Kapelusze słomkowe najprzyjemniej kupuje się zimą - ich szorstki dotyk i wybitnie niefrasobliwy charakter pozwalają choć na moment zapomnieć o dokuczliwym mrozie, śniegu ćwiczącym sobie cichcem przejścia tonalne od niepokalanej bieli po banalną szaroburość, opóźnieniach pociągów, zaskoczonych drogowcach i chodnikowej soli niszczącej nawet najtroskliwiej chronione przed nią buty... Tak, słomkowy kapelusz w zimie to prawdziwe dobrodziejstwo dla wychłodzonej ludzkiej psychiki. Zwłaszcza gdy ktoś - tak jak ja - uwielbia kapelusze...
Mój najnowszy nabytek kształtem przypomina to, co nosiła na głowie niezapomniana Audrey Hepburn w Śniadaniu u Tiffany'ego, choć kolorystycznie zbliża się raczej do dojrzałej śliwki węgierki. No i brakuje mu ozdób - wstążki lub apaszki, którą mogłabym go przewiązać i w ten sposób jeszcze bardziej upodobnić do pierwowzoru ze srebrnego ekranu. Ale co mi tam po filmach, tu nie chodziło o boską Audrey, tylko o tę słomkowość, letniość i absolutną niepraktyczność właśnie. :-) No i o miłość. Od pierwszego wejrzenia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
sobota, 26 stycznia 2013
piątek, 2 listopada 2012
Nulek podsłuchuje w kinie
Wiem, że podsłuchiwać nie wypada. Ale czasami słyszy się pewne słowa mimo woli i uderzają one tak mocno, że nie sposób się od nich oderwać. Niekiedy dlatego, że dotyczą kogoś znajomego lub zgoła - nas, niekiedy zaś dlatego, że po prostu są piękne...
Wybrałam się dziś z Kordelkiem do kina na Miłość Hanekego. O filmie napiszę pewnie parę słów później, bo muszę sobie to wszystko poukładać w mojej kudłatej łepetynie. Dziś będzie więc o tym, co zdarzyło mi się przed seansem. A mianowicie - o Nulku podsłuchiwaczu.
Przyszłam do kina wcześniej, żeby w spokoju odebrać bilety i poczytać sobie to i owo przed seansem. Pod Baranami przy Sali Niebieskiej urządzono coś w rodzaju kawiarenki - jest tam kilka stolików, stylowych lamp, krzeseł i mięciutkich kanap z wysokimi oparciami. Przyćmione, nastrojowe światło, terkot maszynerii kinowej gdzieś w tle, przytłumione rozmowy i atmosfera oczekiwania na coś wyjątkowego - oto, co decyduje o magii tego miejsca i co mnie przyciąga. Dobrze się tam czyta i dobrze się tam rozmyśla, o ile oczywiście po okolicy nie grasują dzikie tłumy kinomaniaków...
Dziś jednak nie udało mi się przeczytać zbyt wiele. Rozsiadłam się wygodnie na kanapie w pobliżu dającej cudne, złote światło lampki, z biletami na seans bezpiecznie spoczywającymi w portfelu, wyjęłam e-czytajkę i już miałam zatopić się w lekturze, gdy usłyszałam dobiegającą z drugiego końca korytarza rozmowę. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że przemawiający osobnik bynajmniej nie starał się wyciszyć głosu...
Wybrałam się dziś z Kordelkiem do kina na Miłość Hanekego. O filmie napiszę pewnie parę słów później, bo muszę sobie to wszystko poukładać w mojej kudłatej łepetynie. Dziś będzie więc o tym, co zdarzyło mi się przed seansem. A mianowicie - o Nulku podsłuchiwaczu.
Przyszłam do kina wcześniej, żeby w spokoju odebrać bilety i poczytać sobie to i owo przed seansem. Pod Baranami przy Sali Niebieskiej urządzono coś w rodzaju kawiarenki - jest tam kilka stolików, stylowych lamp, krzeseł i mięciutkich kanap z wysokimi oparciami. Przyćmione, nastrojowe światło, terkot maszynerii kinowej gdzieś w tle, przytłumione rozmowy i atmosfera oczekiwania na coś wyjątkowego - oto, co decyduje o magii tego miejsca i co mnie przyciąga. Dobrze się tam czyta i dobrze się tam rozmyśla, o ile oczywiście po okolicy nie grasują dzikie tłumy kinomaniaków...
