Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 lipca 2013

Bez zobowiązań

Najczęściej i najpromienniej uśmiecham się, kiedy jest mi smutno. Zupełnie jakbym tym prostym sposobem - rozciągając usta w mniej lub bardziej sympatyczny grymas - próbowała oszukać świat i samą siebie przy okazji. Wszystko w porządku. Nic się nie dzieje, naprawdę. Czuję się doskonale, dziękuję. A co u Ciebie?

Może to dziedzictwo po mojej mamie - najbardziej skrytej osobie, jaką znam? Ona też po mistrzowsku udaje, że wszystko gra, nawet w chwilach największej desperacji i rozpaczy. Albo po prostu milczy - ale tego zwyczaju akurat po niej nie przejęłam. Ja zagaduję zmartwienia, odwracam od nich uwagę, gram w teatrze jednej (marnej) aktorki sztukę z wymuszonym happy endem. 

Najłatwiej jest ten zabieg przeprowadzić w pracy. Nawał zajęć, aktywność umysłowa, telefony, maile, komunikaty, sprawy do załatwienia - wszystko to pozwala uniknąć myślenia o własnej żałosnej egzystencji, odwraca uwagę, tłumi złe emocje - i pozwala też uniknąć niewygodnych pytań. Podobnie na spotkaniach ze znajomymi - siedzę, słucham opowieści, ploteczek, wynurzeń - i uśmiecham się, i gadam o głupotach, i na moment lub kilka chwil znów wszystko jest ok. Naprawdę.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Trudna sztuka powagi

Co jakiś czas możemy usłyszeć w mediach, że Polacy to naród uwielbiający narzekać. Czy rzeczywiście jesteśmy takimi marudami? Czy faktycznie na niewinne pytanie "Co słychać?" odpowiadamy zazwyczaj litanią pretensji, wyrzucając z siebie niczym gejzer kolejne fale rozgoryczenia, smutku i złości? A może ten stereotyp dotyczy wyłącznie starszych pokoleń - tych, które równie stereotypowo gloryfikują teraz czasy komunizmu, twierdząc, że dawniej żyło się lepiej (jakby psychologowie już dawno temu nie udowodnili, że to po prostu nasz mózg woli zapamiętywać z przeszłości dobre rzeczy, a kasować te złe)?

Moje pokolenie, atakowane zewsząd propagandą sukcesu i amerykańskimi filmami familijnymi ("Hi, how are you?", "Thanks, I'm fine! And you?" "Fine, great, wonderful! Thanks!"), chyba już tak otwarcie narzekać nie potrafi. A może tylko tak mi się wydaje, bo opieram się na własnych wrażeniach i przeżyciach? Może to kwestia wychowania?

Moi rodzice nauczyli mnie jednego: że muszę sobie w każdej sytuacji radzić sama. Pisałam już kiedyś o moim "zosiosamosizmie". Coraz częściej łapię się jednak na tym, że owa samodzielność i ambicja, by z każdym problemem radzić sobie samodzielnie, to nie wszystkie objawy mojego "skrzywienia". Problem pojawia się nawet wtedy, kiedy trzeba pogadać o... problemach właśnie.

środa, 11 lipca 2012

Wtorek jak worek... z niespodziankami

Wspominałam już pewnie niejeden raz, że nie przepadam za dziennymi przejażdżkami pociągiem - znacznie bardziej wolę podróżować nocą, zwłaszcza ze względu na to, że - niczym pies Pawłowa na dzwonek - reaguję na kołysanie i charakterystyczny pociągowy stukot odruchem warunkowym - w moim wypadku: natychmiastowym niemal zapadnięciem w drzemkę. Cóż, nie zawsze się to udaje - w tym tygodniu ze zgrozą odkryłam, że mój ulubiony nocny pociąg relacji Świnoujście-Przemyśl zniknął z rozkładów. No i trzeba się było tłuc w dzień... Mogłam się domyślić, że los zgotuje mi z tej okazji kilka innych, bonusowych niespodzianek, przekształcając najniewinniejszy na świecie dzień w prawdziwy worek niespodzianek. Nie zawsze przyjemnych...

Zaczęło się od porannego poczucia, że coś wisi w powietrzu. I nie była to - dla odmiany - burza. Wisiała migrena, która tuż po porannej kawie raczyła zapowiedzieć mi swe przyjście serią tzw. mroczków (słynni bracia Mroczkowie z "M jak Mdłości" nie mają z tym nic wspólnego, choć reaguję na ich widok na ekranie równie źle...). Latające przed oczami plamki, układające się w kalejdoskopowe wzory, mogłyby nawet być zabawne, gdyby nie fakt, że zwykle poprzedzają one u mnie atak bólu głowy, mdłości i światłowstrętu zwany potocznie migreną - tudzież, staroświecko: globusem.

wtorek, 1 maja 2012

Wszystko będzie dobrze

Jest taki wiersz Stanisława Barańczaka zatytułowany Garden party. Od kilku dni krąży mi po głowie jak refren przygrywający temu, co dzieje się w domu i szpitalnej wizycie mamy, która właśnie się rozpoczęła. Przytoczę go. Komentarz - niżej. 


