Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 października 2015

Fasada

Jest takie jedno zdjęcie, którego nie zdążyłam - i już nie zdążę - zrobić. Niewywołany obraz tkwi w mojej głowie, drażni pamięć jak maleńka, niedająca się usunąć drzazga. To migawka z pierwszych lat mojego pobytu w Krakowie. 

Mieszkałam wtedy na Bydgoskiej, w najstarszym i najbrzydszym akademiku w mieście, a studiowałam - na Gołębiej. Stałą trasę moich przejażdżek tramwajowych i spacerów stanowiła wtedy ulica Karmelicka - również ze względu na mieszczącą się nieopodal i obficie wyposażoną bibliotekę przy Rajskiej. 

Pod numerem 66 (a może to był nr 66A?) przy Karmelickiej odkryłam kiedyś ów nieutrwalony obrazek, który tak mocno zapadł mi w pamięć. Z niewielkiej kamienicy, wtulonej między dwie okazalsze budowle, został tylko pozbawiony dachu szkielet, w tym lekko podniszczona fasada, niemal w całości zajęta przez wielkie, zakończone półokrągłymi łukami okna wystawowe. Zza tych okien popołudniami prześwitywało późnojesienne słońce.

Fasada. Piękna, a przynajmniej: reprezentacyjna. 
W środku jednak - pusta, ożywająca jedynie na chwilę złudną grą świateł tego hochsztaplera, października.

Później okna, w których igrało sobie słońce, zaczęły stopniowo znikać pod liszajem wielkomiejskiej zarazy reklam. Światła zgasły. A ja rozpoczęłam swoją odyseję po akademikach i mieszkaniach, oddalając się coraz bardziej od Karmelickiej 66(A?). Został mi tylko obraz, wypalony pod powiekami. I leciutki skurcz serca, który czułam zawsze, mijając to miejsce. Czy był to tylko żal, wywołany widokiem niszczejącego powoli, a dawniej tak świetnego świata? A może błysk rozpoznania, ledwie wyczuwalne ukąszenie strachu, że to, co widzę, jest w gruncie rzeczy wróżbą? Intuicja?

Bo dziś sama czuję się jak ta kamienica. Fasada trzyma się jeszcze. Musi. Tego mnie przecież nauczono: trwać, bezwzględnie i uparcie. Trzymać formę: pracować i kochać swoją pracę; cieszyć się tym, co mam, co mogę robić. Uśmiechać się; pomagać innym; oddychać. Słuchać. Mówić. Od czasu do czasu zażartować. 

Ale w środku jestem pusta.

Wychodzę z pracy - bo kiedyś z niej trzeba wyjść.
Kończę kolejny remont, książkę, obraz. I robi mi się strasznie samotnie.

A paź
dziernikowe słońce nie potrafi mnie już chyba ogrzać.





środa, 14 października 2015

31, czyli Nulek wraca do krainy liczb pierwszych

Nie będę zaprzeczać. Znowu to zrobiłam. Kilkanaście dni temu bezczelnie, z premedytacją i pewnym krokiem, choć bez zbędnych fanfar i tortów (bo co to za frajda, gdy się samej sobie piecze tort?), wkroczyłam w kolejny rok życia, kończąc straszliwe 31 lat. 

Niby nic. Przecież na ogół to 30. urodziny uznawane są za te wyjątkowe i znaczące - bo zmienia się cyferka na początku, bo człowiek wkracza w nowy etap dorosłości, bo dla kobiety to taka trauma... 31. rocznica przyjścia na świat wygląda przy tym niepozornie. Ani to okrągłe, ani efektowne, ani się nie dzieli na jakieś rozsądne etapy. W sumie - bardzo niewygodna sprawa. 

A dla mnie 31 jest ważną liczbą. Bo przez ostatni rok, dzielący ją od tej krąglutkiej, słynnej 30-stki, dokonałam co najmniej 31 odkryć w różnych kategoriach. O sobie. O ludziach. I o świecie - no, może nie o całym, ale o moim z pewnością. Wypisałam je sobie, żeby, kiedy mi już przejdzie zamiłowanie do liczb pierwszych, nie zapomnieć o żadnym. 