Dziś jednak nie udało mi się przeczytać zbyt wiele. Rozsiadłam się wygodnie na kanapie w pobliżu dającej cudne, złote światło lampki, z biletami na seans bezpiecznie spoczywającymi w portfelu, wyjęłam e-czytajkę i już miałam zatopić się w lekturze, gdy usłyszałam dobiegającą z drugiego końca korytarza rozmowę. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że przemawiający osobnik bynajmniej nie starał się wyciszyć głosu...
Anulowym okiem: "Mommy was very bad..."
Hold your breath and count to ten... - śpiewa Adele w piosence napisanej specjalnie do najnowszego filmu o przygodach Jamesa Bonda, arystokratycznie przeciągając w nieskończoność nosowe spółgłoski. Myślę, że przed premierą tej produkcji, zgodnie z zaleceniami piosenkarki, oddech wstrzymało wielu fanów serii - w końcu minęło sporo czasu od ukazania się w kinach poprzedniego odcinka, a w dodatku - jak od co najmniej miesiąca przypominają nam wszelakie media - w tym roku przypadała 50. rocznica premiery pierwszego filmu, z niezapomnianym Seanem Connery'm w roli głównej. Oczekiwania były zatem ogromne...
...i jak to z oczekiwaniami bywa - nie wszystkie znalazły odzwierciedlenie w kinowej rzeczywistości. Ale do rzeczy.
Nie jestem szczególnie wielką fanką Jamesa Bonda, nie śni mi się po nocach ani Sean Connery (choć uważam go za najlepszego Bonda w historii wszechświata), ani Pierce Brosnan, nie podniecam się kolejnymi gadżetami 007, nie spędza mi też snu z powiek kwestia tego, która ze światowych gwiazd zostanie nową dziewczyną kochliwego szpiega. Przyznaję jednak - lubię oglądać filmy o słynnym agencie i widziałam wszystkie, choć nie wszystkie pamiętam równie dobrze i wspominam równie miło. Na pierwszym miejscu jest u mnie, oczywiście, Sean Connery, mam sporo współczucia dla nieszczęsnego jednoodcinkowego Lazenby'ego, prawie nie pamiętam Daltona, nawet lubię Moora, a Brosnan budził we mnie zawsze lekkie rozbawienie, bo zupełnie nie pasował mi do roli. Craiga uważam za całkiem niezłego odtwórcę roli 007, choć dojrzewałam do tego wniosku dość długo. Czy jednak Skyfall z jego udziałem zasłuży sobie na moją pamięć?
...i jak to z oczekiwaniami bywa - nie wszystkie znalazły odzwierciedlenie w kinowej rzeczywistości. Ale do rzeczy.
Nie jestem szczególnie wielką fanką Jamesa Bonda, nie śni mi się po nocach ani Sean Connery (choć uważam go za najlepszego Bonda w historii wszechświata), ani Pierce Brosnan, nie podniecam się kolejnymi gadżetami 007, nie spędza mi też snu z powiek kwestia tego, która ze światowych gwiazd zostanie nową dziewczyną kochliwego szpiega. Przyznaję jednak - lubię oglądać filmy o słynnym agencie i widziałam wszystkie, choć nie wszystkie pamiętam równie dobrze i wspominam równie miło. Na pierwszym miejscu jest u mnie, oczywiście, Sean Connery, mam sporo współczucia dla nieszczęsnego jednoodcinkowego Lazenby'ego, prawie nie pamiętam Daltona, nawet lubię Moora, a Brosnan budził we mnie zawsze lekkie rozbawienie, bo zupełnie nie pasował mi do roli. Craiga uważam za całkiem niezłego odtwórcę roli 007, choć dojrzewałam do tego wniosku dość długo. Czy jednak Skyfall z jego udziałem zasłuży sobie na moją pamięć?
sobota, 27 października 2012
Anulowym okiem: nie ucieka się z "Obławy"
Doznałam ostatnio intrygującego dysonansu: w ciągu zaledwie 24 godzin dane mi było zobaczyć jednego aktora w najlepszej i najgorszej chyba życiowej roli. Mam na myśli Marcina Dorocińskiego, którego w środowy wieczór obejrzałam, przymuszona niemal przez rodzicielkę, w tzw. polskiej komedii romantycznej (jest to dość specyficzny gatunek filmowy, który niewiele ma wspólnego z romantyzmem, a jeszcze mniej - z komediami...) zatytułowanej "Miłość na wybiegu", by następnego dnia leczyć tę traumę seansem kinowym "Obławy". Terapia zakończyła się sukcesem, choć pewien niesmak po filmie, w którym Dorociński jako zblazowany fotograf uwodził drewnianą aż do bólu Karolinę Gorczycę, pozostanie we mnie jeszcze przez jakiś czas.
