Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierwsze kroki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierwsze kroki. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 września 2015

Potwór spod łóżka

Skrzynia na pościel pachnie kurzem, który gromadzi się nocą na snach, a później, zmieciony z nich pierwszą falą poranka, opada właśnie tutaj, pod tapczan, osiadając na uwięzionych w ciepłej i poskrzypującej miarowo ciemności prześcieradłach, poszewkach, kocach... Nie ma tu światła ani świata. Nawet czas boi się zaglądać do środka, żeby nie przepaść na zawsze wśród smutnych resztek nocnych rojeń. 

A może to mnie się obawia?

Jestem przecież potworem spod łóżka.

Niewiele mam wspólnego z osławionymi i nieuchwytnymi cieniami rodem z dziecięcej wyobraźni. Nie błąkam się na granicy jawy i snu, nie przegoni mnie blask nocnej lampki ani uspokajające głosy rodziców. Ja istnieję. Namacalnie. Tu i teraz. A moja miękkość i delikatność to tylko pozory. Pod nimi kryje się prawda - twarda, gładka, bezlitosna. To właśnie za nią skazano mnie na banicję. 

Początek mojej historii przypomina piękną baśń: opowieść o dwóch siostrach, bliźniaczkach, które wiodły szczęśliwe życie w miękkim królestwie nocy. Naszym przeznaczeniem było służyć wiernie i dobrze ludzkim snom. Ale tylko jedna z nas wypełniła swoją misję. Nie ja. Moich usług nikt nie potrzebował. Nie na długo. Nie na stałe.

Pustka, która mnie otaczała, początkowo wydawała się błahostką. Ot, stan przejściowy. Chwila spokoju. Nie wiem, kiedy zmieniła się w oskarżenie. W końcu stała się wyrokiem. 

Przestałam być potrzebna w tej samej chwili, w której swój termin przydatności do przeżycia przekroczyło kilka powierzonych mojej opiece marzeń: o domu, o rodzinie, o standardowej egzystencji zgodnej z wytycznymi ekspertów. Razem z nimi upadłam w mrok. I czaję się tutaj, naga jak prawda, jak wypełniony pierzem wyrzut sumienia.

Jestem przecież potworem, wiem.
Jestem tą drugą, zbędną poduszką.

środa, 1 stycznia 2014

13 pierwszych razów. Refleksja po ostatnim dniu 2013 roku

Gdzie nie spojrzę, tam podsumowania i zestawienia: książek, ciuchów, ludzi, ciąż, rozwodów, wpadek, plotek, diet, postanowień, gier, fryzur i plotek roku... Zestawiane po 10, 50 albo 100 - mają wypełnić luki w nudnawych sylwestrowo-noworocznych serwisach informacyjnych, załatać dziury na porzuconych na czas świąt (albo i dłużej, tak, tak, kajam się tutaj publicznie...) blogach, uzupełnić "kontent" bez większego wysiłku, bo - najczęściej - dzięki stworzonym już wcześniej i tylko odgrzanym oraz okrojonym odpowiednio treściom... ;-) 

Jak Bozię kocham, chciałam uniknąć tego zestawieniowego trendu. Uległam jednak po długiej walce z własnymi zachciankami. Tak, ja też Was skatuję swoim prywatnym i absolutnie subiektywnym podsumowaniem, nadrabiając choć trochę długie tygodnie milczenia. Jeśli więc macie już dość takich końcoworocznych refleksji i wyliczanek, ostrzegam - nie czytajcie reszty tego wpisu. Żeby nie było! :-P

13 PIERWSZYCH RAZÓW W 2013 ROKU
(kolejność przypadkowa)
Prywatny ranking Nulka


Samotny sylwester

Jeśli ktoś mnie zapyta, jak w tym roku spędziłam sylwestra, odpowiem, zadzierając wysoko mój, i tak nieco zadarty, nos, że byłam w teatrze. Brzmi nieźle, tak nobliwie, prawda? Nie minę się przy tym z prawdą, bo naprawdę przesiedziałam dziś w moim ulubionym przybytku sztuki sporo czasu - rano w biurze, wieczorem zaś - na spektaklu, w którym technicznie biorę udział, czyli na "Misterze Barańczaku"...

Teraz zaś siedzę sobie wygodnie na mojej ulubionej kremowej kanapie i popijam wino, prósząc na wszystko dookoła złocistymi drobinkami brokatu (nikt nie umknął dziś naszym garderobianym, uzbrojonym w lakier z tym jakże sylwestrowym dodatkiem...). Tuż obok leżą sobie "Upiory" Jo Nesbø, podczytywane partiami od samego rana. Za oknem coraz liczniejsze wybuchy petard i fajerwerków zwiastują, że już za chwilę kalendarz na ścianie nad łóżkiem straci ważność, a ja przez najbliższe tygodnie będę musiała uważać przy wpisywaniu dat rocznych, by się przypadkiem nie pomylić. 

Otulona ciepłem i muzyką, w samotności żegnam mój pierwszy rok w Poznaniu. 
Dobry, choć niezmiernie trudny rok.