* * * 

Kategoria nr 1: samookaleczenia. Potrafię sama obciąć sobie grzywkę. A jak się uprę, to i wycieniować włosy. Niby nic, ale jednak zakup nożyczek fryzjerskich i prostej maszynki z trymerem okazał się kamieniem milowym w dziejach mojej - coraz krótszej - fryzury. Nie muszę już przeżywać katuszy, czekając, aż moja ulubiona i oblegana grodziska fryzjerka będzie mieć dla mnie czas i miejsce. Tnę się. Sama. I - zgodnie z zasadą "ładnemu we wszystkim ładnie, a brzydkiemu - wszystko jedno" - nie dopuszczam do tego, by efekt, jaki by nie był, spędzał mi sen z powiek. ;-) 

środa, 1 stycznia 2014

13 pierwszych razów. Refleksja po ostatnim dniu 2013 roku

Gdzie nie spojrzę, tam podsumowania i zestawienia: książek, ciuchów, ludzi, ciąż, rozwodów, wpadek, plotek, diet, postanowień, gier, fryzur i plotek roku... Zestawiane po 10, 50 albo 100 - mają wypełnić luki w nudnawych sylwestrowo-noworocznych serwisach informacyjnych, załatać dziury na porzuconych na czas świąt (albo i dłużej, tak, tak, kajam się tutaj publicznie...) blogach, uzupełnić "kontent" bez większego wysiłku, bo - najczęściej - dzięki stworzonym już wcześniej i tylko odgrzanym oraz okrojonym odpowiednio treściom... ;-) 

Jak Bozię kocham, chciałam uniknąć tego zestawieniowego trendu. Uległam jednak po długiej walce z własnymi zachciankami. Tak, ja też Was skatuję swoim prywatnym i absolutnie subiektywnym podsumowaniem, nadrabiając choć trochę długie tygodnie milczenia. Jeśli więc macie już dość takich końcoworocznych refleksji i wyliczanek, ostrzegam - nie czytajcie reszty tego wpisu. Żeby nie było! :-P

13 PIERWSZYCH RAZÓW W 2013 ROKU
(kolejność przypadkowa)
Prywatny ranking Nulka


niedziela, 23 czerwca 2013

Tajna wiadomość - edycja poznańska

Dawno temu w Krakowie... Czy tak już będą zaczynać się wszystkie moje opowieści? Właśnie uświadomiłam sobie, że to naprawdę było dawno temu - niebawem minie już pół roku mojej poznańskiej egzystencji. A zatem - dawno temu, bo w maju 2012 roku, pisałam tu na blogu o pewnej tajnej wiadomości, na którą natknęłam się wieczorem przy Rondzie Matecznego. 

Nie wiedziałam wtedy, czy była to przestroga, czy może zapowiedź świetlanej (nomen omen - kto czytał tamten wpis, ten wie, skąd ta łacina) przyszłości. Aż do dziś. Dziś dostałam kolejny znak.

Bo jak inaczej mogę określić to, że na zorganizowanym w moim teatrze koncercie poświęconym pamięci Jarka Maszewskiego pojawili się ludzie, z których muzyką jeszcze w Krakowie spędziłam setki godzin - tych najlepszych i tych najtrudniejszych?

czwartek, 21 marca 2013

Refleksje cioci Lululi. Migawki z ostatniego tygodnia


Im dłużej żyję, tym częściej przekonuję się, że moja pamięć ma charakter wybitnie migawkowy. Zamiast kilometrowych ciągów przyczynowo-skutkowych zapisują się w niej pojedyncze mgnienia, rozbłyski przeszłości - zarówno tej odległej, dziecinno-naiwnej, jak i tej zupełnie jeszcze świeżej, dopiero co wykluwającej się z teraźniejszości. Lekko wyblakłe, przykurzone - jak fragmenty starych filmów urywających się znienacka - i, jak stare nieme filmy, opatrzone pięknie wykaligrafowanymi etykietkami z napisami...

