Nie dorobiłam się w mojej poznańskiej dziupli zbyt wielu zbytków. Na nieco ponad 30 metrach kwadratowych wynajętej prywatności nie mam ani zaawansowanego technologicznie sprzętu RTV, ani kuchennych cudów techniki (prócz solidnego blendera, miksera, który zniesie każdą moją kulinarną fanaberię i ekspresu do kawy - prezentu od znającej mnie i moje uzależnienia na wylot młodszej siostry), ani designerskich mebli godnych przeciętnej bohaterki typowego serialu o nowoczesnej samotnej kobiecie.
No, jakoś mi to nie wyszło. Mam za to regał pełen książek (tych ważnych dla mnie - i tych, które po prostu już nie zmieściły się w bazie w domu rodziców). Mam kolekcję kapeluszy. I mam prawdziwego ducha!
Zjawa poczyna sobie na razie nader nieśmiało, ale nie oszukujmy się, kto by się chciał wychylać zanadto, gdy dopiero kończy mu się umowa na okres próbny? ;-) Nie pobrzękuje łańcuchami, nie łaskocze mnie w wystające spod kołdry stopy, nie zawodzi po kątach (nie może - w bloku obowiązuje wszak cisza nocna!)... Ale jest. I patrzy na mnie wprost ze ściany.
Poznajcie się - to mój rodzinny duch. Prababcia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą materializm sentymentalny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą materializm sentymentalny. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 6 października 2015
sobota, 27 czerwca 2015
Wakacyjny niezbędnik 2015
I znów - zamiast pisać - przez ostatnie miesiące zajmowałam się zupełnie innymi sprawami. Już nawet nie chcę się tu usprawiedliwiać. Po co? Stało się. Cisza wybrzmiała. Czas wrócić do świata żywych... a raczej piszących. Niezależnie od tego, czy ktokolwiek na mnie czekał. O! ;-)
Wracam w wakacyjnym nastroju. Kończy się czerwiec, teatr już we wtorek zamknie sezon genialnym gościnnym koncertem "Wielkie przemówienia", a mnie jeszcze tylko dziś i jutro czeka rozkoszny dyżur w kabinie podczas Rychcikowych "Dziadów". Później - 2 miesiące bez przedstawień, choć nie oznacza to bynajmniej braku zajęć w świecie teatralnej administracji. Będzie jednak spokojniej, a to oznacza solidną porcję relaksu, nadrabiania zaległości (remontowych, książkowych i... ruchowych) oraz cieszenia się. Takiego zwykłego, ludzkiego cieszenia się drobiazgami. :-)
To właśnie mój plan na wakacje. Zresztą - nie tylko na nie. Przypomnieć sobie, jak to jest, gdy odczuwa się te najprostsze radości - z obserwacji przyrody, z dyndania na hamaku z książką w łapach, z zabawy z psem, z równo pomalowanego kawałka ściany czy udanego wypieku. Bardzo, bardzo już tego potrzebuję - po trudnym, pełnym wyzwań sezonie, po nieciekawych przeżyciach osobistych, po miesiącach z trudem maskowanej apatii.
Do stworzenia tego niezbędnika zainspirował mnie wpis na blogu Nie-Matki Polki. Proste wyzwanie - 7 rzeczy, które mają mi umilić wakacyjne życie. :-) Żadnego pisania o ideach, wielkich marzeniach, żadnego rozdzierania szat...
Myślałam o tym cały wieczór, kilka propozycji - wyśniłam. I dziś mogę już przedstawić swoją listę małych marzeń na lato 2015. Może przy okazji zainspiruję Was do spisania własnych SZCZĘŚLIWYCH SIÓDEMEK? :-)
WAKACYJNY NIEZBĘDNIK NULKA - EDYCJA 2015
1. WIADRO FARBY. Miejsce pierwsze zdecydowanie należy się mojemu niezrealizowanemu marzeniu o... wiaderku farby. Wystarczyłoby pięć litrów cieczy, najlepiej w odcieniu delikatnej, jasnej szarości. Nie, nie zamierzam nikogo nią oblewać, takie happeningi są już zdecydowanie niemodne. Ale chyba już najwyższy czas zrealizować plan odświeżenia mieszkania, które wynajmuję w Poznaniu. Walka z remontem u rodziców pochłonęła większość moich środków finansowych, ale do licha - chyba ja też zasługuję na odrobinę luksusu? Blady, żółty kolorek, tak typowy dla mieszkań z lat 90. XX stulecia i dla klas szkolnych (bo to po taniości...) musi wreszcie zniknąć z mojego życia, a chłodna szarość na pewno pięknie podkreśli ciepły kolor bukowych i wiklinowych mebli.
