Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 grudnia 2015

Efekt gołębia!

Anegdotę o trzepocie skrzydeł motyla w Massachusetts, który wywołać może burzę w Szczebrzeszynie, zna chyba każdy - jeśli nie z opracowań dotyczących teorii chaosu, to z głośnego filmu z Ashtonem Kutcherem. No, ewentualnie z "Motyliady" Grzegorza Turnaua i Basi Gąsienicy-Giewont - całkiem przyjemnej piosneczki poświęconej innemu badaczowi chaosu - prof. Marianowi Mrozkowi.

Motyl - stworzonko piękne i pełne gracji - idealnie wpasował się w historyjkę, łącząc naukę z poezją. 


No, ale... nie każdy zasłużył sobie na motyla.

Są bowiem na tym świecie jednostki tak ponure, tak przyziemne, tak pozbawione poezji i - nomen omen - polotu, że los (a może - chaos?) nie chce na nie marnować subtelnych symboli. Pewnie dlatego zamiast efektu motyla doznałam dziś... efektu gołębia.

sobota, 10 października 2015

Klaksony

Kiedy wczoraj wieczorem po dyżurze w kabinie na moich ulubionych "Dziadach" wskoczyłam do auta, by pomknąć nim przez noc prosto do rodzinnego domu, nie przypuszczałam, że Mysza, ta poczciwa staruszka płynąca miękko po pustej szosie przy łagodnych dźwiękach "Poduszkowca" w Radio Merkury, w ciągu zaledwie dwunastu godzin zmieni się w prawdziwego demona... A jednak. Wracając dziś z ostatnich w tym roku ogrodniczych zakupów z moją szanowną rodzicielką, miałam okazję przekonać się, że - nawet w tak dobrodusznym stworzeniu jak mój wysłużony wehikuł - czaić się mogą niezgłębione pokłady czystego zła.

Po szybkim shoppingu i nieudanej próbie znalezienia w Grodzisku krzewów czarnej porzeczki (nie drzewek ani innych ogrodowych figli-migli, tylko klasycznych krzaczków... mission impossible, są ponoć niemodne), skoczyłyśmy jeszcze na cmentarz i uporządkować nieco grób dziadków. Nie, żeby był zaniedbany - mama na cmentarzu bywa zwykle co drugi dzień. Po prostu dziś mogłyśmy zajrzeć tam obie.

Lodowaty wiatr dość szybko przegnał nas z cmentarza do samochodu. Zapięłyśmy pasy, odpaliłam silnik, włączyłam światła, radio, myślenie i... nagle usłyszałam klakson. Ale nie jakieś tam trąbnięcie, tylko ciągły sygnał klaksonu, głośny jak syrena alarmowa... 


sobota, 27 czerwca 2015

Wakacyjny niezbędnik 2015

I znów - zamiast pisać - przez ostatnie miesiące zajmowałam się zupełnie innymi sprawami. Już nawet nie chcę się tu usprawiedliwiać. Po co? Stało się. Cisza wybrzmiała. Czas wrócić do świata żywych... a raczej piszących. Niezależnie od tego, czy ktokolwiek na mnie czekał. O! ;-) 

Wracam w wakacyjnym nastroju. Kończy się czerwiec, teatr już we wtorek zamknie sezon genialnym gościnnym koncertem "Wielkie przemówienia", a mnie jeszcze tylko dziś i jutro czeka rozkoszny dyżur w kabinie podczas Rychcikowych "Dziadów". Później - 2 miesiące bez przedstawień, choć nie oznacza to bynajmniej braku zajęć w świecie teatralnej administracji. Będzie jednak spokojniej, a to oznacza solidną porcję relaksu, nadrabiania zaległości (remontowych, książkowych i... ruchowych) oraz cieszenia się. Takiego zwykłego, ludzkiego cieszenia się drobiazgami. :-) 

To właśnie mój plan na wakacje. Zresztą - nie tylko na nie. Przypomnieć sobie, jak to jest, gdy odczuwa się te najprostsze radości - z obserwacji przyrody, z dyndania na hamaku z książką w łapach, z zabawy z psem, z równo pomalowanego kawałka ściany czy udanego wypieku. Bardzo, bardzo już tego potrzebuję - po trudnym, pełnym wyzwań sezonie, po nieciekawych przeżyciach osobistych, po miesiącach z trudem maskowanej apatii.

Do stworzenia tego niezbędnika zainspirował mnie wpis na blogu Nie-Matki Polki. Proste wyzwanie - 7 rzeczy, które mają mi umilić wakacyjne życie. :-) Żadnego pisania o ideach, wielkich marzeniach, żadnego rozdzierania szat...