Może tak najwygodniej przechowuje się dane w mózgu? Zdefragmentowane, poukładane w odpowiednich szufladkach klastry informacji skondensowanych do niezbędnego minimum? Oto próbka takich migawek z minionego - szalenie intensywnego - tygodnia. Zawartość Nulkowej głowy wzbogacona naprędce o kilka wniosków (żeby nikt mi nie zarzucał, iż pędzę żywot bezrefleksyjny i jałowy). :-) Kolaż tematów, wrażeń i błahostek.

wtorek, 5 lutego 2013

Wielki powrót gołębia-podglądacza

Krakowskie wspomnienia codziennie przylatują do mnie na stalowoszarych skrzydłach. Siadają na balkonie, bezczelnie przechadzają się po parapecie, łypiąc na mnie bezczelnie - raz jednym, raz drugim bursztynowym okiem. Budzą mnie, nim przypomni sobie o tym rozleniwiony zegarek. Podglądają - czy aby na pewno nie wyjdę za późno do pracy. Gruchają do snu natarczywe, niechciane kołysanki...

Spokojnie. Nie bój się. Nie zwariowałam jeszcze na tyle, by silić się tutaj na metafory niskich - nomen omen - lotów. Na moim balkonie - a czasem także i parapecie - ulokowała się po prostu parka tzw. "latających szczurów", czyli gołębia rodzinka, na razie dwuosobowa (mam nadzieję, że zdążę przeprowadzić eksmisję, zanim pojawią się jakieś... jaja). A to przypomina mi pewną historyjkę, która przytrafiła mi się jeszcze w zamierzchłych akademikowych czasach. 

Nie proś. Nie musisz.
Przecież i tak bym Ci ją opowiedziała... :-)

sobota, 19 stycznia 2013

MUZEUM MATERIALIZMU SENTYMENTALNEGO: rzecz o cmok-kanapie i przyległościach

Nie ufam ludziom, którzy twierdzą, że nie przywiązują się do dóbr materialnych. Owszem, takie wyznanie brzmi całkiem nieźle w towarzystwie (sugerując szlachetne wyrzekanie się skrzeczącej rzeczywistości na rzecz wartości, hmm, duchowych zapewne...), ale - nie w moim, wybaczcie. ;-) Bo ja lubię swoje rzeczy. I lubię je mieć przy sobie.

Tak, jestem materialistką, ale materialistką sentymentalną, ceniącą nie sam fakt posiadania jakiejś rzeczy, lecz wspomnienia, które ów przedmiot czy mebel wywołuje. Toteż zawsze irytowało mnie pytanie "Mieć czy być?", wałkowane na lekcjach polskiego w liceum aż do znudzenia - bo dlaczego miałabym, do kroćset, wybierać? Mogę być i jednocześnie mieć. Mieć rzeczy, które przypominają mi, kim byłam, jestem i mogę jeszcze się stać.

A że stare panny mają zazwyczaj - postępującą z wiekiem - niebezpieczną skłonność do mentalnych wycieczek w przeszłość, mam nadzieję, że z wyrozumiałością potraktujecie tę moją próbę skatalogowania najważniejszych w moim życiu przedmiotów i związanych z nimi dobrych wspomnień, póki jeszcze nie wyblakły na amen... Zapisane - staną się być może kiedyś moim jedynym orężem w walce z otępiającą starością, której tak się boję, a którą - kto wie? - mogę mieć przecież wpisaną w geny.

niedziela, 6 stycznia 2013

Mój słownik. Edycja 2012


Ha! Dlaczego nikt, ale to nikt nie przypomniał mi o tym, że 2 stycznia minęła rocznica założenia bloga (pomijając fakt, że prawie nikt tych moich wypocin nie czyta)? ;-) Nieładnie... No, ale sama też muszę się pokajać, moje życie toczy się ostatnio w tak cudownie szybkim tempie, że nie miałam czasu pomyśleć o tym odpowiednio wcześnie. I jest to najlepsza, najprzyjemniejsza z możliwych wymówek!