Na szczęście film Marcina Krzyształowicza okazał się lekarstwem skutecznym, choć gorzkim w smaku.
Na szczęście film Marcina Krzyształowicza okazał się lekarstwem skutecznym, choć gorzkim w smaku.
piątek, 24 lutego 2012
Anulowym okiem: "W ciemności" widać więcej?
Obawiałam się tego filmu. Z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że odrobinę boję się polskiego kina w ogóle, nawet tego firmowanego najgłośniejszymi nazwiskami. Przez lata mniej lub bardziej regularnego bywania w przybytkach X Muzy wyrobiłam sobie silne przekonanie, że do rodzimych produkcji lepiej podchodzić z dystansem. Można się wtedy tylko przyjemnie rozczarować, oszczędzając sobie za to goryczy płynącej z zawiedzionych nadziei i niezaspokojonego apetytu. Moje lęki wiązały się też z tematyką, którą podejmuje dzieło pani Holland. Żydzi i ich losy w czasie okupacji niemieckiej - to zestawienie w moim przekonaniu dość ograne, zazwyczaj zmienia się tylko tło, na jakim rozgrywają się akcje kolejnych literackich czy filmowych opowieści. W tym wypadku był to mój ukochany Lwów - lękałam się więc tym bardziej, nie wiedząc, czy "W ciemności" nie zmieni, a raczej - nie zburzy - utrwalonego w moim sercu wizerunku tego wyjątkowego miasta...
Na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne.
Bo "W ciemności" widać więcej.
I chociaż wydaje mi się, że na Oscara i tak nie zasługujemy ze względu na znakomitą konkurencję w postaci lirycznego, intymnego i poruszającego "Rozstania", to jednak nie żałuję ani minuty spędzonej w kinowej sali razem z całym tłumem widzów skuszonych wieścią o nominacji Akademii.
Na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne.
Bo "W ciemności" widać więcej.
I chociaż wydaje mi się, że na Oscara i tak nie zasługujemy ze względu na znakomitą konkurencję w postaci lirycznego, intymnego i poruszającego "Rozstania", to jednak nie żałuję ani minuty spędzonej w kinowej sali razem z całym tłumem widzów skuszonych wieścią o nominacji Akademii.
środa, 8 lutego 2012
Anulowym okiem: "Rozstanie"
Oscarowe nominacje dla filmów nieanglojęzycznych były w tym roku jednym z najważniejszych tematów w polskich mediach zajmujących się kulturą z jednego, dość oczywistego względu - znów wielu z nas ma skrytą nadzieję, że słynna statuetka trafi w polskie ręce. Do wczoraj sama byłam przekonana, że mamy spore szanse: "W ciemności" urzekło mnie bowiem nie tylko zgrabnie opowiedzianą historią jednego wojenno-okupacyjnego epizodu, ale przede wszystkim klimatem, zdjęciami i cudowną lwowską gwarą. Dziś wiem już jednak, że to za mało. Skąd wiem? Bo obejrzałam "Rozstanie".
Rozwód po irańsku
Irański sąd bardzo różni się od tych eleganckich i pełnych powagi miejsc, do których przyzwyczaiły nas kasowe produkcje amerykańskie czy choćby nasza poczciwa polska "Anna Maria Wesołowska". W irańskim sądzie nie ma drewnianych balustrad z lakierowanego drewna, górującej nad salą ławy sędziowskiej, mikrofonów, tóg i złotych łańcuchów. Nie ma adwokatów reprezentujących strony, ani długich mów obrończych.
Jest za to wszechogarniający gwar setek ludzi, którzy kręcą się bezładnie po korytarzach i pokojach, usiłując dochodzić swoich praw. Jest chaos. I jest Simin, która bardzo chce rozwieść się z Naaderem, by - jak sama twierdzi - móc wyjechać z kraju i rozpocząć nowe życie. A może także po to, by udowodnić - sobie i mężowi - że o 14 latach wspólnego życia wciąż łączy ich coś więcej niż tylko wspólny dom i dorastająca córka, Termeh?
Simin i Naader
Subskrybuj:
Posty (Atom)