Ten wpis nie powstałby, gdybym - lekko już przerażona stanem układu wspomagania - nie oddała Myszy w czułe (za odpowiednią opłatą, oczywiście) ręce mechanika. Nie powstałby, bo mając pod ręką samochód, nie skorzystałabym z usług Kolei Wielkopolskich, by dostać się na skrócony weekend (w niedzielę wieczorem będę już w pracy) do Grodziska. Nie powstałby też, gdybym wyszła z pracy 10 minut wcześniej, bo wtedy zdążyłabym na autobus o 17.30, a nie na pociąg o 17.51.
No, ok, pewnie ma tu też pewien wpływ moje lenistwo - pociąg z Poznania do Grąblewa (to pachnąca jeszcze nowością stacja na trasie do Grodziska, z której mam ciut bliżej do domu niż z dworca, he, he, głównego) jedzie wg planu 48 minut, autobus - jakieś 80 minut.
Stało się. Wsiadłam do pociągu, znalazłam - o dziwo! - miejsce siedzące, ulokowałam bagaż na półce, a wzrok - w moim ukochanym czytniku e-booków i przygotowałam się na kilkudziesięciominutowy stan bezczynności, skupiając się na wydarzeniach w świecie wykreowanym przez Pratcheta...
Bez większych przeszkód, nie licząc około 2-minutowego opóźnienia na starcie, udało się dojechać do Strykowa. Sukces. Ale później...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
piątek, 16 stycznia 2015
niedziela, 6 stycznia 2013
Mój słownik. Edycja 2012
Ha! Dlaczego nikt, ale to nikt nie przypomniał mi o tym, że 2 stycznia minęła rocznica założenia bloga (pomijając fakt, że prawie nikt tych moich wypocin nie czyta)? ;-) Nieładnie... No, ale sama też muszę się pokajać, moje życie toczy się ostatnio w tak cudownie szybkim tempie, że nie miałam czasu pomyśleć o tym odpowiednio wcześnie. I jest to najlepsza, najprzyjemniejsza z możliwych wymówek!
Jednak - mimo tej wpadki kalendarzowej - przyznaję, że nie umiałabym już żyć bez pisania tutaj. Nie tylko dlatego, że uzewnętrznianie się w tej formie przynosi ulgę i pozwala uporządkować galopadę myśli w głowie, ale też dlatego, że pozwala zachować giętkość palców. Oczywiście tę metaforyczną, związaną z łatwością formułowania myśli. Od kiedy tworzę "Anulowe zapiski", idzie mi to znacznie szybciej i naturalniej - dotykam klawiatury i po prostu: odpływam... :)
Ale dziś - zamiast zwierzeń - znajdzie się tutaj coś w rodzaju podsumowania. Ot, taki mój mały słowniczek, gromadzący w kolejności alfabetycznej najważniejsze hasła, które towarzyszyły mi w 2012 roku. Kto wie, może znajdziecie tu coś... o sobie? ;-) Zapraszam do lektury i ewentualnej dyskusji. :-)
MÓJ SŁOWNIK
EDYCJA 2012
* * *
A
Afery - hasło roku, niewątpliwie. Rozkręciłam ich w tym roku kilka, a najbardziej medialne okazały się sprawy przychodni na Szwedzkiej (to jeden z nielicznych powodów, które sprawiają, że cieszy mnie wyprowadzka z Krakowa - nie będę już musiała martwić się tym przeklętym miejscem na mapie miasta...) oraz niesławnej Fundacji Benefac. Nie żałuję, że się odezwałam. Niewiele mogę zdziałać sama w sprawach, które mnie wkurzają, ale jeśli istnieje choć cień szansy na nagłośnienie problemu i - być może - rozwiązanie go, to nie zamierzam siedzieć cicho. Nigdy. Spodziewajcie się tego. :-)
Auto - 2012 rok zapisze się w mojej pamięci również jako rok ostatecznego rozstania z Białą Strzałą. 10 lat. Mój najdłuższy i najpiękniejszy związek. Zostały mi po niej tablice rejestracyjne, które w poniedziałek muszę oddać do urzędu. I misiek, który dumnie rozsiadał się pod przednią szybą. No i moc wspomnień. Dobranoc, Biała Strzało.