Długo zastanawiałam się, co ze sobą zrobić w ten wieczór. Pojawiło się kilka zaproszeń na imprezy i spotkania, co mnie dość pozytywnie zaskoczyło, bo nie przypuszczałam, że ktokolwiek będzie chciał witać nowy rok w moim towarzystwie. Jednak od jakiegoś czasu narastała we mnie potrzeba spędzenia tego czasu... inaczej. Samotnie. I w spokoju (względnym bo przecież huk petard daje się we znaki wszystkim mieszkańcom tej planety...). W ulubionej pidżamie w serduszka, w kapciach, bez makijażu, wymyślnej fryzury (no, poza tym nieszczęsnym brokatem) i strumieni alkoholu. 

Nie tylko dlatego, że po śmierci babci w sierpniu nie czuję się wciąż jeszcze na siłach, by balować beztrosko na imprezach. Nie tylko dlatego, że wciąż jeszcze nie umiem włożyć na siebie kolorowych ciuchów bez poczucia nieodpowiedniości tego stroju. Nieodpowiedniości - nie dla innych. Dla mnie. 

Nie. 

Chciałam spędzić ten wieczór samotnie, by wreszcie zrobić coś dla siebie, nie dla innych. 

Udało się. Pierwszy raz jestem naprawdę sama w sylwestra. Bez rodziców, bez znajomych czy chłopaka. Sama ze sobą. Sama dla siebie. To całkiem dobre towarzystwo. :-) 

Jutro pokuszę się pewnie o podsumowanie innych pierwszych razów - było ich trochę w 2013 roku. Na razie jednak chcę nacieszyć się samotnością, spokojem i lekturą... Zapracowałam sobie na to solidnie.

...

I już. Stało się. Kanonada na niebie oznajmiła wszystkim dookoła, że nadszedł czas nowych obietnic, postanowień, marzeń i złudzeń. Witajcie w 2014 roku. :-) Niech Wam w nim będzie dobrze, pięknie i owocnie - pod każdym względem! Cokolwiek to dla Was znaczy!

wtorek, 17 lipca 2012

Kruchy świat, kruche szkło...

Moja mała namiastka raju na ziemi cała jest ze szkła. I może odrobinę - z porcelany. Albo z porcelitu, bo i ten się trafi od czasu do czasu. To królestwo kruchości i światła balansującego na nierzeczywistej, niemal niewidzialnej krawędzi między materią a powietrzem. Bajka zastygająca w eleganckich, prostych formach.

Kiedy jest mi źle i obco, wsiadam w autobus, później w tramwaj i w kolejny autobus. I jadę - za siedem gór i rzek. Do sklepu, w którym mogę godzinami przechadzać się po dziale z wyposażeniem kuchennym. Tak, to właśnie mój raj: granice wyznaczają z jednej strony dostojne komplety obiadowe, z drugiej zaś - kieliszki do wina upozowane jak baletnice na doskonale delikatnych nóżkach.

wtorek, 3 stycznia 2012

Pierwsze kroki - dopowiedzenie

Zaczęłam wczoraj od bardzo dosłownego opisu pierwszego kroku - i to bynajmniej nie w chmurach, a na chłodnej, niezbyt przyjaznej stopom podłodze - nie bez powodu. Po pierwsze - sam początek roku sprzyja podobnym rozważaniom - wszyscy dookoła trąbią głośno o swoich noworocznych postanowieniach, o podejmowanych inicjatywach, nowych pomysłach na życie, na siebie, czy choćby na fryzurę... ;-) Po drugie - ten temat, w nieco innym ujęciu, przewija się ostatnio w niemal wszystkich moich rozmowach z bliskimi. A przynajmniej - w tych poważnych rozmowach (tak, zdarza mi się takowe prowadzić!).

Sęk w tym, że nie jestem mistrzynią w wykonywaniu takich gestów (czas pokaże, czy w wypadku tego bloga będzie inaczej - chęci mam szczere, ale czy ich wystarczy?).



poniedziałek, 2 stycznia 2012

Kilka słów o pierwszych krokach

Wysuwam ostrożnie stopę, ze zniecierpliwienia przebierając palcami skrytymi w kolorowej skarpetce. Powoli rozcinam nią powietrze, prostując rozleniwione kolano. Nad podłogą zawisa niepewny cień mojej kończyny zwieńczonej solidnym rozmiarem 41,5. ;-) Zastygam w bezruchu.


Zrobić?
Nie zrobić?


W końcu stęskniona stopa spotyka się z cieniem na chłodnych deskach. Wiwat! Pierwszy krok wykonany.
Tylko... co teraz?


I tak to właśnie jest z moimi pierwszymi krokami. 
Wykonuję je zwykle z mniejszym lub większym entuzjazmem i wprost proporcjonalnym zdenerwowaniem. Czy się uda? A co, jeśli nie? Jeśli się zbłaźnię? Przewrócę? Stanę krzywo, niezgrabnie? Uszkodzę stopę albo przydepnę komuś palce (a trochę ważę)? I co dalej? Co dalej? Czy mam czekać na odpowiedź świata, w kierunku którego przecież poczyniłam ów spektakularny pierwszy kroczek? Czy może zrobić drugi, trzeci... dziesiąty? Jak rozpoznać, które wyjście jest właściwe?