Jednak - mimo tej wpadki kalendarzowej - przyznaję, że nie umiałabym już żyć bez pisania tutaj. Nie tylko dlatego, że uzewnętrznianie się w tej formie przynosi ulgę i pozwala uporządkować galopadę myśli w głowie, ale też dlatego, że pozwala zachować giętkość palców. Oczywiście tę metaforyczną, związaną z łatwością formułowania myśli. Od kiedy tworzę "Anulowe zapiski", idzie mi to znacznie szybciej i naturalniej - dotykam klawiatury i po prostu: odpływam... :)

Ale dziś - zamiast zwierzeń - znajdzie się tutaj coś w rodzaju podsumowania. Ot, taki mój mały słowniczek, gromadzący w kolejności alfabetycznej najważniejsze hasła, które towarzyszyły mi w 2012 roku. Kto wie, może znajdziecie tu coś... o sobie? ;-) Zapraszam do lektury i ewentualnej dyskusji. :-)

MÓJ SŁOWNIK
EDYCJA 2012


* * *

A

Afery - hasło roku, niewątpliwie. Rozkręciłam ich w tym roku kilka, a najbardziej medialne okazały się sprawy przychodni na Szwedzkiej (to jeden z nielicznych powodów, które sprawiają, że cieszy mnie wyprowadzka z Krakowa - nie będę już musiała martwić się tym przeklętym miejscem na mapie miasta...) oraz niesławnej Fundacji Benefac. Nie żałuję, że się odezwałam. Niewiele mogę zdziałać sama w sprawach, które mnie wkurzają, ale jeśli istnieje choć cień szansy na nagłośnienie problemu i - być może - rozwiązanie go, to nie zamierzam siedzieć cicho. Nigdy. Spodziewajcie się tego. :-)


Auto - 2012 rok zapisze się w mojej pamięci również jako rok ostatecznego rozstania z Białą Strzałą. 10 lat. Mój najdłuższy i najpiękniejszy związek. Zostały mi po niej tablice rejestracyjne, które w poniedziałek muszę oddać do urzędu. I misiek, który dumnie rozsiadał się pod przednią szybą. No i moc wspomnień. Dobranoc, Biała Strzało.

wtorek, 1 stycznia 2013

Wyjątkowy sylwester

Ilekroć w moich rozmowach ze znajomymi padało hasło "sylwester 2012", tylekroć okazywało się, że obowiązującym planem jest... absolutny brak planów. Żadnych hucznych zabaw, żadnych wielkich imprez - zupełnie jakby ludzie nie wierzyli, że przetrwają ów głośny koniec świata, który miał nadejść 21 grudnia. Sama też zresztą nie planowałam niczego i dopiero pod koniec grudnia uznałam, że chcę spędzić ostatni wieczór 2012 roku we Wrocławiu, w gronie moich przyjaciół. To miała być krótka wizyta na jedną noc - 2 stycznia muszę się przecież zjawić na badaniach profilaktycznych, żeby 3 stycznia móc już normalnie (po tak długiej przerwie...) do pracy. Taki był plan. Taaak...

Ponieważ jednak postanowiłam do końca roku załatwić swoje krakowskie interesy, przed wyprawą do Wrocławia musiałam jeszcze odwiedzić Kraków, by pożyczonym od kuzyna samochodem wywieźć swoje graty. W końcu w Poznaniu czekało już na nie moje nowe lokum. :-) 

Na mojej ukochanej łagiewnickiej górce mieszkałam przez - bagatelka - ponad 2 lata. Nie przypuszczałam jednak, że na 33 mkw. uda mi się w tym czasie zgromadzić aż tyle książek, garnków, ciuchów i innych sprzętów, o kolekcji świeczek, zapasie pościeli i słoików nie wspominając. W swojej naiwności liczyłam, że zdołam spakować wszystko w jeden wieczór, załadować do pojemnego przecież auta i ruszyć do domu w ciągu 24 godzin. Zwłaszcza, że cmok-kanapa, fotele, pralka i kilka innych dużych sprzętów miały zostać w grodzie Kraka - dla potomnych... ;-) 

No cóż, mówiąc krótko - nie udało się.

piątek, 28 grudnia 2012

Klamki

Jak wiele może się zmienić w ciągu niespełna 2 tygodni. Kiedy 16 grudnia pisałam o moim przedłużającym się pobycie w Krainie Pomiędzy, nie miałam pojęcia, że moja sytuacja zmieni się niemal błyskawicznie... W piątek, 21 grudnia, pół godziny po spodziewanym przez wszystkich końcu świata, dowiedziałam się - ot tak, po prostu - że dostałam pracę. W Poznaniu. I że najwyższy czas poszukać jakiegoś lokum. 