wtorek, 1 stycznia 2013
Wyjątkowy sylwester
Ilekroć w moich rozmowach ze znajomymi padało hasło "sylwester 2012", tylekroć okazywało się, że obowiązującym planem jest... absolutny brak planów. Żadnych hucznych zabaw, żadnych wielkich imprez - zupełnie jakby ludzie nie wierzyli, że przetrwają ów głośny koniec świata, który miał nadejść 21 grudnia. Sama też zresztą nie planowałam niczego i dopiero pod koniec grudnia uznałam, że chcę spędzić ostatni wieczór 2012 roku we Wrocławiu, w gronie moich przyjaciół. To miała być krótka wizyta na jedną noc - 2 stycznia muszę się przecież zjawić na badaniach profilaktycznych, żeby 3 stycznia móc już normalnie (po tak długiej przerwie...) do pracy. Taki był plan. Taaak...
Ponieważ jednak postanowiłam do końca roku załatwić swoje krakowskie interesy, przed wyprawą do Wrocławia musiałam jeszcze odwiedzić Kraków, by pożyczonym od kuzyna samochodem wywieźć swoje graty. W końcu w Poznaniu czekało już na nie moje nowe lokum. :-)
Na mojej ukochanej łagiewnickiej górce mieszkałam przez - bagatelka - ponad 2 lata. Nie przypuszczałam jednak, że na 33 mkw. uda mi się w tym czasie zgromadzić aż tyle książek, garnków, ciuchów i innych sprzętów, o kolekcji świeczek, zapasie pościeli i słoików nie wspominając. W swojej naiwności liczyłam, że zdołam spakować wszystko w jeden wieczór, załadować do pojemnego przecież auta i ruszyć do domu w ciągu 24 godzin. Zwłaszcza, że cmok-kanapa, fotele, pralka i kilka innych dużych sprzętów miały zostać w grodzie Kraka - dla potomnych... ;-)
No cóż, mówiąc krótko - nie udało się.
Ponieważ jednak postanowiłam do końca roku załatwić swoje krakowskie interesy, przed wyprawą do Wrocławia musiałam jeszcze odwiedzić Kraków, by pożyczonym od kuzyna samochodem wywieźć swoje graty. W końcu w Poznaniu czekało już na nie moje nowe lokum. :-)
Na mojej ukochanej łagiewnickiej górce mieszkałam przez - bagatelka - ponad 2 lata. Nie przypuszczałam jednak, że na 33 mkw. uda mi się w tym czasie zgromadzić aż tyle książek, garnków, ciuchów i innych sprzętów, o kolekcji świeczek, zapasie pościeli i słoików nie wspominając. W swojej naiwności liczyłam, że zdołam spakować wszystko w jeden wieczór, załadować do pojemnego przecież auta i ruszyć do domu w ciągu 24 godzin. Zwłaszcza, że cmok-kanapa, fotele, pralka i kilka innych dużych sprzętów miały zostać w grodzie Kraka - dla potomnych... ;-)
No cóż, mówiąc krótko - nie udało się.
wtorek, 18 grudnia 2012
Cygańska krew
Dawno już nie spotkałam w Krakowie cygańskiej wróżki. Nachalne kobiety, okutane w wielowarstwowe spódnice, dopadające podróżnych przy przejściu podziemnym nieopodal dworca - to, podobnie jak grajkowie-żebracy wędrujący po tramwajach - obrazek z pierwszych lat mojego pobytu w tym grodzie. Obrazek, który zdążył już nieco rozmyć się w moich wspomnieniach...
Dziś odżył.
Razem z moją ulubioną mieszkanką Londynu wybrałyśmy się do kawiarni, by w całym tym przedświątecznym zamieszaniu odsapnąć sobie i nadrobić towarzyskie zaległości. Było wczesne popołudnie, K. zniknęła na moment, a ja wykorzystałam tę okazję do sprawdzenia wiadomości w telefonie. Gdy podniosłam wzrok znad ekranu, przede mną stała maleńka staruszeczka o typowo cygańskiej urodzie, owinięta w nieco zbyt obszerną kurtkę. Uśmiechała się zachęcająco - wyraźny znak, że czegoś będzie ode mnie chcieć. No tak... Już po chwili rozległo się śpiewne pytanie:
- Powróżyć?
Dziś odżył.
