Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aksa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aksa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 grudnia 2015

Efekt gołębia!

Anegdotę o trzepocie skrzydeł motyla w Massachusetts, który wywołać może burzę w Szczebrzeszynie, zna chyba każdy - jeśli nie z opracowań dotyczących teorii chaosu, to z głośnego filmu z Ashtonem Kutcherem. No, ewentualnie z "Motyliady" Grzegorza Turnaua i Basi Gąsienicy-Giewont - całkiem przyjemnej piosneczki poświęconej innemu badaczowi chaosu - prof. Marianowi Mrozkowi.

Motyl - stworzonko piękne i pełne gracji - idealnie wpasował się w historyjkę, łącząc naukę z poezją. 


No, ale... nie każdy zasłużył sobie na motyla.

Są bowiem na tym świecie jednostki tak ponure, tak przyziemne, tak pozbawione poezji i - nomen omen - polotu, że los (a może - chaos?) nie chce na nie marnować subtelnych symboli. Pewnie dlatego zamiast efektu motyla doznałam dziś... efektu gołębia.

sobota, 14 lutego 2015

Goń się, Walenty!

Wydawało mi się, że do tegorocznych walentynek przygotowałam się wyjątkowo starannie. Przećwiczyłam rzetelnie ignorowanie wszechobecnych serduszek, amorków oraz gołąbków. Nauczyłam się całkiem sprawnie i bez śladu przepuszczać przez świadomość wszelkie odniesienia do tego "święta" (wiem, wiem, jak się jest starą panną, to wcale nie jest takie wymagające zadanie...) pojawiające się w mediach i wśród co bardziej zamerykanizowanych znajomych. Udało mi się nawet nie zwracać zanadto uwagi na wszechobecne reklamy osławionych "Pięćdziesięciu twarzy...", choć przyznaję - przeczytałam mniej więcej książkę E.L. James; mniej więcej - bo po kilku pierwszych opisach scen seksu zorientowałam się, że wszystkie są pisane na jedno kopyto i brnięcie przez nie to czytelnicza strata czasu...

Miałam więc wszelkie podstawy do tego, by twierdzić, że szanowny patron epileptyków nie wlezie mi dziś w paradę. I że jakoś przetrwam ten dołujący w gruncie rzeczy dzień, bawiąc się z psem, robiąc zakupy, przygotowując się do urodzin mamy, a wieczór spędzając na oglądaniu starych filmów. Mogło być miło. Po prostu. 

Naiwniaczka ze mnie.

Wszystko szło dobrze do momentu, w którym uświadomiłam sobie, że... mam zbyt długie włosy. I przydałoby się - korzystając z okazji, że jestem w pobliżu mojego ulubionego saloniku fryzjerskiego - coś z nimi zrobić, bo następna okazja najwcześniej za miesiąc, a poznańskim fryzjerom nie ufam tak, jak mojej sprawdzonej mistrzyni nożyczek. 

No i czar prysł. Ani w piątek (trzynastego!), ani dziś nie udało mi się wcisnąć na tych kilka minut na fotel fryzjerski. Tłumy pań przygotowujących się na randki, bale (w końcu to ostatni weekend karnawału, w dodatku - taki miłosny!), zabawy i wielkie wyjścia zapchały kalendarz w salonie dokumentnie. I nawet mój wrodzony urok osobisty (sic!) nie przydał się tu na nic. 



Cóż było robić? Na szczęście jako dziecię wychowane w zakładzie kuśnierskim dość sprawnie posługuję się sprzętami tnącymi. Wygrzebałam więc z szuflady stare, ale wciąż niebiańsko ostre nożyce krawieckie mojej mamy i sama dokonałam dzieła zniszczenia, tzn. przycięcia strategicznych fragmentów mojej szanownej fryzury. 

Zerkam w lustro, kontrolnie, i wydaje się, że jest w porządku: na tyle, na ile może być w porządku, kiedy poniżej grzywki widnieje twarz taka jak moja. Ale grunt, że grzywka, ta ukochana, budząca u większości stylistów fryzur zimne dreszcze grzywka, wyszła (na swój sposób) równo. Będę mieć z nią przynajmniej spokój na jakiś czas.

A później zerkam raz jeszcze, tym razem bardziej bojowo. I myślę: goń się, Walenty! Mogłabym wybaczyć ci jeszcze fakt, że co roku przypominasz mi, że nikt mnie nie kocha. Że nie dla wszystkich na tym pochrzanionym świecie starcza serc. Że coraz mniej wierzę w słowa, które kiedyś napisał Mickiewicz:

Twórca mi dał to serce, choć w codziennym tłumie
Nikt poznać go nie może, bo nikt nie rozumie,
Jest i musi być kędyś, choć na krańcach świata,

Ktoś, co do mnie myślami wzajemnymi lata!