Myślałam o tym cały wieczór, kilka propozycji - wyśniłam. I dziś mogę już przedstawić swoją listę małych marzeń na lato 2015. Może przy okazji zainspiruję Was do spisania własnych SZCZĘŚLIWYCH SIÓDEMEK? :-)

WAKACYJNY NIEZBĘDNIK NULKA - EDYCJA 2015

1. WIADRO FARBY. Miejsce pierwsze zdecydowanie należy się mojemu niezrealizowanemu marzeniu o... wiaderku farby. Wystarczyłoby pięć litrów cieczy, najlepiej w odcieniu delikatnej, jasnej szarości. Nie, nie zamierzam nikogo nią oblewać, takie happeningi są już zdecydowanie niemodne. Ale chyba już najwyższy czas zrealizować plan odświeżenia mieszkania, które wynajmuję w Poznaniu. Walka z remontem u rodziców pochłonęła większość moich środków finansowych, ale do licha - chyba ja też zasługuję na odrobinę luksusu? Blady, żółty kolorek, tak typowy dla mieszkań z lat 90. XX stulecia i dla klas szkolnych (bo to po taniości...) musi wreszcie zniknąć z mojego życia, a chłodna szarość na pewno pięknie podkreśli ciepły kolor bukowych i wiklinowych mebli. 

2. WNUCZKA DO ORZECHÓW. Nie, to nie nowoczesny sprzęt kuchenny, mający zastąpić poczciwego dziadka. ;-) Odkąd pamiętam, w wakacje zawsze wracam do lektur z młodości. Czasem z sentymentem, czasem - z lękiem, że w lekturze nie odnajdę już dawnych powodów do zachwytów... Jedną z takich budzących lęk lektur jest dla mnie Jeżycjada Małgorzaty Musierowicz. Kiedyś każde lato spędzałam z Borejkami. Teraz - no cóż, pracuję na Jeżycach i codzienne spacery po tej dzielnicy zmieniły nieco mój sposób postrzegania świata wykreowanego w najsłynniejszej poznańskiej sadze rodowej. Może to zresztą tylko... starość? ;-) Mimo wszystko chciałabym podjąć wyzwanie i - wrócić. Sprawdzić, co u Borejków, jak ma się najmłodsze pokolenie i czy seniorzy rodu wciąż odznaczają się niespotykaną żywotnością?

3. WAŁEK DO CIASTA. Opornie mi ostatnimi czasy szło pieczenie - nie było weny, chęci, radości, czasu... Jak przywrócić sobie zdolność wytwarzania kuchennej magii? Myślę, że taki wałek mógłby pomóc. Ma w sobie czar niezbędny przy wszelkich kuchennych zaklęciach! No i jest bezpieczny dla otoczenia - żal nim spuszczać łomot komukolwiek, nawet najbardziej na to zasługującemu łobuzowi. Jeszcze się (wałek, nie łobuz) połamie... ;-) Czuję, że z takim wałkiem mój słodki powrót do kuchennej rzeczywistości zyskałby odpowiednią oprawę!

4. PROSTOKĄTNA TORTOWNICA, czyli po prostu forma do ciasta z odpinanymi bokami, też by pomogła, na bank. I nie dziwcie się, że w wakacje marzy mi się siedzenie w kuchni. Po pierwsze - pogoda na razie skłania raczej do przebywania w ciepłych, przytulnych miejscach. Po drugie - jako rasowa kura domowa po godzinach lubię sobie postać przy garach, czy to latem, czy to zimą... I tworzyć, tworzyć, tworzyć! :-) 

5. NOWY KAPELUSZ. Kto mnie zna, ten wie, że jestem szaloną kapeluszniczką. Kapelusze mają duszę, jeśli tylko dobrze się je traktuje i poświęca się im odpowiednio dużo uwagi. Moja ukochana kolekcja jakoś jednak ostatnio przestała się rozrastać. Może stałam się wybredna? Tak czy siak, muszę poszukać cylindra lub melonika - bo takich okazów brakuje wśród moich toczków, myśliwskich kapelutków i rozmaitych fedor. 

6. KOLCZYKI Z NIETOPERZEM. No ile można się bez nich obywać? Czas najwyższy obwieścić całemu światu moją miłość do Batmana, choć marna ze mnie bat-woman. Prędzej wom-bat. Wombat. Tia... ;-) Ale przynajmniej będzie wombat obkolczykowany! O ile znajdę odpowiedni wzór.

7. DUŻA PIŁKA GIMNASTYCZNA. Bo grubas Nulek musi zacżąć się w końcu ruszać. W domu. I poza domem. Czas zmierzyć się ze światem. Bo ile można się kryć za tą ochronną warstwą tłuszczu, no ile? ;-) 

To właśnie moja szczęśliwa siódemka na wakacje 2015. Żadnych wielkich idei, tylko proste, materialne przyjemności i ułatwiacze życia, które powinny mi przypomnieć, jak to, do kroćset, jest - cieszyć się drobiazgami.