Stanisław Barańczak

Garden party

„Pomarańcza, jak widzę, z Malty – wyśmienita!”
C.K. Norwid

„Przepraszam, nie dosłyszałam nazwiska? ...Banaczek? 
...Czy to czeskie nazwisko? A, polskie! To znaczy,
pan z Polski? jakże miło. Państwo przyjechali
całą rodziną? dawno?”, „No nie, wybacz, Sally,
zamęczasz pytaniami, a trzeba, po pierwsze,
zaprowadzić do stołu – proszę, tu krakersy,
potato chips, sałatka – pan sobie naleje
sam, prawda? Witaj Henry –”, „I co też się dzieje
ostatnio w Polsce? Co porabia Wa..., no, ten z wąsami,
zna go pan osobiście? Nie? Widzę czasami 
w dzienniku demonstracje – choć czy można wierzyć
tej naszej telewizji, koszmar, prawda? jeży
się włos od wszystkich tych reklam – cenzury –
Europejczycy słusznie twierdzą, że kultury
nam brakuje-”, „Cześć, jestem Sam. Mówi mi Billy,
że pan z Polski - znam Polskę, widziałem dwa filmy
z Papieżem – ten wasz Papież nic nie wie o świecie,
straszny konserwatysta -”, „A jak pańskie dzieci?
Mówią już po angielsku? Czy chodzą do dobrej
szkoły?”, „Te szkoły publiczne to problem
numer jeden, niestety –”, „Nie zgadzam się, Sammy,
szkoły są lepsze, jeśli rodzice, my sami,
dbamy o to -”, „Tak, ale budżet federalny –”,
„Hej, wy tam, skończcie wreszcie, co to za fatalny
obyczaj – dyskutować przy winie, zakąsce
na poważne tematy -”, „Więc? co słychać w Polsce?”


piątek, 2 marca 2012

Spotkanie z łagiewnickim kominiarzem

Wspominałam już o tym, że mam wybitne uzdolnienia w dziedzinie pakowania się w kłopoty tudzież rozmaite zabawne sytuacje? :-) Na pewno tak. A dziś rano spotkała mnie przygoda - czy też: przygódka - która potwierdza tę tezę. 

Zaczęło się - jak co rano w dni powszednie - od odwiecznego pytania: czy autobus o 8.10 pojechał już, czy znów się spóźni? Gwoli ścisłości dodam, że była godzina 8.09 i że odpowiedź na owo pytanie bynajmniej nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać człowiekowi nieprzyzwyczajonemu do rozkładu jazdy przemykających przez krakowskie Łagiewniki pojazdów MPK. W 4 przypadkach na 5 możliwych tygodniowo autobus spóźnia się o 5-10 minut. Ale raz w tygodniu zjawia się punktualnie. Tylko mnie zazwyczaj nie chce się na niego czekać i dystans dzielący mnie od pętli (na której czeka kolejny autobus) pokonuję zwykle pieszo.

Tak było i dzisiejszego poranka. Ruszyłam dziarsko przed siebie (jak to dobrze, że mieszkam na górce i te poranne zejścia nadają mi rozpęd, który mogę później wykorzystać w pracy) iw błyskawicznym tempie dotarłam do krzyżówki przy pętli. A tam - niespodzianka! 


niedziela, 12 lutego 2012

Kuchenna filozofia

Zamknij oczy. W ciemności widać  przecież więcej... A teraz wyobraź sobie swój dom - ten, który masz lub który chcesz dopiero odnaleźć. Cztery przysłowiowe ściany wypełnione od podłogi po dach poczuciem bezpieczeństwa i radością. Dom, o którym marzysz. A teraz powiedz: gdzie bije jego serce? 

We wszystkich miejscach, które mogłam lub wciąż mogę nazwać domem, jest tylko jedno takie miejsce. Kuchnia. Nieważne, czy to zagracona, zapchana szafkami i ciemna (bo z oknem po zachodniej stronie) kuchnia domowa w odległej Wielkopolsce, królestwo mojej mamy, w którego centralnym miejscu zamiast tronu stoi stół tak stary, jak ściany, które go otaczają, czy też moja mała ostoja, oddzielona ścianką od reszty kawalerki na łagiewnickiej górce - z kredensem-staruszkiem, białymi ścianami, stosem książek kucharskich na sfatygowanej komódce i kolekcją najprzedziwniejszych foremek do ciast oraz ciastek w najpojemniejszej z szuflad...