Półroczne dylematy, cackanie się z własnymi lękami, stan zawieszenia między Grodziskiem a Krakowem - wszystko to zniknęło w jednej chwili. Ktoś zadecydował za mnie, uznając, że - mimo wytkniętego mi na samym początku braku orientacji w dziedzinie, w której podejmuję pracę - byłam najlepszą kandydatką. I nagle moje wątpliwości przestały mieć znaczenie.

Mam pracę - i niejasne, ale coraz silniejsze przeczucie, że ją polubię.

wtorek, 18 grudnia 2012

Cygańska krew

Dawno już nie spotkałam w Krakowie cygańskiej wróżki. Nachalne kobiety, okutane w wielowarstwowe spódnice, dopadające podróżnych przy przejściu podziemnym nieopodal dworca - to, podobnie jak grajkowie-żebracy wędrujący po tramwajach - obrazek z pierwszych lat mojego pobytu w tym grodzie. Obrazek, który zdążył już nieco rozmyć się w moich wspomnieniach...

Dziś odżył.

Razem z moją ulubioną mieszkanką Londynu wybrałyśmy się do kawiarni, by w całym tym przedświątecznym zamieszaniu odsapnąć sobie i nadrobić towarzyskie zaległości. Było wczesne popołudnie, K. zniknęła na moment, a ja wykorzystałam tę okazję do sprawdzenia wiadomości w telefonie. Gdy podniosłam wzrok znad ekranu, przede mną stała maleńka staruszeczka o typowo cygańskiej urodzie, owinięta w nieco zbyt obszerną kurtkę. Uśmiechała się zachęcająco - wyraźny znak, że czegoś będzie ode mnie chcieć. No tak... Już po chwili rozległo się śpiewne pytanie:

- Powróżyć?

niedziela, 16 grudnia 2012

Nulek w Krainie Pomiędzy

Witaj w Krainie Pomiędzy.

Tu nic nie jest na stałe, na zawsze i na pewno.
Tu ciągle znajdujesz się w połowie drogi, dokądkolwiek by ona nie prowadziła. Jak u Dantego - "w życia wędrówce, na połowie czasu"...
Tu jeszcze wszystko może się zdarzyć - choć przecież wcale nie musi... 




Istnienie Krainy Pomiędzy odkryłam dziś popołudniu w Muzeum Sztuki Współczesnej, do którego zawędrowałyśmy z Wiedźmą Joasią, by nadrobić nieco kulturalne zaległości. Muszę przyznać w tym miejscu, że do sztuki współczesnej - czyli do wszystkiego, co powstało po 1939 roku - podchodzę z założenia niczym pies do jeża. Powolutku. Nieufnie. I w pełnej gotowości do odwrotu - gdy tylko zajdzie taka potrzeba... 

Nie rozumiem tych nowoczesnych happeningów, nie znam się na post-teoriach i post-nurtach. Czarny kwadrat na białym tle to dla mnie dowcip, nie zaś dzieło warte miliony... Mimo to zdarza mi się odwiedzać świątynie nowoczesnej sztuki - choćby po to, by utwierdzać się w przekonaniu, że to zupełnie nie moja bajka...

A jednak - znalazłam w MoCAKu miejsce dla siebie i swojej nieufności. 
Maleńką salkę wydzieloną z wystawy czasowej, pełną światła i liter układających się w to jedno słowo: "między". 



czwartek, 13 grudnia 2012

ANULOWYM OKIEM: Srebrny Andy i jego cień

Jak dobrze znów być - choć na tydzień - w Krakowie! Nawet za tym nieszczęsnym smogiem stęskniłam się już nieco, przebywając na moich rodzimych nizinach. Jak dobrze ujrzeć znów anioły na rondach w centrum, choinkę na Rynku, komin Bonarki rozjaśniający tę ciemną (podobno jedną z najciemniejszych w tym roku) noc... I jak dobrze móc się znów cieszyć bliskością rozmaitych wydarzeń kulturalnych, bez konieczności odbywania kilkudziesięciokilometrowych pielgrzymek.