Razem z moją ulubioną mieszkanką Londynu wybrałyśmy się do kawiarni, by w całym tym przedświątecznym zamieszaniu odsapnąć sobie i nadrobić towarzyskie zaległości. Było wczesne popołudnie, K. zniknęła na moment, a ja wykorzystałam tę okazję do sprawdzenia wiadomości w telefonie. Gdy podniosłam wzrok znad ekranu, przede mną stała maleńka staruszeczka o typowo cygańskiej urodzie, owinięta w nieco zbyt obszerną kurtkę. Uśmiechała się zachęcająco - wyraźny znak, że czegoś będzie ode mnie chcieć. No tak... Już po chwili rozległo się śpiewne pytanie:
- Powróżyć?
wtorek, 18 września 2012
Nulek odkrywa tajne przejście na lotnisku
Wstyd się przyznać, ale w ciągu mojego 28-letniego żywota leciałam samolotem tylko 2 razy. To był lot do Billund w Danii: moja młodsza siostra wygrała wycieczkę do Legolandu, a ja - już wtedy pełnoletnia - wybrałam się z nią jako opiekunka. Wycieczka była wspaniała, ale z samych lotów pamiętam niewiele. Najsilniej wyryło mi się w pamięci zdziwienie widokiem plaży nad Bałtykiem. Spoglądałam z góry na wąziutki, ledwo dostrzegalny pasek żółci między morzem granatu i morzem zieleni - cieniutką jak niteczka granicę oddzielającą potężne żywioły. A przecież tam w dole zawsze wydawało mi się, że łachy nadmorskiego piachu dzielące mnie od wody są rozległe, niemal nie do pokonania...
Młoda zna się na podniebnych podróżach znacznie lepiej niż ja. Nic dziwnego - odkąd wyemigrowała do Walii, pewnie bardziej opłaca jej się latać, niż tłuc autobusem przez pół Europy i kanał La Manche na dokładkę... Choć mogłaby to robić częściej, zanim rodzice i babcia zapomną, jak ta mała małpa wygląda.
Młoda zna się na podniebnych podróżach znacznie lepiej niż ja. Nic dziwnego - odkąd wyemigrowała do Walii, pewnie bardziej opłaca jej się latać, niż tłuc autobusem przez pół Europy i kanał La Manche na dokładkę... Choć mogłaby to robić częściej, zanim rodzice i babcia zapomną, jak ta mała małpa wygląda.
wtorek, 4 września 2012
Sennik cygański
W nocnych pociągach prawdziwym podróżnikom śnią się prawdziwie cygańskie sny. Wystarczy wtulić się w kąt przedziału i przykryć lekkim, polarowym kocem. Poduszkę zastąpić może z powodzeniem plecak lub torba, w ostateczności - kurtka tudzież szalik. Stłumione chłodną mgiełką światła mijanych dworców - to nasze lampki nocne, światełka nadziei w morzu nieprzeniknionej wrześniowej nocy. Szum świata, stukot pociągu - melodia kołysanki... Jak niewiele trzeba, by stworzyć sobie namiastkę bezpiecznego domu.
Ludzie boją się sypiać w nocnych pociągach. Wsiadają do nich niepewni, przestraszeni legendami o złodziejach zaopatrzonych w gaz usypiający i inne niebezpieczne środki. Nerwowo rozkładają walizki na półkach, przyciskają do piersi saszetki z pieniędzmi i zastygają na swoich miejscach, wpatrzeni w groźne oczy nocy, czasami odgradzając się od nich książką lub słuchawkami pełnymi muzyki dnia. Niekiedy ratują się rozmową, odganiając sen żartami, anegdotami lub plotkami. Oszukują czas, racząc się kanapkami przeznaczonymi na śniadanie. Blefują nieudolnie - byle nie zasnąć...
Ludzie boją się sypiać w nocnych pociągach. Wsiadają do nich niepewni, przestraszeni legendami o złodziejach zaopatrzonych w gaz usypiający i inne niebezpieczne środki. Nerwowo rozkładają walizki na półkach, przyciskają do piersi saszetki z pieniędzmi i zastygają na swoich miejscach, wpatrzeni w groźne oczy nocy, czasami odgradzając się od nich książką lub słuchawkami pełnymi muzyki dnia. Niekiedy ratują się rozmową, odganiając sen żartami, anegdotami lub plotkami. Oszukują czas, racząc się kanapkami przeznaczonymi na śniadanie. Blefują nieudolnie - byle nie zasnąć...
piątek, 17 sierpnia 2012
Gra walizkowa
Podobno praktyka czyni mistrzem... Poddaję to twierdzenie w wątpliwość za każdym razem, gdy przychodzi mi zmierzyć się z wyzwaniem pakowania walizki czy plecaka. Zdarza się to dość często - a to wypad z Krakowa do Grodziska, a to z Grodziska do Poznania czy Lublina, a to nad Jezioro Rożnowskie albo do Wrocławia... Uwielbiam takie podróże, w końcu to ja, Jaś Wędrowniczek! Jednak pakowanie chętnie bym scedowała na kogoś innego - niech mnie ten ktoś wyręczy, ja nie lubię! Nie lubię i już!