2. WNUCZKA DO ORZECHÓW. Nie, to nie nowoczesny sprzęt kuchenny, mający zastąpić poczciwego dziadka. ;-) Odkąd pamiętam, w wakacje zawsze wracam do lektur z młodości. Czasem z sentymentem, czasem - z lękiem, że w lekturze nie odnajdę już dawnych powodów do zachwytów... Jedną z takich budzących lęk lektur jest dla mnie Jeżycjada Małgorzaty Musierowicz. Kiedyś każde lato spędzałam z Borejkami. Teraz - no cóż, pracuję na Jeżycach i codzienne spacery po tej dzielnicy zmieniły nieco mój sposób postrzegania świata wykreowanego w najsłynniejszej poznańskiej sadze rodowej. Może to zresztą tylko... starość? ;-) Mimo wszystko chciałabym podjąć wyzwanie i - wrócić. Sprawdzić, co u Borejków, jak ma się najmłodsze pokolenie i czy seniorzy rodu wciąż odznaczają się niespotykaną żywotnością?
3. WAŁEK DO CIASTA. Opornie mi ostatnimi czasy szło pieczenie - nie było weny, chęci, radości, czasu... Jak przywrócić sobie zdolność wytwarzania kuchennej magii? Myślę, że taki wałek mógłby pomóc. Ma w sobie czar niezbędny przy wszelkich kuchennych zaklęciach! No i jest bezpieczny dla otoczenia - żal nim spuszczać łomot komukolwiek, nawet najbardziej na to zasługującemu łobuzowi. Jeszcze się (wałek, nie łobuz) połamie... ;-) Czuję, że z takim wałkiem mój słodki powrót do kuchennej rzeczywistości zyskałby odpowiednią oprawę!
4. PROSTOKĄTNA TORTOWNICA, czyli po prostu forma do ciasta z odpinanymi bokami, też by pomogła, na bank. I nie dziwcie się, że w wakacje marzy mi się siedzenie w kuchni. Po pierwsze - pogoda na razie skłania raczej do przebywania w ciepłych, przytulnych miejscach. Po drugie - jako rasowa kura domowa po godzinach lubię sobie postać przy garach, czy to latem, czy to zimą... I tworzyć, tworzyć, tworzyć! :-)
5. NOWY KAPELUSZ. Kto mnie zna, ten wie, że jestem szaloną kapeluszniczką. Kapelusze mają duszę, jeśli tylko dobrze się je traktuje i poświęca się im odpowiednio dużo uwagi. Moja ukochana kolekcja jakoś jednak ostatnio przestała się rozrastać. Może stałam się wybredna? Tak czy siak, muszę poszukać cylindra lub melonika - bo takich okazów brakuje wśród moich toczków, myśliwskich kapelutków i rozmaitych fedor.
6. KOLCZYKI Z NIETOPERZEM. No ile można się bez nich obywać? Czas najwyższy obwieścić całemu światu moją miłość do Batmana, choć marna ze mnie bat-woman. Prędzej wom-bat. Wombat. Tia... ;-) Ale przynajmniej będzie wombat obkolczykowany! O ile znajdę odpowiedni wzór.
7. DUŻA PIŁKA GIMNASTYCZNA. Bo grubas Nulek musi zacżąć się w końcu ruszać. W domu. I poza domem. Czas zmierzyć się ze światem. Bo ile można się kryć za tą ochronną warstwą tłuszczu, no ile? ;-)
To właśnie moja szczęśliwa siódemka na wakacje 2015. Żadnych wielkich idei, tylko proste, materialne przyjemności i ułatwiacze życia, które powinny mi przypomnieć, jak to, do kroćset, jest - cieszyć się drobiazgami.
A jako punkt nr 8 dorzucam tu PI-SA-NIE.
Regularne. Lub nie. Koniec z ciszą! :-)
Wracam w wakacyjnym nastroju. Kończy się czerwiec, teatr już we wtorek zamknie sezon genialnym gościnnym koncertem "Wielkie przemówienia", a mnie jeszcze tylko dziś i jutro czeka rozkoszny dyżur w kabinie podczas Rychcikowych "Dziadów". Później - 2 miesiące bez przedstawień, choć nie oznacza to bynajmniej braku zajęć w świecie teatralnej administracji. Będzie jednak spokojniej, a to oznacza solidną porcję relaksu, nadrabiania zaległości (remontowych, książkowych i... ruchowych) oraz cieszenia się. Takiego zwykłego, ludzkiego cieszenia się drobiazgami. :-)
To właśnie mój plan na wakacje. Zresztą - nie tylko na nie. Przypomnieć sobie, jak to jest, gdy odczuwa się te najprostsze radości - z obserwacji przyrody, z dyndania na hamaku z książką w łapach, z zabawy z psem, z równo pomalowanego kawałka ściany czy udanego wypieku. Bardzo, bardzo już tego potrzebuję - po trudnym, pełnym wyzwań sezonie, po nieciekawych przeżyciach osobistych, po miesiącach z trudem maskowanej apatii.