Ale tego, że w ten ponury dzień odebrałeś mi rzadką przyjemność spędzenia kilku chwil w wygodnym fotelu, z miłym wrażeniem, że oto wreszcie to wokół mnie ktoś skacze, to mną ktoś się zajmuje... Oj, tego to ja ci, draniu, długo nie wybaczę! 

Goń się, Walenty!

piątek, 16 stycznia 2015

Kolejowa trauma

Ten wpis nie powstałby, gdybym - lekko już przerażona stanem układu wspomagania - nie oddała Myszy w czułe (za odpowiednią opłatą, oczywiście) ręce mechanika. Nie powstałby, bo mając pod ręką samochód, nie skorzystałabym z usług Kolei Wielkopolskich, by dostać się na skrócony weekend (w niedzielę wieczorem będę już w pracy) do Grodziska. Nie powstałby też, gdybym wyszła z pracy 10 minut wcześniej, bo wtedy zdążyłabym na autobus o 17.30, a nie na pociąg o 17.51. 

No, ok, pewnie ma tu też pewien wpływ moje lenistwo - pociąg z Poznania do Grąblewa (to pachnąca jeszcze nowością stacja na trasie do Grodziska, z której mam ciut bliżej do domu niż z dworca, he, he, głównego) jedzie wg planu 48 minut, autobus - jakieś 80 minut. 

Stało się. Wsiadłam do pociągu, znalazłam - o dziwo! - miejsce siedzące, ulokowałam bagaż na półce, a wzrok - w moim ukochanym czytniku e-booków i przygotowałam się na kilkudziesięciominutowy stan bezczynności, skupiając się na wydarzeniach w świecie wykreowanym przez Pratcheta...

Bez większych przeszkód, nie licząc około 2-minutowego opóźnienia na starcie, udało się dojechać do Strykowa. Sukces. Ale później...


środa, 1 stycznia 2014

13 pierwszych razów. Refleksja po ostatnim dniu 2013 roku

Gdzie nie spojrzę, tam podsumowania i zestawienia: książek, ciuchów, ludzi, ciąż, rozwodów, wpadek, plotek, diet, postanowień, gier, fryzur i plotek roku... Zestawiane po 10, 50 albo 100 - mają wypełnić luki w nudnawych sylwestrowo-noworocznych serwisach informacyjnych, załatać dziury na porzuconych na czas świąt (albo i dłużej, tak, tak, kajam się tutaj publicznie...) blogach, uzupełnić "kontent" bez większego wysiłku, bo - najczęściej - dzięki stworzonym już wcześniej i tylko odgrzanym oraz okrojonym odpowiednio treściom... ;-) 

Jak Bozię kocham, chciałam uniknąć tego zestawieniowego trendu. Uległam jednak po długiej walce z własnymi zachciankami. Tak, ja też Was skatuję swoim prywatnym i absolutnie subiektywnym podsumowaniem, nadrabiając choć trochę długie tygodnie milczenia. Jeśli więc macie już dość takich końcoworocznych refleksji i wyliczanek, ostrzegam - nie czytajcie reszty tego wpisu. Żeby nie było! :-P

13 PIERWSZYCH RAZÓW W 2013 ROKU
(kolejność przypadkowa)
Prywatny ranking Nulka


sobota, 22 czerwca 2013

Koniec epoki

Epoka to - według słownika - okres stanowiący jeden z etapów dziejowych. Czy 15 lat zasługuje już na takie określenie, czy może należałoby się z tym powstrzymać, zanim czas łaskawie nie dopisze na końcu jeszcze kilku nobliwych zer? W odniesieniu do znanych nam z historii epok piętnastolecie przedstawia się nader marnie. Z drugiej strony to jednak ponad połowa mojego życia, jeśli więc weźmie się pod uwagę ten punkt odniesienia, rzecz nabiera zupełnie innego wymiaru.

Uczepiłam się tej liczby nie bez powodu. Nieco ponad 15 lat temu w moim - a raczej: w życiu mojej rodziny pojawiła się biało-czarna i bardzo puchata kulka. Czarny łepek, błyszczące oczka, zawadiacko przekrzywione ucho i cztery niezgrabne łapki, ledwo dające sobie radę z utrzymaniem w równowadze ciała zakończonego poruszającym się non stop ogonkiem... 

Nuki. Nasz pierwszy i - prócz Aksy, która jednak należy już wyłącznie do mnie - jedyny pies. Kochany podwórzowiec o złotym sercu i niespożytej energii. Kiedy był mały, spotkani na ulicy ludzie śmiali się, że mam na smyczy miniaturkę bernardyna. Kiedy podrósł, na szczęście nie osiągnąwszy rozmiarów, które usiłowano mu wmówić, z psa "pokazowego", "spacerowego", stał się wiernym stróżem naszego domu. 