Dawniej, w czasach szkolnych wycieczek, była to dla mnie prawdziwa przyjemność i rytuał, do którego przygotowywałam się co najmniej na tydzień przed wyjazdem do Karpacza czy Kłodzka, gromadząc potrzebne rzeczy, segregując je i selekcjonując... Bo pakowanie oznaczało zbliżającą się wspaniałą podróż i przygodę - choćby pod okiem wychowawcy. ;-) Gdy w moi pokoju pojawiał się wysłużony plecak pożyczany na takie okazje od kuzynów, wiedziałam już, że mogę zacząć finalne odliczanie do wycieczki. A że w tamtych zamierzchłych czasach podróże były to dla mnie jedyne wyprawy - na wakacje rodzinne nad morze czy zagranicę nie jeździliśmy, nigdy nie było na to kasy ani czasu - celebrowałam każdy moment przygotowań.
Dawniej, w czasach szkolnych wycieczek, była to dla mnie prawdziwa przyjemność i rytuał, do którego przygotowywałam się co najmniej na tydzień przed wyjazdem do Karpacza czy Kłodzka, gromadząc potrzebne rzeczy, segregując je i selekcjonując... Bo pakowanie oznaczało zbliżającą się wspaniałą podróż i przygodę - choćby pod okiem wychowawcy. ;-) Gdy w moi pokoju pojawiał się wysłużony plecak pożyczany na takie okazje od kuzynów, wiedziałam już, że mogę zacząć finalne odliczanie do wycieczki. A że w tamtych zamierzchłych czasach podróże były to dla mnie jedyne wyprawy - na wakacje rodzinne nad morze czy zagranicę nie jeździliśmy, nigdy nie było na to kasy ani czasu - celebrowałam każdy moment przygotowań.
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
Intuicja - czyli o tym, jak się kiedyś pomyliłam w szkolnym wypracowaniu...
Mój polonista w liceum ekonomicznym - niezapomniany pan Jarek Cz. (nigdy za mną nie przepadał, ale mimo to wspominam go z umiarkowanym sentymentem) - słynął z niekonwencjonalnego stylu prowadzenia lekcji i z nietypowych tematów wypracowań. Do dziś mam w swoim tajnym archiwum grubą tekę pełną zapisanego drobnym, regularnym pismem (kiedyś MIAŁAM ładne pismo, teraz to najwyżej mogę sobie dobrać ładną czcionkę...) papieru kancelaryjnego. I czasem zaglądam sobie do niej, żeby przekonać się, o czym myślałam i jakie nachodziły mnie pomysły w tych szalonych, nastoletnich czasach...
Ostatnio rzucił mi się w oczy arkusz z tematem, który sprawił mi ogromny kłopot - pamiętam to doskonale nawet teraz, choć minęła już ponad dekada od chwili, w której obgryzałam skuwkę długopisu nad czystą kartką papieru, męcząc się straszliwie.
Myślę, więc jestem.
Czuję, więc jestem.
Działam, więc jestem.
Wskaż, które z twierdzeń najlepiej charakteryzuje Twoją postawę i uzasadnij swój wybór, przywołując również stosowne teksty kultury.
Tak mniej więcej (odtwarzam tytuł z pamięci, bo tu - w Krakowie - nie mam mojej tajnej teczki pod ręką) brzmiało polecenie pana Jarka. A co wybrałam?
Ostatnio rzucił mi się w oczy arkusz z tematem, który sprawił mi ogromny kłopot - pamiętam to doskonale nawet teraz, choć minęła już ponad dekada od chwili, w której obgryzałam skuwkę długopisu nad czystą kartką papieru, męcząc się straszliwie.
Myślę, więc jestem.
Czuję, więc jestem.
Działam, więc jestem.
Wskaż, które z twierdzeń najlepiej charakteryzuje Twoją postawę i uzasadnij swój wybór, przywołując również stosowne teksty kultury.
Tak mniej więcej (odtwarzam tytuł z pamięci, bo tu - w Krakowie - nie mam mojej tajnej teczki pod ręką) brzmiało polecenie pana Jarka. A co wybrałam?