Muszę dobrze wykorzystać ten czas. Zaczęłam już dziś, mocnym wstępem w postaci dwóch wystaw odbywających się właśnie w naszym zacnym grodzie. Na jedną z nich czekałam już od dawna. O drugiej dowiedziałam się przypadkiem. Wiem, trochę wstyd, że tak słabo orientuję się w kalendarzu krakowskich imprez i wydarzeń, ale odległość 500 km i mój grodziski, pustelniczy tryb życia robią swoje... Zresztą, nieważne. Grunt, że mogłam się dziś nurzać w kulturze!



Mick Jagger widziany oczyma... no właśnie - kogo? ;-)


sobota, 3 listopada 2012

Świece w oknie

Jak na patentowaną wiedźmę za bardzo chyba lubię ogień, zupełnie zapominając o jego przykrych związkach z czasami Inkwizycji i polowań na czarownice... Niepomna na smutne losy moich poprzedniczek z upodobaniem wpatruję się w płomyki tańczące na parapecie. Mam tam całą kolekcję świec i kadzidełek. Kolorowe, pachnące, zawsze gotowe, by uprzyjemnić mi samotny wieczór. A zwłaszcza ostatni wieczór w Krakowie przed moją kolejną (krótką, mam nadzieję) wizytą w Wielkopolsce.

Jest coś podwójnie pocieszającego w świecy stojącej tuż przy szybie. Płomień przypomina radosne i żwawe zwierzątko. Jest jak żywa istota, której towarzystwo - choćby i milczące - pozwala znosić najczarniejsze godziny i rozjaśnia duszę. Ale jest też - i to właśnie owo drugie oblicze pocieszenia - sygnałem dla świata. Tu jestem! - woła. Znajdź mnie i osobę, która mnie rozpaliła. Czekamy!

Ileż to razy w rozmaitych powieścidłach pojawiał się ten motyw: ogarniającego świat mroku i okna z wystawioną w nim świecą widocznego w morzu ciemności z oddali. Życia, które opiera się wszelkim zakusom. Ratunku dla zbłąkanego wędrowca. I nadziei.

No dobrze, wiem, że zbłąkanym wędrowcom rzadko zdarza się bywać w Łagiewnikach o tak nietypowej porze, nie wspominając o zerkaniu w okna mieszkań na poziomie III piętra. Czasy się nieco zmieniły, przyznaję. Ale co z tego, skoro w świecie moich wyobrażeń królują wciąż pojęcia sprzed stulecia i wcale mi to nie przeszkadza? :-)

Siedzę więc i wpatruję się w płomienie na parapecie. Na zapas - bo w Grodzisku nie mam świec. W powietrzu unosi się ledwo wyczuwalny aromat pomarańczy i wanilii. Oswojone cienie urządzają sobie na ścianach dzikie harce. A w świat płynie staromodny sygnał: tu jestem. I czekam.

Tylko czy w świetle wszechobecnych lamp ktokolwiek dostrzeże słaby płomyk?

czwartek, 1 listopada 2012

Dwa rodzaje samotności i szczypta egoizmu

Jest pierwszy listopadowy wieczór. Sama jak palec, otulona szalem i z kubkiem gorącej herbaty w dłoni. siedzę w ulubionym kącie i trochę czytam, trochę marzę, od czasu do czasu zerkając na nocne niebo nad Krakowem... W tle sączą się cichutko kolejne piosenki Turnaua, a to Cichosza, a to Dotąd doszliśmy. Nie poszłam na żaden cmentarz - nie moi zmarli spoczywają pod tutejszą ziemią. Moim duchom zapaliłam jedynie świecę na parapecie - może zajrzą na herbatę? Mam w końcu spory zapas...

niedziela, 28 października 2012

"Jak marzną mi paluszki..."

