Pewnie już wspominałam o tym, że jako dziecko i nastolatka nie znosiłam gadać przez telefon. Ot, skutek uboczny nieśmiałości, którą dopiero jako dorosłej, by nie rzec - wiekowej - kobiecie udało mi się niemal całkowicie przezwyciężyć. :-) Wciąż jednak nie przepadam za zbyt długimi pogaduchami z telefonem przytkniętym do ucha; zdecydowanie wolę kontakt twarzą w twarz, obserwowanie mimiki i gestów rozmówców, uczenie się ich - z całym "dobrodziejstwem inwentarza". Ta niechęć jest jednak niczym w porównaniu z nienawiścią, którą żywię do prowadzenia rozmów telefonicznych w komunikacji publicznej!
Owszem, telefony z pracy tudzież z pracą jakkolwiek związane odbieram natychmiast (chyba, że siedzę w kinie lub... w teatrze), starając się szybko i konkretnie załatwiać sprawy, których one dotyczą. Ale nie wyobrażam sobie prowadzenia w podobnej publicznej sytuacji rozwlekłych i wielowątkowych dyskusji (a i takie się w mojej robocie zdarzają). O rozmowach z moimi bliskimi nie wspominając...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobus. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 26 marca 2013
środa, 11 lipca 2012
Wtorek jak worek... z niespodziankami
Wspominałam już pewnie niejeden raz, że nie przepadam za dziennymi przejażdżkami pociągiem - znacznie bardziej wolę podróżować nocą, zwłaszcza ze względu na to, że - niczym pies Pawłowa na dzwonek - reaguję na kołysanie i charakterystyczny pociągowy stukot odruchem warunkowym - w moim wypadku: natychmiastowym niemal zapadnięciem w drzemkę. Cóż, nie zawsze się to udaje - w tym tygodniu ze zgrozą odkryłam, że mój ulubiony nocny pociąg relacji Świnoujście-Przemyśl zniknął z rozkładów. No i trzeba się było tłuc w dzień... Mogłam się domyślić, że los zgotuje mi z tej okazji kilka innych, bonusowych niespodzianek, przekształcając najniewinniejszy na świecie dzień w prawdziwy worek niespodzianek. Nie zawsze przyjemnych...
Zaczęło się od porannego poczucia, że coś wisi w powietrzu. I nie była to - dla odmiany - burza. Wisiała migrena, która tuż po porannej kawie raczyła zapowiedzieć mi swe przyjście serią tzw. mroczków (słynni bracia Mroczkowie z "M jak Mdłości" nie mają z tym nic wspólnego, choć reaguję na ich widok na ekranie równie źle...). Latające przed oczami plamki, układające się w kalejdoskopowe wzory, mogłyby nawet być zabawne, gdyby nie fakt, że zwykle poprzedzają one u mnie atak bólu głowy, mdłości i światłowstrętu zwany potocznie migreną - tudzież, staroświecko: globusem.
Zaczęło się od porannego poczucia, że coś wisi w powietrzu. I nie była to - dla odmiany - burza. Wisiała migrena, która tuż po porannej kawie raczyła zapowiedzieć mi swe przyjście serią tzw. mroczków (słynni bracia Mroczkowie z "M jak Mdłości" nie mają z tym nic wspólnego, choć reaguję na ich widok na ekranie równie źle...). Latające przed oczami plamki, układające się w kalejdoskopowe wzory, mogłyby nawet być zabawne, gdyby nie fakt, że zwykle poprzedzają one u mnie atak bólu głowy, mdłości i światłowstrętu zwany potocznie migreną - tudzież, staroświecko: globusem.
sobota, 23 czerwca 2012
Szwedzka sobota
Oj, nie zaczęła się dla mnie zbyt przyjemnie ta sobota. Już przez sen przeczuwałam kłopoty, które urealniły się, gdy - zrywając się na minutę przed budzikiem, czyli o 7.09 (tak, tak, sklerotyczna wiedźma zapomniała zupełnie o wyłączeniu tego tyrana na weekend), przełknęłam pierwszy łyk wody. Auć! Zabolało!