środa, 11 lipca 2012
Wtorek jak worek... z niespodziankami
Wspominałam już pewnie niejeden raz, że nie przepadam za dziennymi przejażdżkami pociągiem - znacznie bardziej wolę podróżować nocą, zwłaszcza ze względu na to, że - niczym pies Pawłowa na dzwonek - reaguję na kołysanie i charakterystyczny pociągowy stukot odruchem warunkowym - w moim wypadku: natychmiastowym niemal zapadnięciem w drzemkę. Cóż, nie zawsze się to udaje - w tym tygodniu ze zgrozą odkryłam, że mój ulubiony nocny pociąg relacji Świnoujście-Przemyśl zniknął z rozkładów. No i trzeba się było tłuc w dzień... Mogłam się domyślić, że los zgotuje mi z tej okazji kilka innych, bonusowych niespodzianek, przekształcając najniewinniejszy na świecie dzień w prawdziwy worek niespodzianek. Nie zawsze przyjemnych...
Zaczęło się od porannego poczucia, że coś wisi w powietrzu. I nie była to - dla odmiany - burza. Wisiała migrena, która tuż po porannej kawie raczyła zapowiedzieć mi swe przyjście serią tzw. mroczków (słynni bracia Mroczkowie z "M jak Mdłości" nie mają z tym nic wspólnego, choć reaguję na ich widok na ekranie równie źle...). Latające przed oczami plamki, układające się w kalejdoskopowe wzory, mogłyby nawet być zabawne, gdyby nie fakt, że zwykle poprzedzają one u mnie atak bólu głowy, mdłości i światłowstrętu zwany potocznie migreną - tudzież, staroświecko: globusem.
Zaczęło się od porannego poczucia, że coś wisi w powietrzu. I nie była to - dla odmiany - burza. Wisiała migrena, która tuż po porannej kawie raczyła zapowiedzieć mi swe przyjście serią tzw. mroczków (słynni bracia Mroczkowie z "M jak Mdłości" nie mają z tym nic wspólnego, choć reaguję na ich widok na ekranie równie źle...). Latające przed oczami plamki, układające się w kalejdoskopowe wzory, mogłyby nawet być zabawne, gdyby nie fakt, że zwykle poprzedzają one u mnie atak bólu głowy, mdłości i światłowstrętu zwany potocznie migreną - tudzież, staroświecko: globusem.
poniedziałek, 28 maja 2012
Nawet Wiedźma miewa pecha ;-)
Nie wierzę w pecha. Z uporem maniaka zachodzę drogę czarnym kotom, tłukę lustra tak często, że nawet nie liczę sumy tych kolejnych siedmioleci nieszczęść (cóż, przyszłość przynajmniej wydaje się przewidywalna...), a piątki trzynastego celebruję z prawdziwą przyjemnością. Jednak nawet mnie, Wiedźmę patentowaną, nawiedza niekiedy pech. Przyłazi, wskakuje na plecy i nijak nie chce z nich zleźć, choć staram się z całych sił, by go z siebie strząsnąć. A figę!
Właśnie taki peszek przyczepił się do mnie w ostatni piątek, chociaż z początku nic nie zapowiadało jego wizyty...
Zaczęło się przyjemnie. Wyspałam się, spakowałam manatki na weekendową wizytę we Wrocławiu (zaliczyłam ostatnio pod rząd dwa świetne i intensywne weekendy w stolicy Dolnego Śląska, a to malując ściany, a to plażując, a to zadając się z Kleszczami - ech, cudnie było), a później z plecakiem na grzbiecie wyruszyłam dzielnie w stronę przystanku, by zawitać do pracy nieco wcześniej i móc dzięki temu również nieco wcześniej rozpocząć celebrowanie czasu wolnego. No i się zaczęło...
Właśnie taki peszek przyczepił się do mnie w ostatni piątek, chociaż z początku nic nie zapowiadało jego wizyty...