Do stworzenia tego niezbędnika zainspirował mnie wpis na blogu Nie-Matki Polki. Proste wyzwanie - 7 rzeczy, które mają mi umilić wakacyjne życie. :-) Żadnego pisania o ideach, wielkich marzeniach, żadnego rozdzierania szat...
Myślałam o tym cały wieczór, kilka propozycji - wyśniłam. I dziś mogę już przedstawić swoją listę małych marzeń na lato 2015. Może przy okazji zainspiruję Was do spisania własnych SZCZĘŚLIWYCH SIÓDEMEK? :-)
WAKACYJNY NIEZBĘDNIK NULKA - EDYCJA 2015
1. WIADRO FARBY. Miejsce pierwsze zdecydowanie należy się mojemu niezrealizowanemu marzeniu o... wiaderku farby. Wystarczyłoby pięć litrów cieczy, najlepiej w odcieniu delikatnej, jasnej szarości. Nie, nie zamierzam nikogo nią oblewać, takie happeningi są już zdecydowanie niemodne. Ale chyba już najwyższy czas zrealizować plan odświeżenia mieszkania, które wynajmuję w Poznaniu. Walka z remontem u rodziców pochłonęła większość moich środków finansowych, ale do licha - chyba ja też zasługuję na odrobinę luksusu? Blady, żółty kolorek, tak typowy dla mieszkań z lat 90. XX stulecia i dla klas szkolnych (bo to po taniości...) musi wreszcie zniknąć z mojego życia, a chłodna szarość na pewno pięknie podkreśli ciepły kolor bukowych i wiklinowych mebli.
2. WNUCZKA DO ORZECHÓW. Nie, to nie nowoczesny sprzęt kuchenny, mający zastąpić poczciwego dziadka. ;-) Odkąd pamiętam, w wakacje zawsze wracam do lektur z młodości. Czasem z sentymentem, czasem - z lękiem, że w lekturze nie odnajdę już dawnych powodów do zachwytów... Jedną z takich budzących lęk lektur jest dla mnie Jeżycjada Małgorzaty Musierowicz. Kiedyś każde lato spędzałam z Borejkami. Teraz - no cóż, pracuję na Jeżycach i codzienne spacery po tej dzielnicy zmieniły nieco mój sposób postrzegania świata wykreowanego w najsłynniejszej poznańskiej sadze rodowej. Może to zresztą tylko... starość? ;-) Mimo wszystko chciałabym podjąć wyzwanie i - wrócić. Sprawdzić, co u Borejków, jak ma się najmłodsze pokolenie i czy seniorzy rodu wciąż odznaczają się niespotykaną żywotnością?
3. WAŁEK DO CIASTA. Opornie mi ostatnimi czasy szło pieczenie - nie było weny, chęci, radości, czasu... Jak przywrócić sobie zdolność wytwarzania kuchennej magii? Myślę, że taki wałek mógłby pomóc. Ma w sobie czar niezbędny przy wszelkich kuchennych zaklęciach! No i jest bezpieczny dla otoczenia - żal nim spuszczać łomot komukolwiek, nawet najbardziej na to zasługującemu łobuzowi. Jeszcze się (wałek, nie łobuz) połamie... ;-) Czuję, że z takim wałkiem mój słodki powrót do kuchennej rzeczywistości zyskałby odpowiednią oprawę!
4. PROSTOKĄTNA TORTOWNICA, czyli po prostu forma do ciasta z odpinanymi bokami, też by pomogła, na bank. I nie dziwcie się, że w wakacje marzy mi się siedzenie w kuchni. Po pierwsze - pogoda na razie skłania raczej do przebywania w ciepłych, przytulnych miejscach. Po drugie - jako rasowa kura domowa po godzinach lubię sobie postać przy garach, czy to latem, czy to zimą... I tworzyć, tworzyć, tworzyć! :-)
5. NOWY KAPELUSZ. Kto mnie zna, ten wie, że jestem szaloną kapeluszniczką. Kapelusze mają duszę, jeśli tylko dobrze się je traktuje i poświęca się im odpowiednio dużo uwagi. Moja ukochana kolekcja jakoś jednak ostatnio przestała się rozrastać. Może stałam się wybredna? Tak czy siak, muszę poszukać cylindra lub melonika - bo takich okazów brakuje wśród moich toczków, myśliwskich kapelutków i rozmaitych fedor.