Ileż ja chwil spędziłam, wpatrując się w te brązowe, poczciwe oczy i myśląc, że to jedyne stworzenie w okolicy, które mnie jako-tako rozumie... Ile było zabawy przy każdej psiej kąpieli... I tylko ten czarny pyszczek siwiał z roku na rok coraz bardziej. I tylko oczy z roku na rok ślepły, aż w końcu zupełnie przestały się przydawać, ustępując nosowi, łapom i psiej intuicji...


Jeszcze kilka dni temu opowiadałam o nim jednemu ze znajomych aktorów, który sam ma w domu psiego emeryta. Mówiłam, jak dzielnie radzi sobie nasz staruszek - mimo utraty sił i wzroku. 

Dziś tego staruszka już nie ma.
Dziś wczesnym wieczorem Nuki powlókł się do swojego ulubionego schronienia pod schodami, w którym zawsze przeczekiwał upały. Zaskamlał cicho kilka razy - zdarzało mu się tak marudzić od czasu do czasu. Ale tym razem nie marudził. Umarł.

Odszedł cicho i niekłopotliwie - tak jak żył, biedny, kochany emeryt.
A za nim równie cicho zamknęły się drzwi tej piętnastoletniej epoki, nazwanej tu dla uproszczenia: moją młodością.

Zostałam po złej stronie.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

AKSA, DAJ GŁOS! Miłość jak bambosz

Podczas ponad 8 lat w Krakowie miałam okazję przekonać się, na jak różne typy współlokatorów można trafić w akademikach tudzież mieszkaniach studenckich. Są ludzie, których wolałabym zapomnieć (i - aby ułatwić ten proces - nie będę tu przytaczać ich imion), są też tacy, których wspominać będę zawsze z rozczuleniem - jak choćby Madzia, z którą przemieszkałam 2 lata, najpierw przy ul. Jadwigi z Łobzowa, później na Grzegórzkach, a później przy Kalwaryjskiej. Przedstawicieli pierwszej kategorii lepiej unikać. Za to z przedstawicielami tej drugiej człowiek gotów byłby podzielić się ostatnią koszulą... albo na przykład miejscem na blogu.

Piszę o tym nie bez przyczyny: od 3 tygodni nie mieszkam już sama. W moje życie - na czterech zgrabnych i włochatych łapach - wkroczyła Aksa, zwariowany mieszaniec owczarkopodobny (konia z rzędem temu, kto zgadnie, jaką rasę przypomina najbardziej), 2-letnia wariatka o wyjątkowo silnym charakterze, zabawnym, guzikopodobnym nochalu i roztapiającym serce spojrzeniu. Właśnie siedzi na kanapie obok i z ciekawością przygląda się mojemu majstrowaniu przy klawiaturze. Niech się i ona po-pisze. Aksa, daj głos! :-)

* * *

No i stało się. To ja, Aksa, nowa lokatorka. Anula oderwała mnie właśnie od mojej ulubionej zabawy polegającej na systematycznym rozdrabnianiu na miniaturowe łatki starego pomarańczowego kocyka, który dostałam od jej mamy "do łóżeczka", i domaga się ode mnie jakiejś wprowadzającej wypowiedzi. 


niedziela, 2 czerwca 2013

Grunwaldzki spacer na trzech nogach

Od kilku dni pałęta mi się po głowie puenta pewnej statystycznej anegdotki, zasłyszanej jeszcze w zamierzchłych czasach mojej edukacji w grodziskim "ekonomiku", mówiąca o tym, że wychodząc na spacer z psem ma się, statystycznie rzecz ujmując, trzy nogi. ;-) Od kilku dni ja też mam dodatkową nogę, a to za sprawą mojej nowej współlokatorki - dwuletniej kundelki Aksy. 

Na razie oswajamy się ze sobą i z nową sytuacją (nie tylko w związku ze zwiększoną liczbą kończyn): ona - bo z domu pełnego ludzi trafiła do mieszkania samotnej starej panny, i ja - bo w moją jednoosobową egzystencję wkroczyła istota domagająca się uwagi, mająca swoje wymagania, zwyczaje i złe (oj, złe...) nawyki. Jutro wielki test, do którego od kilku dni się przygotowywałyśmy: moje wyjście do pracy. Zanim jednak nadejdzie godzina próby, trzeba odbyć rytualny wieczorny spacerek, żeby się psisko wybiegało, pozbyło nadmiaru energii (Aksa to pies owczarkopodobny, więc czego jak czego, ale energii jej nie brakuje), podlało ten i ów trawniczek (bo kupki jej dumna nowa pani zbiera dzielnie do specjalnych woreczków, żeby nie prowokować sytuacji rodem z "Dnia świra")... No dobra, nie ma co tu kryć, pani też przyda się nieco ruchu, nie wspominając o tym, że takie wyjścia stanowią znakomity pretekst do zabrania ze sobą aparatu i rozejrzenia się po najbliższej, a przecież wciąż nie do końca rozeznanej okolicy. :-)