Zaczęło się przyjemnie. Wyspałam się, spakowałam manatki na weekendową wizytę we Wrocławiu (zaliczyłam ostatnio pod rząd dwa świetne i intensywne weekendy w stolicy Dolnego Śląska, a to malując ściany, a to plażując, a to zadając się z Kleszczami - ech, cudnie było), a później z plecakiem na grzbiecie wyruszyłam dzielnie w stronę przystanku, by zawitać do pracy nieco wcześniej i móc dzięki temu również nieco wcześniej rozpocząć celebrowanie czasu wolnego. No i się zaczęło...
poniedziałek, 7 maja 2012
Nulek - najgorszy klucznik świata
Aj, Nulek, Nulek... Czy ty się znów przypadkiem nie pakujesz w kłopoty? Zawsze twierdziłaś, że lubisz sytuacje proste i jasne, jak trasa między Wrocławiem a Krakowem, którą dziś znów pokonałaś w ekspresowym tempie, ścigając się ze zmęczeniem... A mimo to głową naprzód, na ślepo, ładujesz się znów w coś, czego nie potrafisz - a może nie chcesz - nazywać. I kluczysz, kluczysz, byle tylko nie odsłonić swoich kart i swoich prawdziwych uczuć. Zmęczenie - to z autostrady - minęło jak ręką odjął, ustępując kolejnemu dyżurnemu przy Twojej głowie - wiernemu jak pies niepokojowi.
Taka byłaś zawsze, odkąd pamiętam. Rozpaczliwie próbując nadać swojemu światu pozory równowagi, potrafiłaś dokonywać cudów w dziedzinie słownej akrobatyki, byle tylko ominąć niewygodny - dla Ciebie lub innych - temat. "Lanie wody" - tak to określał Twój pan od polskiego w liceum. "Wrodzona dyplomacja" - twierdzili autorzy Twoich horoskopów (Waga, w dodatku z pierwszego dnia jesieni - taktowna, dyskretna, unikająca konfrontacji, ceniąca harmonię, nawet kosztem prawdy?). "Tchórzostwo" - tak w końcu zaczęłaś nazywać to sama.
Taka byłaś zawsze, odkąd pamiętam. Rozpaczliwie próbując nadać swojemu światu pozory równowagi, potrafiłaś dokonywać cudów w dziedzinie słownej akrobatyki, byle tylko ominąć niewygodny - dla Ciebie lub innych - temat. "Lanie wody" - tak to określał Twój pan od polskiego w liceum. "Wrodzona dyplomacja" - twierdzili autorzy Twoich horoskopów (Waga, w dodatku z pierwszego dnia jesieni - taktowna, dyskretna, unikająca konfrontacji, ceniąca harmonię, nawet kosztem prawdy?). "Tchórzostwo" - tak w końcu zaczęłaś nazywać to sama.
środa, 25 kwietnia 2012
Siła przyzwyczajenia. Rzecz o zdradzie, automobilach i nie tylko
Jak ja łatwo przyzwyczajam się do luksusu! Nieważne, czy ten luksus to nowy samochód, wygodniejsze mieszkanie, sukienka zamiast starych dżinsów czy może... drugi człowiek. Wystarcza mi kilka dni i cichcem, chyłkiem zdradzam samą siebie, swoją dawniejszą wersję, która mówiła: "Nie, nie, mnie to niepotrzebne, ja sobie doskonale radzę, poprzestając na tym, co mam, co mi już dano". Farsa...
Ostatnio ofiarą takiej właśnie zdrady padła moja biedna, kochana Biała Strzała. A wszystko przez szefów, którzy oznajmili mi radośnie jakiś czas temu, że powinnam pojechać na Targi Wydawców Katolickich do Warszawy służbowym samochodem. I... pojechałam.
Dowcip polega na tym, że auto, które mi przydzielono, to Volkswagen Touran. Sporawy, rzekłabym. Zwłaszcza w porównaniu z moim miniaturowym, kochanym Cinquecento. Przyznam, że zasiadając po raz pierwszy na fotelu kierowcy tego giganta, spanikowałam. Przyciski, wajchy, wskaźniki na elektronicznym wyświetlaczu, podgrzewane siedzenia i ogrom przestrzeni w środku... jak ja tym będę jeździć? Ja, przyzwyczajona do zwrotnego i wszędzie mieszczącego się Fiatka?
piątek, 30 marca 2012
Wielkanoc w domu
Tak, jadę do domu na Wielkanoc - to oświadczenie z mojej strony wywołało co najmniej zdziwienie na twarzach kilkorga znajomych, którzy w ostatnim czasie zapytali mnie o moje plany na początek kwietnia. Pół tysiąca kilometrów do przebycia w jedną stronę, kilka godzin intensywnej jazdy Białą Strzałą, tylko po to, by po zaledwie kilku dniach wrócić do Krakowa. Czy mi się opłaca? Pewnie nie - paliwo kosztuje, a i wysiłek jest niebagatelny - tych kilka godzin skupienia za kółkiem, najprawdopodobniej poprzedzonych kilkoma godzinami w pracy. Ale przecież nie o to chodzi...