6. KOLCZYKI Z NIETOPERZEM. No ile można się bez nich obywać? Czas najwyższy obwieścić całemu światu moją miłość do Batmana, choć marna ze mnie bat-woman. Prędzej wom-bat. Wombat. Tia... ;-) Ale przynajmniej będzie wombat obkolczykowany! O ile znajdę odpowiedni wzór.
7. DUŻA PIŁKA GIMNASTYCZNA. Bo grubas Nulek musi zacżąć się w końcu ruszać. W domu. I poza domem. Czas zmierzyć się ze światem. Bo ile można się kryć za tą ochronną warstwą tłuszczu, no ile? ;-)
To właśnie moja szczęśliwa siódemka na wakacje 2015. Żadnych wielkich idei, tylko proste, materialne przyjemności i ułatwiacze życia, które powinny mi przypomnieć, jak to, do kroćset, jest - cieszyć się drobiazgami.
A jako punkt nr 8 dorzucam tu PI-SA-NIE.
Regularne. Lub nie. Koniec z ciszą! :-)
poniedziałek, 5 stycznia 2015
MUZEUM MATERIALIZMU SENTYMENTALNEGO: rok z Myszą
Nie należę do grona fanatyków motoryzacji, którzy godzinami potrafią dyskutować na temat brzmienia silnika, nowego modelu ulubionej marki czy też wyższości diesla nad benzyną. ;-) Nie patrzę z pogardą na znajomych, którzy nie posiadają ani auta, ani dokumentów uprawniających do prowadzenia go. Ale przyznaję - odkąd kilkanaście lat temu udało mi się zdać egzamin na prawo jazdy (tak, tak, za czwartym razem, wciąż mi wstyd z tego powodu...), nie wyobrażam sobie życia bez własnych czterech kółek. Właśnie dlatego - po artystycznym wręcz skasowaniu Klipsa tuż przed Świętami 2013 - w moim życiu rok temu pojawiła się najcudniejsza, niezastąpiona i bardzo przyzwoicie prowadząca się (co nie zawsze da się powiedzieć... o mnie) Mysza. O niej mogę faktycznie gadać godzinami... ;-)
Skąd tak silne uczucie w stosunku do - bądźmy szczerzy - zwykłej kupy żelastwa? Nie, nie tylko ze względu na wrodzone lenistwo, z którym wciąż nie udaje mi się wygrać.
Przeciwnie - do pracy dojeżdżam zwykle komunikacją miejską (parkowanie na Jeżycach jest kosztowną przyjemnością - chyba, że idę na spektakl i wiem, że będę wracać późno), jeśli mogę, wybieram też transport publiczny przy okazji zakupów (poza meblowymi i remontowymi oczywiście). Nie potrzebuję samochodu, by dostać się nim pod market znajdujący się po drugiej stronie ulicy, choć po namyśle stwierdzam, że czasami łatwiej jest przejechać przez skrzyżowanie Marcelińskiej i Przybyszewskiego, niż przejść przez skomplikowany system zeberek dla pieszych. ;-)
To nie tak...
Przeciwnie - do pracy dojeżdżam zwykle komunikacją miejską (parkowanie na Jeżycach jest kosztowną przyjemnością - chyba, że idę na spektakl i wiem, że będę wracać późno), jeśli mogę, wybieram też transport publiczny przy okazji zakupów (poza meblowymi i remontowymi oczywiście). Nie potrzebuję samochodu, by dostać się nim pod market znajdujący się po drugiej stronie ulicy, choć po namyśle stwierdzam, że czasami łatwiej jest przejechać przez skrzyżowanie Marcelińskiej i Przybyszewskiego, niż przejść przez skomplikowany system zeberek dla pieszych. ;-)
To nie tak...
sobota, 26 stycznia 2013
MUZEUM MATERIALIZMU SENTYMENTALNEGO: szalona kapeluszniczka
Kapelusze słomkowe najprzyjemniej kupuje się zimą - ich szorstki dotyk i wybitnie niefrasobliwy charakter pozwalają choć na moment zapomnieć o dokuczliwym mrozie, śniegu ćwiczącym sobie cichcem przejścia tonalne od niepokalanej bieli po banalną szaroburość, opóźnieniach pociągów, zaskoczonych drogowcach i chodnikowej soli niszczącej nawet najtroskliwiej chronione przed nią buty... Tak, słomkowy kapelusz w zimie to prawdziwe dobrodziejstwo dla wychłodzonej ludzkiej psychiki. Zwłaszcza gdy ktoś - tak jak ja - uwielbia kapelusze...