Jest taka piosneczka Grzegorza Turnaua o śniegu i marznących paluszkach. Wracałam dziś do domu taksówką, nucąc ją sobie pod nosem i z zachwytem przyglądając się prószącym z nieba coraz mocniej płatkom bieli. Tak, to już. Pierwszy śnieg. I pierwszy mróz.

Zawsze, gdy przychodzi ta chwila, przypominam sobie radość, jaką odczuwałam jako dziecko na widok pierwszych płatków. Nie zdawałam sobie wówczas sprawy z tego, że śnieg oznacza też konieczność:
- zmiany opon na zimowe,
- odśnieżania chodnika i auta,
- uważania na to, gdzie się idzie, bo tak łatwo przecież się poślizgnąć,
- cieplejszego opatulania się,
- włączania ogrzewania i... płacenia za nie,
- wystawiania nosa, a czasami także i palców na niezbyt sprzyjające zmarzluchom warunki atmosferyczne.

Nie, jako dziecię ledwo co odrosłe od ziemi po prostu cieszyłam się tą chwilą, marząc o sankach, bałwanach i nieskalanej bieli litościwie pokrywającej brzydotę świata. I wiecie co? Ta radość gdzieś tam we mnie tkwi do dziś. :-) Nie zniknęła, nie poszła sobie, tak jak wiele innych dziecinnych pomysłów i przeżyć. Wystarczy złapać na język pierwszy zauważony w powietrzu okruszek bieli - i wszystko wraca. :-)

Wróciło i dziś, kiedy - spacerując po Kazimierzu z przyjaciółmi - zima przypuściła na Kraków swój pierwszy, jakże jeszcze nieśmiały szturm. Miałam szczęście - mogliśmy się tym śniegiem uradować wspólnie...

I tylko taksówkarz śmiał się ze mnie, mówiąc: "Pani to chyba zakochana, że tak śpiewa...".
A przecież to tylko śnieg... :-)

środa, 29 sierpnia 2012

Wody!

Moje rodzinne miasteczko - Grodzisk Wielkopolski - teoretycznie położone jest na Pojezierzu Poznańskim tudzież Wielkopolskim. Tak informuje większość opracowań dotyczących tego regionu. Niestety, te same informatory odzierają ze złudzeń każdego, kto liczyłby na ochłodę w jakimś urokliwym jeziorku czy też strumyku. Jedyny ciek wodny w okolicy - Letnica zwana też Rowem Grodziskim - absolutnie nie nadaje się do celów turystyczno-rekreacyjnych, a najbliższe jezioro oddalone jest o kilkanaście kilometrów. Na szczęście jest tam basen, który ratuje wszystkich lubiących wodne igraszki przed totalną posuchą podczas kanikuły...

A ja tak kocham wodę! Kocham ją od dziecka, odkąd pamiętam swoje pierwsze chwile na grodziskim basenie - w brodziku, gdzie woda miała może 20 centymetrów głębokości... A te letnie wyprawy do babci, mieszkającej w Dębienku, nieopodal 3 jezior stęszewskich? Nie byłam tam od kilku lat, pewnie nie poznałabym już dawnych plaż i pomostu nad Lipnem - a przecież całe moje dzieciństwo wyznaczały jak kamienie milowe - kolejne weekendy spędzane nad wodą, w pogodę i niepogodę. W sumie to nic dziwnego, że pływać umiem lepiej niż chodzić - w wodzie nie potykam się o własne nogi, nie obijam o nic, nie wywracam... W wodzie odzyskuję spokój i równowagę, na własnej skórze odczuwając, co tak naprawdę kryje się w słowie "płynność"...

piątek, 17 sierpnia 2012

Gra walizkowa

Podobno praktyka czyni mistrzem... Poddaję to twierdzenie w wątpliwość za każdym razem, gdy przychodzi mi zmierzyć się z wyzwaniem pakowania walizki czy plecaka. Zdarza się to dość często - a to wypad z Krakowa do Grodziska, a to z Grodziska do Poznania czy Lublina, a to nad Jezioro Rożnowskie albo do Wrocławia... Uwielbiam takie podróże, w końcu to ja, Jaś Wędrowniczek! Jednak pakowanie chętnie bym scedowała na kogoś innego - niech mnie ten ktoś wyręczy, ja nie lubię! Nie lubię i już!