Może nie jestem jeszcze na tyle dorosła, by całkowicie odciąć się od domu rodzinnego i zdecydować na samotne święta w Krakowie? Czasem kusi mnie wprawdzie myśl, żeby właśnie w te wolne, świąteczne dni wyjechać gdzieś i po prostu pobyć tylko ze sobą. Przemyśleć kilka spraw na spokojnie i w ciszy... Ale przecież ja właśnie na co dzień jestem sama i mam dość czasu na myślenie i kontemplowanie tej pustki moich 33 mkw.
poniedziałek, 26 marca 2012
Refleksje Jasia Wędrowniczka z PKP w tle
Weekendowe podróże pociągiem - już prawie zapomniałam, jak to jest, od kiedy mam pod ręką moją ukochaną Białą Strzałę. Gdzież te czasy, gdy co drugi lub co trzeci tydzień wskakiwałam do pospiesznego i gnałam po 500 kilometrów, by spędzić choć trochę czasu z rodziną i chłopakiem, który został w rodzinnym mieście, gdy tymczasem ja podbijałam Kraków... Minęło kilka lat, dom rodzinny odwiedzam teraz najwyżej 5-6 razy w roku, po tamtym wieloletnim związku zostało mi trochę sentymentu i dobrych wspomnień, a pociągi... cóż, pociągi zamieniłam na moją małą limuzynę. :-)
Wystarczyło jednak, że usłyszałam charakterystyczny stukot, poczułam typowo pociągowe kołysanie, a wspomnienia dawnych wycieczek wróciły ze zdwojoną mocą. Przy okazji zaś odezwały się też moje stare nawyki. A właściwie - jeden z nich. I właśnie o nim będzie ten wpis.
Podobno każdy z nas ma coś - jakąś pasję, hobby, ulubioną czynność - którą potrafi się zajmować w KAŻDYCH warunkach. Dla jednych będzie to czytanie, dla innych - układanie wierszy, dla jeszcze innych - szydełkowanie... ;) Ja też mam takie swoje ukochane zajęcie, któremu mogę się oddawać bez względu na okoliczności. Zawsze. Wszędzie. I niezależnie od towarzystwa.
To spanie. :-)
czwartek, 22 marca 2012
W co ja się znów pakuję?
Zerkam sobie na listę moich ostatnich postów i dochodzę do wniosku, że miałam karygodną wręcz przerwę w pisaniu - prawie 2 tygodnie... O zgrozo! Toż to prawie jak śmierć w wirtualnym świecie. Cóż jednak zrobić, skoro ostatnie dni spędziłam praktycznie na walizkach? Najpierw wyprawa do Zawoi, później wizyta we Wrocławiu, a teraz powolne przygotowania do wycieczki do Warszawy... Plecak, który zazwyczaj zalega głęboko w szafie, teraz leży, rozbebeszony, na fotelu - nie opłaca mi się go chować na kilka marnych dni, skoro czas od poniedziałku do piątku pomyka tak rączo, że nawet nie zauważam jego upływu...
Podróżnicze problemy z kalendarzem
Dziś na przykład mamy - jak wynika ze skomplikowanych obliczeń, które przeprowadziłam o poranku - czwartek, drugi dzień wiosny, A.D. 2012 (chyba nie mam AŻ TAKICH dziur w pamięci). Zatem pojutrze rano jadę do stolicy, zajrzeć w miejsca, które kilka lat temu były mi dość bliskie, a które później - z wielu względów - przestałam odwiedzać. Ot, kolejna podróż sentymentalna. I szansa, żeby pobyć przez kilkanaście godzin z kimś, kto w moim życiu stał się ważnym kamieniem milowym i kto - mimo odległości i milczenia - wydaje się niezmiennie bliski. A może i Muzeum Literatury uda się wreszcie odwiedzić?
Zanim jednak nastąpi upragniony wyjazd, trzeba się będzie spakować. Czeka mnie zatem plecakowa gehenna...