A jako punkt nr 8 dorzucam tu PI-SA-NIE.
Regularne. Lub nie. Koniec z ciszą! :-) 

niedziela, 23 czerwca 2013

Tajna wiadomość - edycja poznańska

Dawno temu w Krakowie... Czy tak już będą zaczynać się wszystkie moje opowieści? Właśnie uświadomiłam sobie, że to naprawdę było dawno temu - niebawem minie już pół roku mojej poznańskiej egzystencji. A zatem - dawno temu, bo w maju 2012 roku, pisałam tu na blogu o pewnej tajnej wiadomości, na którą natknęłam się wieczorem przy Rondzie Matecznego. 

Nie wiedziałam wtedy, czy była to przestroga, czy może zapowiedź świetlanej (nomen omen - kto czytał tamten wpis, ten wie, skąd ta łacina) przyszłości. Aż do dziś. Dziś dostałam kolejny znak.

Bo jak inaczej mogę określić to, że na zorganizowanym w moim teatrze koncercie poświęconym pamięci Jarka Maszewskiego pojawili się ludzie, z których muzyką jeszcze w Krakowie spędziłam setki godzin - tych najlepszych i tych najtrudniejszych?

czwartek, 28 lutego 2013

Luty w pięciu smakach

Uwaga! W dzisiejszym odcinku programu "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie..." zajmiemy się wyjątkowym zniknięciem. Otóż zwiał mi dokądś cały luty!
Sypnął śniegiem, by odwrócić moją uwagę, poszczypał nieco w policzki, zawrócił w głowie parapetówką i urodzinami mojej mamy, i ani się obejrzałam, a już zaczął zwijać swój zimowy interes. Za kilka godzin pewnie znikną po nim wszelkie ślady... a ja zostanę na lodzie. Choć - sądząc po prognozach pogody - raczej w kałuży.

Próbowałam go łapać, ale bezskutecznie. Po prostu przeciekł mi przez palce - jak czas w jednym z moich ulubionych wierszy Haliny Poświatowskiej (pisałam o nim tutaj). Zostało po nim tylko pięć smaków - po jednym na każdy palec. ;-)

środa, 9 stycznia 2013

Za kulisami

No to Nulek zawędrował w zupełnie nowe miejsce - za kulisy pewnego poznańskiego teatru. Od 3 stycznia pracuję tam jako organizatorka pracy artystycznej, w skrócie: OPA (tak, wiem, po niemiecku der Opa to dziadek - czyli pod koniec stycznia czekam na kwiatki, bombonierki i życzenia...). ;-) Właśnie mija pierwszy tydzień mojej aktywności zawodowej na tym zupełnie nieznanym mi polu. I chyba mogę już stwierdzić, że... diablo mi się w owym teatrze podoba.

Może to po prostu magia pracy - po półrocznym bezrobociu pewnie każde zajęcie sprawiłoby mi frajdę. Ale fakt, że mogę pracować w instytucji kultury i że dzieje się dookoła tyle dobrych, pięknych rzeczy, nadaje całej sprawie dodatkowy smaczek. :-) No i sama praca też jest wyjątkowo ciekawa oraz pełna wyzwań - właśnie przymierzam się (z wybitną pomocą bardziej ogarniętych kolegów z pracy) do układania repertuaru na kolejny miesiąc i już widzę, że nie będzie łatwo, a tyle jeszcze innych spraw pozostaje do zrobienia! To właśnie lubię - różnorodność, dynamizm, natłok danych do uporządkowania, leciutki i bardzo mobilizujący stres, telefony, maile, życie z kalendarzem w dłoni... i poczucie, że dokładam swoją cegiełkę do tej skomplikowanej konstrukcji, jaką stanowi każde przedstawienie. :-)

niedziela, 29 stycznia 2012

"W imię Jakuba S." - wyznanie prowincjuszki

Dziewczyny z prowincji lubią teatr. 


Wywozi się je zatem - przyodziane w białe bluzeczki i granatowe spódnice - raz na jakiś czas do miasta wojewódzkiego, oddalonego od ich rodzinnej miejscowości o 50 kilometrów, by mogły - z półotwartymi buziami, z oczami w słup - zakosztować Wielkiej Sztuki. Wsiadają później do autokaru i, nieco oszołomione, nieco senne, ale i lekko napuszone, dumne z tej wizyty w wielkomiejskiej rzeczywistości, wracają do domów, by przy kuchennym stole streszczać zasłuchanym rodzicom i rodzeństwu to, co zdołały sobie przyswoić.


Tak, dziewczyny z prowincji lubią teatr. Gdy jednak przeprowadzają się do wielkich miast na stałe, to lubienie zostaje czasami zastąpione poczuciem obowiązku. Muszą bywać. W knajpach, na koncertach, w teatrach. Im więcej bywają, tym szybciej tracą to, co najcenniejsze - naiwne zadziwienie wszystkim tym, co oglądają na scenach. Szczery zachwyt zastępują melanżem cytatów z najświeższych recenzji i słownikowymi terminami przyswojonymi "w towarzystwie". I galopem nadrabiają zaległości, byle tylko nie wydało się, że nie widziały najnowszej sztuki pana X. i że nie mają pojęcia o skandalu wywołanym na scenie przez panią Y. Nie wypada...