Mój najnowszy nabytek kształtem przypomina to, co nosiła na głowie niezapomniana Audrey Hepburn w Śniadaniu u Tiffany'ego, choć kolorystycznie zbliża się raczej do dojrzałej śliwki węgierki. No i brakuje mu ozdób - wstążki lub apaszki, którą mogłabym go przewiązać i w ten sposób jeszcze bardziej upodobnić do pierwowzoru ze srebrnego ekranu. Ale co mi tam po filmach, tu nie chodziło o boską Audrey, tylko o tę słomkowość, letniość i absolutną niepraktyczność właśnie. :-) No i o miłość. Od pierwszego wejrzenia.
Mój najnowszy nabytek kształtem przypomina to, co nosiła na głowie niezapomniana Audrey Hepburn w Śniadaniu u Tiffany'ego, choć kolorystycznie zbliża się raczej do dojrzałej śliwki węgierki. No i brakuje mu ozdób - wstążki lub apaszki, którą mogłabym go przewiązać i w ten sposób jeszcze bardziej upodobnić do pierwowzoru ze srebrnego ekranu. Ale co mi tam po filmach, tu nie chodziło o boską Audrey, tylko o tę słomkowość, letniość i absolutną niepraktyczność właśnie. :-) No i o miłość. Od pierwszego wejrzenia.
sobota, 19 stycznia 2013
MUZEUM MATERIALIZMU SENTYMENTALNEGO: rzecz o cmok-kanapie i przyległościach
Nie ufam ludziom, którzy twierdzą, że nie przywiązują się do dóbr materialnych. Owszem, takie wyznanie brzmi całkiem nieźle w towarzystwie (sugerując szlachetne wyrzekanie się skrzeczącej rzeczywistości na rzecz wartości, hmm, duchowych zapewne...), ale - nie w moim, wybaczcie. ;-) Bo ja lubię swoje rzeczy. I lubię je mieć przy sobie.
Tak, jestem materialistką, ale materialistką sentymentalną, ceniącą nie sam fakt posiadania jakiejś rzeczy, lecz wspomnienia, które ów przedmiot czy mebel wywołuje. Toteż zawsze irytowało mnie pytanie "Mieć czy być?", wałkowane na lekcjach polskiego w liceum aż do znudzenia - bo dlaczego miałabym, do kroćset, wybierać? Mogę być i jednocześnie mieć. Mieć rzeczy, które przypominają mi, kim byłam, jestem i mogę jeszcze się stać.
A że stare panny mają zazwyczaj - postępującą z wiekiem - niebezpieczną skłonność do mentalnych wycieczek w przeszłość, mam nadzieję, że z wyrozumiałością potraktujecie tę moją próbę skatalogowania najważniejszych w moim życiu przedmiotów i związanych z nimi dobrych wspomnień, póki jeszcze nie wyblakły na amen... Zapisane - staną się być może kiedyś moim jedynym orężem w walce z otępiającą starością, której tak się boję, a którą - kto wie? - mogę mieć przecież wpisaną w geny.
Tak, jestem materialistką, ale materialistką sentymentalną, ceniącą nie sam fakt posiadania jakiejś rzeczy, lecz wspomnienia, które ów przedmiot czy mebel wywołuje. Toteż zawsze irytowało mnie pytanie "Mieć czy być?", wałkowane na lekcjach polskiego w liceum aż do znudzenia - bo dlaczego miałabym, do kroćset, wybierać? Mogę być i jednocześnie mieć. Mieć rzeczy, które przypominają mi, kim byłam, jestem i mogę jeszcze się stać.
A że stare panny mają zazwyczaj - postępującą z wiekiem - niebezpieczną skłonność do mentalnych wycieczek w przeszłość, mam nadzieję, że z wyrozumiałością potraktujecie tę moją próbę skatalogowania najważniejszych w moim życiu przedmiotów i związanych z nimi dobrych wspomnień, póki jeszcze nie wyblakły na amen... Zapisane - staną się być może kiedyś moim jedynym orężem w walce z otępiającą starością, której tak się boję, a którą - kto wie? - mogę mieć przecież wpisaną w geny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
