Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 października 2012

"Jak marzną mi paluszki..."

Jest taka piosneczka Grzegorza Turnaua o śniegu i marznących paluszkach. Wracałam dziś do domu taksówką, nucąc ją sobie pod nosem i z zachwytem przyglądając się prószącym z nieba coraz mocniej płatkom bieli. Tak, to już. Pierwszy śnieg. I pierwszy mróz.

Zawsze, gdy przychodzi ta chwila, przypominam sobie radość, jaką odczuwałam jako dziecko na widok pierwszych płatków. Nie zdawałam sobie wówczas sprawy z tego, że śnieg oznacza też konieczność:
- zmiany opon na zimowe,
- odśnieżania chodnika i auta,
- uważania na to, gdzie się idzie, bo tak łatwo przecież się poślizgnąć,
- cieplejszego opatulania się,
- włączania ogrzewania i... płacenia za nie,
- wystawiania nosa, a czasami także i palców na niezbyt sprzyjające zmarzluchom warunki atmosferyczne.

Nie, jako dziecię ledwo co odrosłe od ziemi po prostu cieszyłam się tą chwilą, marząc o sankach, bałwanach i nieskalanej bieli litościwie pokrywającej brzydotę świata. I wiecie co? Ta radość gdzieś tam we mnie tkwi do dziś. :-) Nie zniknęła, nie poszła sobie, tak jak wiele innych dziecinnych pomysłów i przeżyć. Wystarczy złapać na język pierwszy zauważony w powietrzu okruszek bieli - i wszystko wraca. :-)

Wróciło i dziś, kiedy - spacerując po Kazimierzu z przyjaciółmi - zima przypuściła na Kraków swój pierwszy, jakże jeszcze nieśmiały szturm. Miałam szczęście - mogliśmy się tym śniegiem uradować wspólnie...

I tylko taksówkarz śmiał się ze mnie, mówiąc: "Pani to chyba zakochana, że tak śpiewa...".
A przecież to tylko śnieg... :-)

wtorek, 28 sierpnia 2012

Przyjaźń damsko-męska i inne baśnie...

W grodziskiej bibliotece, do której zapisałam się na początku podstawówki - a właściwie zapisała mnie mama, chcąc sobie zapewnić odrobinę świętego spokoju - w oddziale dziecięcym była taka specjalna półka z baśniami i mitami różnych narodów. Ach, jak ja kochałam te książeczki, Pani Ola, bibliotekarka, nie mogła się nadziwić mojemu zapałowi czytelniczemu, a ja? Ja odkrywałam na nowo Andersena, przerażałam się wizjami braci Grimm, poznawałam baśnie czeskie, niemieckie, rosyjskie i ukraińskie, porównywałam mity greckie w ujęciu Markowskiej i Parandowskiego... Nieważne, że nie wszystko rozumiałam (zwłaszcza w mitach) - to była fascynująca podróż przez krainę pełną literackich czarów, w które wierzyłam święcie.

Ta wiara w baśnie i sentyment do mitów pozostały we mnie do dziś. Trzytomowy komplet Andersena pyszni się dumnie na półkach - jeden w Grodzisku, jeden w Krakowie (Jones, wiem, że masz mój pierwszy tom, zołzo!). Parandowski na półce przytula się do Markowskiej i Kubiaka, podpartych z drugiej strony Stabryłą. I tylko w jedną bajkę uwierzyć jakoś nie potrafię. To znana na wszystkich kontynentach baśń o przyjaźni męsko-damskiej tudzież damsko-męskiej.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Trudna sztuka powagi

Co jakiś czas możemy usłyszeć w mediach, że Polacy to naród uwielbiający narzekać. Czy rzeczywiście jesteśmy takimi marudami? Czy faktycznie na niewinne pytanie "Co słychać?" odpowiadamy zazwyczaj litanią pretensji, wyrzucając z siebie niczym gejzer kolejne fale rozgoryczenia, smutku i złości? A może ten stereotyp dotyczy wyłącznie starszych pokoleń - tych, które równie stereotypowo gloryfikują teraz czasy komunizmu, twierdząc, że dawniej żyło się lepiej (jakby psychologowie już dawno temu nie udowodnili, że to po prostu nasz mózg woli zapamiętywać z przeszłości dobre rzeczy, a kasować te złe)?

Moje pokolenie, atakowane zewsząd propagandą sukcesu i amerykańskimi filmami familijnymi ("Hi, how are you?", "Thanks, I'm fine! And you?" "Fine, great, wonderful! Thanks!"), chyba już tak otwarcie narzekać nie potrafi. A może tylko tak mi się wydaje, bo opieram się na własnych wrażeniach i przeżyciach? Może to kwestia wychowania?

Moi rodzice nauczyli mnie jednego: że muszę sobie w każdej sytuacji radzić sama. Pisałam już kiedyś o moim "zosiosamosizmie". Coraz częściej łapię się jednak na tym, że owa samodzielność i ambicja, by z każdym problemem radzić sobie samodzielnie, to nie wszystkie objawy mojego "skrzywienia". Problem pojawia się nawet wtedy, kiedy trzeba pogadać o... problemach właśnie.

piątek, 8 czerwca 2012

Atak mizantropii

Miewam niekiedy nieprzyjemne ataki mizantropii. Nadchodzą bez zapowiedzi i na kilka godzin - lub dni - wykluczają mnie ze wszelkich kręgów towarzyskich. Dzieje się to nagle - ot, czyjeś słowo, gest, żart trafiają niespodziewanie w czuły punkt (który jeszcze wczoraj wcale czułym punktem być nie musiał) i najzwyczajniej w świecie - zaczynają boleć. 