Podróżnicze problemy z kalendarzem
Dziś na przykład mamy - jak wynika ze skomplikowanych obliczeń, które przeprowadziłam o poranku - czwartek, drugi dzień wiosny, A.D. 2012 (chyba nie mam AŻ TAKICH dziur w pamięci). Zatem pojutrze rano jadę do stolicy, zajrzeć w miejsca, które kilka lat temu były mi dość bliskie, a które później - z wielu względów - przestałam odwiedzać. Ot, kolejna podróż sentymentalna. I szansa, żeby pobyć przez kilkanaście godzin z kimś, kto w moim życiu stał się ważnym kamieniem milowym i kto - mimo odległości i milczenia - wydaje się niezmiennie bliski. A może i Muzeum Literatury uda się wreszcie odwiedzić?
Zanim jednak nastąpi upragniony wyjazd, trzeba się będzie spakować. Czeka mnie zatem plecakowa gehenna...
niedziela, 22 stycznia 2012
Drohobycka legenda
Dawno temu w niewielkim ukraińskim mieście żył sobie drobny, nieśmiały człowiek z ogromną wyobraźnią. Urodził się w rodzinie żydowskiej, ale nawet nie znał jidysz i trudno byłoby go nazwać ortodoksyjnym wyznawcą. Mimo to z wielką nadzieją oczekiwał nadejścia Mesjasza.
Uczył też w szkole, by zdobyć środki na utrzymanie. Na zajęciach z techniki, które mu przydzielono, wolał jednak snuć opowieści, które oczarowywały i podbijały serca dzieci, przenosząc małych drohobyckich łobuziaków do niezwykłego świata baśni i fantazji. W tych historiach wszystko było możliwe - szewc zmieniał się w swój zydel, a dorożkarski koń nagle, ni stąd, ni zowąd, okazywał się zabawką...
Uczył też w szkole, by zdobyć środki na utrzymanie. Na zajęciach z techniki, które mu przydzielono, wolał jednak snuć opowieści, które oczarowywały i podbijały serca dzieci, przenosząc małych drohobyckich łobuziaków do niezwykłego świata baśni i fantazji. W tych historiach wszystko było możliwe - szewc zmieniał się w swój zydel, a dorożkarski koń nagle, ni stąd, ni zowąd, okazywał się zabawką...
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Rzecz o śniegu, nerwach i Jasiu Wędrowniczku w świętokrzyskim rowie
No to miałam wczoraj przygodę... ;-)
A wszystko przez opisany już wcześniej "syndrom Jasia Wędrowniczka". Zachciało mi się mianowicie wycieczki do Tokarni, do skansenu, który tyle razy mijałam w drodze z lub do Warszawy, ale jakoś nigdy nie miałam czasu, by się zatrzymać i zajrzeć do środka. Wyprawa została zaplanowana na wczorajszą niedzielę, ba, znalazł się nawet przewodnik. ;-) Nawet padający śnieg, który w ten weekend najwyraźniej postanowił nadrobić zaległości z całej tej wyjątkowo ciepłej zimy, nie zdołał mnie powstrzymać przed 100-kilometrową wycieczką. Przypuszczam zresztą, że już niebawem w słownikach hasło "ośli upór" zostanie zastąpione "wiedźmowym uporem"...
Ruszyłam zatem, kalkulując, że trzeba będzie jechać powoli ze względu na złośliwość aury. I całe szczęście, że wykalkulowałam sobie tę ostrożność, bo bardzo mi się w okolicach Chęcin przydała.
niedziela, 8 stycznia 2012
Jaś Wędrowniczek
Zupełnie nie znam się na alkoholach, zwłaszcza tych "męskich", jak na przykład whisky. Ale jest jedna marka, która kojarzy mi się bardzo pozytywnie. To Johnnie Walker. ;-) Dlaczego?
Geneza nazwy
Nie chodzi bynajmniej o wspomnienia związane z sączeniem tegoż trunku. Po prostu mnie samej od czasu do czasu załącza się w mózgu coś, co nazywam roboczo "syndromem Jasia Wędrowniczka". A wtedy strzeżcie się wszyscy, którzy zechcielibyście mnie powstrzymać przed wyruszeniem w świat na wzór Włóczykija z "Muminków"!
Geneza nazwy
Nie chodzi bynajmniej o wspomnienia związane z sączeniem tegoż trunku. Po prostu mnie samej od czasu do czasu załącza się w mózgu coś, co nazywam roboczo "syndromem Jasia Wędrowniczka". A wtedy strzeżcie się wszyscy, którzy zechcielibyście mnie powstrzymać przed wyruszeniem w świat na wzór Włóczykija z "Muminków"!
Subskrybuj:
Posty (Atom)