Dawniej, w czasach szkolnych wycieczek, była to dla mnie prawdziwa przyjemność i rytuał, do którego przygotowywałam się co najmniej na tydzień przed wyjazdem do Karpacza czy Kłodzka, gromadząc potrzebne rzeczy, segregując je i selekcjonując... Bo pakowanie oznaczało zbliżającą się wspaniałą podróż i przygodę - choćby pod okiem wychowawcy. ;-) Gdy w moi pokoju pojawiał się wysłużony plecak pożyczany na takie okazje od kuzynów, wiedziałam już, że mogę zacząć finalne odliczanie do wycieczki. A że w tamtych zamierzchłych czasach podróże były to dla mnie jedyne wyprawy - na wakacje rodzinne nad morze czy zagranicę nie jeździliśmy, nigdy nie było na to kasy ani czasu - celebrowałam każdy moment przygotowań.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Intuicja - czyli o tym, jak się kiedyś pomyliłam w szkolnym wypracowaniu...

Mój polonista w liceum ekonomicznym - niezapomniany pan Jarek Cz. (nigdy za mną nie przepadał, ale mimo to wspominam go z umiarkowanym sentymentem) - słynął z niekonwencjonalnego stylu prowadzenia lekcji i z nietypowych tematów wypracowań. Do dziś mam w swoim tajnym archiwum grubą tekę pełną zapisanego drobnym, regularnym pismem (kiedyś MIAŁAM ładne pismo, teraz to najwyżej mogę sobie dobrać ładną czcionkę...) papieru kancelaryjnego. I czasem zaglądam sobie do niej, żeby przekonać się, o czym myślałam i jakie nachodziły mnie pomysły w tych szalonych, nastoletnich czasach...

Ostatnio rzucił mi się w oczy arkusz z tematem, który sprawił mi ogromny kłopot - pamiętam to doskonale nawet teraz, choć minęła już ponad dekada od chwili, w której obgryzałam skuwkę długopisu nad czystą kartką papieru, męcząc się straszliwie. 

Myślę, więc jestem.
Czuję, więc jestem.
Działam, więc jestem.

Wskaż, które z twierdzeń najlepiej charakteryzuje Twoją postawę i uzasadnij swój wybór, przywołując również stosowne teksty kultury.

Tak mniej więcej (odtwarzam tytuł z pamięci, bo tu - w Krakowie - nie mam mojej tajnej  teczki pod ręką) brzmiało polecenie pana Jarka. A co wybrałam?

sobota, 28 lipca 2012

Cudze okna

W jednej z moich ukochanych piosenek Turnaua - "Wzdłuż ulic" (nie ma jej, o dziwo, na YouTube, ale od czego jest poczciwa Wrzuta...) - pojawiają się słowa, które nucę sobie pod nosem zawsze, gdy przejeżdżam przez pewną niewielką wioskę przy drodze z Grodziska do Poznania... "Z daleka widzę dom, gdzie było szczęście moje...". To dom mojej babci w Dębienku - niewielka, parterowa chatka ze spadzistym dachem, licząca sobie ponad 100 lat. 

Dawno, dawno temu niemal każdy letni weekend spędzaliśmy z tatą w Dębienku - najpierw sami, później z moją coraz samodzielniejszą młodszą siostrą. Mama zwykle zostawała w domu, w Grodzisku, ciesząc się pewnie w duchu, że na kilkadziesiąt godzin ma nas z głowy... ;-) A dla nas to były często jedyne wakacyjne wycieczki, bo na kolonie czy wczasy zwykle nie starczało już środków. Zresztą - bliskość kilku jezior i niezaprzeczalny urok starego domu babci - ze strychem pełnym książek oraz starych zdjęć - wystarczały mi wtedy w zupełności do szczęścia...