Nie obrażam się wtedy. Po prostu na chwilę znikam, żeby nie dawać moim bliskim odczuć, że to przez nich, i by nie eskalować tej sytuacji do jakichś przesadnych rozmiarów. Bo to przecież nie tak. TO - cały problem, cała ta drażliwość - tkwi we mnie. A z biegiem lat stan się pogarsza... Odczuwam to coraz boleśniej. Jak wczoraj i dziś.


poniedziałek, 4 czerwca 2012

Weekendowe migawki. Cień

Jeśli pamięć jest jak aparat fotograficzny, to moja najwyraźniej została wyposażona w dodatkowe funkcje, utrwalające nie tylko obrazy, ale też zapachy, dźwięki, uczucia i smaki. Uwieczniam tym aparatem najważniejsze chwile, tak dokładnie, że nawet po latach mogę odtworzyć je precyzyjnie w dowolnym momencie. Miniony weekend przyniósł mi mnóstwo takich cudownych migawek. Były wśród nich scenki towarzysko rodzajowe - z Poznania przyjechał dawno niewidziany Oregano, na chwilę przed odlotem na miotle do Niemiec zajrzała Wiedźma Joasia, była Ania z Warszawy, pojawiło się też kilka nowych twarzy; były biesiady, długie rozmowy przy piwie i winie, martwa natura z ciastem cynamonowym i domową pizzą, nowohuckie oraz podziemne pejzaże...

Ale - prócz tych dużych kompozycji - w moich pamięciowych zbiorach znajdą się też urocze drobiazgi, obrazki maleńkie jak miniaturki malowane przez Jana Stanisławskiego. Jeden z nich notuję sobie tutaj. Niech trwa.


piątek, 10 lutego 2012

Post poniekąd ornitologiczny

Już pewnie nie pamiętasz, kiedy po raz pierwszy pojawiło się uczucie, że coś jest nie tak. Coś nie pasuje. Czy przyszło ono nagle, czy może zanosiło się na nie od dawna? Co czułaś? Rozczarowanie? Wstyd? Gniew? Czy tylko zaskoczenie? 
Odświeżę Ci pamięć. 

Miałaś wtedy jakieś 8 lat. Rozczochrana mała chłopczyca z wiecznie porozbijanymi kolanami, zapamiętała wielbicielka "Policjantów z Miami" i zabawy w podchody. Do kompletu - młodsza siostra, 2-letni pucołowaty aniołek z wielkimi niebieskimi oczkami oraz brązowymi lokami dookoła kształtnej główki. 

Jesteście z tatą w wypożyczalni filmów video. Stoicie obok półki z bajkami. Mała zapatrzona w kolorowe obrazki - jest początek lat 90. XX wieku, feeria kolorów to wciąż zjawisko nowe i fascynujące po latach peerelowskiej szaroburości. Trudno jednak skupić się na chłonięciu wzrokiem tej enklawy zachodniego kolorystycznego dobrobytu, bo ni stąd, ni zowąd podchodzi do Was właścicielka wypożyczalni. Podchodzi, kuca i zaczyna zachwycać się małą - jakież to śliczne dziecko, a te oczka, a ta buźka, a te loczki, a te policzki, masz dziecko kolorowaneczkę, taka śliczna jesteś, no masz, nie wstydź się, taki aniołeczek uroczy...


niedziela, 22 stycznia 2012

Poważniej. List do Ciebie

"Potrzebny mi jest towarzysz. Potrzebna mi jest bliskość pokrewnego człowieka. Pragnę jakiejś poręki świata wewnętrznego, którego istnienie postuluję. Wciąż tylko trzymać go na własnej wierze, dźwigać go wbrew wszystkiemu siłą swej przekory – jest trudem i udręką Atlasa. Czasem zdaje mi się, że tym wytężonym ges­tem dźwigania trzymam nic na swoich barkach. Chciałbym móc na chwilę złożyć ten ciężar na czyichś ramionach, rozprostować kark i spojrzeć na to, co dźwigałem".


(Bruno Schulz, list do Tadeusza Brezy)


Czy zdarza Ci się, że trafiasz na czyjeś słowa, które dotykają głęboko, najgłębiej... zupełnie, jakby to Tobie wymknęły się one w chwili nieuwagi, wprost z serca, niechcący, i teraz powracają doskonale odbitym echem? W 1934 roku Bruno Schulz napisał taki właśnie list. Kilkadziesiąt lat później, po raz pierwszy wczytując się w korespondencję czarodzieja z Drohobycza, natknęłam się na zacytowane wyżej zdania i nagle - w zaciszu opustoszałej poznańskiej biblioteki - poczułam, jakby ktoś położył mi na ramieniu dłoń, takim poufałym, pełnym czułości gestem, na jaki mogą zdobyć się jedynie bardzo bliscy sobie ludzie.