Bliższe oględziny w łazienkowym lustrze wykazały znaczne powiększenie migdałków przełykowych (tych po bokach). Przekopałam apteczkę, dopadłam jakiś spray na gardło i... zero efektu. Nie pomogły też lody, zalecone mi przez Mamę Księcia Ciemności (choć znacząco poprawiły mi nastrój, nie można więc powiedzieć, by zupełnie nie zadziałały...). Boli nadal. A ja straciłam ochotę na degustowanie czegokolwiek, choć miałam ambitny plan zrobienia sobie domowych tortilli. Może jutro?
Jednak nawet tak gardłowa sprawa nie odwiodła mnie od planu wyprawy do Ikei. O, nie! Nie tym razem! Tydzień temu moje mocno pomidorowe zdjęcie zdobyło II nagrodę w konkursie fotograficznym , a to oznaczało możliwość zrobienia zakupów za - niebagatelną w moim budżecie - kwotę 300 złotych! Myślę, że - nawet leżąc na łożu śmierci - nie umiałabym się powstrzymać od tak przyjemnych zakupów.
Bliższe oględziny w łazienkowym lustrze wykazały znaczne powiększenie migdałków przełykowych (tych po bokach). Przekopałam apteczkę, dopadłam jakiś spray na gardło i... zero efektu. Nie pomogły też lody, zalecone mi przez Mamę Księcia Ciemności (choć znacząco poprawiły mi nastrój, nie można więc powiedzieć, by zupełnie nie zadziałały...). Boli nadal. A ja straciłam ochotę na degustowanie czegokolwiek, choć miałam ambitny plan zrobienia sobie domowych tortilli. Może jutro?
Jednak nawet tak gardłowa sprawa nie odwiodła mnie od planu wyprawy do Ikei. O, nie! Nie tym razem! Tydzień temu moje mocno pomidorowe zdjęcie zdobyło II nagrodę w konkursie fotograficznym , a to oznaczało możliwość zrobienia zakupów za - niebagatelną w moim budżecie - kwotę 300 złotych! Myślę, że - nawet leżąc na łożu śmierci - nie umiałabym się powstrzymać od tak przyjemnych zakupów.
środa, 22 lutego 2012
Nie-jasności
Jest jaśniej! Jak mogłam tego nie zauważyć? Jeszcze kilka tygodni temu wychodziłam z pracy w całkowitych zimowych ciemnościach, otulając się ich chłodem jak szalikiem. Dziś, wsiadając o 17.06 do autobusu, pierwszy raz dostrzegłam zachód słońca. Jeszcze zimowy, delikatnie powleczony półprzezroczystym lukrem mrozu, pierwszy znak przełomu, pierwsza oznaka nieubłaganie nadciągającego przedwiośnia i jego dni - coraz dłuższych i coraz mniej spokojnych, pachnących świeżą, mokrą ziemią...
Lubię ten czas, tak bezsensownie pełen niczym nieuzasadnionej nadziei na lepsze chwile. Tę energię, która bierze się znikąd, spada nagle prosto na głowę deszczem pomysłów, dodaje na moment skrzydeł, a potem bez uprzedzenia i bez żalu znika gdzieś pod zalegającym wciąż dookoła śniegiem. Ale jednocześnie - właśnie teraz drażni mnie i męczy to, co wciąż pozostaje niewyjaśnione.
Bo ja nie znoszę nie-jasności.
Jestem prostą dziewczyną potrzebującą prostych i dobrych słów, bez niepotrzebnego obciążania ich dodatkowymi możliwościami interpretacji. Bez zaciemniania sensów. Bez udawania, że między mną a światem, między mną a Tobą jest coś albo też - że czegoś ani trochę nie ma.
Lubię ten czas, tak bezsensownie pełen niczym nieuzasadnionej nadziei na lepsze chwile. Tę energię, która bierze się znikąd, spada nagle prosto na głowę deszczem pomysłów, dodaje na moment skrzydeł, a potem bez uprzedzenia i bez żalu znika gdzieś pod zalegającym wciąż dookoła śniegiem. Ale jednocześnie - właśnie teraz drażni mnie i męczy to, co wciąż pozostaje niewyjaśnione.
Bo ja nie znoszę nie-jasności.
Jestem prostą dziewczyną potrzebującą prostych i dobrych słów, bez niepotrzebnego obciążania ich dodatkowymi możliwościami interpretacji. Bez zaciemniania sensów. Bez udawania, że między mną a światem, między mną a Tobą jest coś albo też - że czegoś ani trochę nie ma.
Subskrybuj:
Posty (Atom)