierzeczywistej, niemal niewidzialnej krawędzi między materią a powietrzem. Bajka zastygająca w eleganckich, prostych formach.

Kiedy jest mi źle i obco, wsiadam w autobus, później w tramwaj i w kolejny autobus. I jadę - za siedem gór i rzek. Do sklepu, w którym mogę godzinami przechadzać się po dziale z wyposażeniem kuchennym. Tak, to właśnie mój raj: granice wyznaczają z jednej strony dostojne komplety obiadowe, z drugiej zaś - kieliszki do wina upozowane jak baletnice na doskonale delikatnych nóżkach.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Weekendowe migawki. Cień

Jeśli pamięć jest jak aparat fotograficzny, to moja najwyraźniej została wyposażona w dodatkowe funkcje, utrwalające nie tylko obrazy, ale też zapachy, dźwięki, uczucia i smaki. Uwieczniam tym aparatem najważniejsze chwile, tak dokładnie, że nawet po latach mogę odtworzyć je precyzyjnie w dowolnym momencie. Miniony weekend przyniósł mi mnóstwo takich cudownych migawek. Były wśród nich scenki towarzysko rodzajowe - z Poznania przyjechał dawno niewidziany Oregano, na chwilę przed odlotem na miotle do Niemiec zajrzała Wiedźma Joasia, była Ania z Warszawy, pojawiło się też kilka nowych twarzy; były biesiady, długie rozmowy przy piwie i winie, martwa natura z ciastem cynamonowym i domową pizzą, nowohuckie oraz podziemne pejzaże...

Ale - prócz tych dużych kompozycji - w moich pamięciowych zbiorach znajdą się też urocze drobiazgi, obrazki maleńkie jak miniaturki malowane przez Jana Stanisławskiego. Jeden z nich notuję sobie tutaj. Niech trwa.