Ironia losu. Dawno, dawno temu byłam święcie przekonana, że - prędzej czy później - wyląduję w szkole jako belfer. Nie przerażała mnie ta wizja, choć też nie sprawiała jakiejś szczególnej przyjemności. Ot, jakaś wersja planu na życie - przyzwoitego, solidnego, z odpowiednią dawką papierkowej roboty i kontaktu z ludźmi, który - mimo towarzyszącej mu wciąż nieśmiałości - lubię.
Plan nie wypalił. Pożyłam trochę. Dorobiłam się innej, ciekawszej, choć i trudniejszej wersji. I jakoś leci. Jakoś.
Ale w przyrodzie nic nie ginie. O nie... Moja niedoszła belferska przeszło-przyszłość postanowiła upomnieć się o swoje prawa, fundując mi porządnego prztyczka w nos. Za karę. Z czystej złośliwości. Z perfidią godną uwiecznienia.
W efekcie dziś to mnie przydałby się nauczyciel.
Mam już serdecznie dość swojego niedoedukowania w pewnych kwestiach.
A że człowiek uczy się ponoć całe życie...
Niniejszym ogłaszam POSZUKIWANIA KOREPETYTORA!
Najlepiej od zaraz. Pilne!
Zakres obowiązków nie jest zbyt skomplikowany.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postanowienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postanowienie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 12 marca 2015
poniedziałek, 5 stycznia 2015
MUZEUM MATERIALIZMU SENTYMENTALNEGO: rok z Myszą
Nie należę do grona fanatyków motoryzacji, którzy godzinami potrafią dyskutować na temat brzmienia silnika, nowego modelu ulubionej marki czy też wyższości diesla nad benzyną. ;-) Nie patrzę z pogardą na znajomych, którzy nie posiadają ani auta, ani dokumentów uprawniających do prowadzenia go. Ale przyznaję - odkąd kilkanaście lat temu udało mi się zdać egzamin na prawo jazdy (tak, tak, za czwartym razem, wciąż mi wstyd z tego powodu...), nie wyobrażam sobie życia bez własnych czterech kółek. Właśnie dlatego - po artystycznym wręcz skasowaniu Klipsa tuż przed Świętami 2013 - w moim życiu rok temu pojawiła się najcudniejsza, niezastąpiona i bardzo przyzwoicie prowadząca się (co nie zawsze da się powiedzieć... o mnie) Mysza. O niej mogę faktycznie gadać godzinami... ;-)
Skąd tak silne uczucie w stosunku do - bądźmy szczerzy - zwykłej kupy żelastwa? Nie, nie tylko ze względu na wrodzone lenistwo, z którym wciąż nie udaje mi się wygrać.
Przeciwnie - do pracy dojeżdżam zwykle komunikacją miejską (parkowanie na Jeżycach jest kosztowną przyjemnością - chyba, że idę na spektakl i wiem, że będę wracać późno), jeśli mogę, wybieram też transport publiczny przy okazji zakupów (poza meblowymi i remontowymi oczywiście). Nie potrzebuję samochodu, by dostać się nim pod market znajdujący się po drugiej stronie ulicy, choć po namyśle stwierdzam, że czasami łatwiej jest przejechać przez skrzyżowanie Marcelińskiej i Przybyszewskiego, niż przejść przez skomplikowany system zeberek dla pieszych. ;-)
To nie tak...
Przeciwnie - do pracy dojeżdżam zwykle komunikacją miejską (parkowanie na Jeżycach jest kosztowną przyjemnością - chyba, że idę na spektakl i wiem, że będę wracać późno), jeśli mogę, wybieram też transport publiczny przy okazji zakupów (poza meblowymi i remontowymi oczywiście). Nie potrzebuję samochodu, by dostać się nim pod market znajdujący się po drugiej stronie ulicy, choć po namyśle stwierdzam, że czasami łatwiej jest przejechać przez skrzyżowanie Marcelińskiej i Przybyszewskiego, niż przejść przez skomplikowany system zeberek dla pieszych. ;-)
To nie tak...
niedziela, 4 stycznia 2015
Najłatwiejsze postanowienie pod słońcem ;-)
Od kilku dni Internet wręcz huczy od noworocznych postanowień i drwin z postanawiaczy. ;-) Jedni deklarują, inni wyśmiewają, jeszcze inni - już kombinują, jak tu cichcem obejść własne, w dodatku publicznie złożone obietnice. Samo życie.
Nie przepadam za tłumami, więc staram się unikać takich noworocznych obwieszczeń, czynionych tylko po to, by włączyć się w modny nurt chudnięcia, biegania, uczenia się języków etc. Ale w tym roku robię wyjątek. A nawet - kilka, z tym że nie wszystkie zamierzam tutaj zdradzać. Niech część z nich pozostanie na razie moją tajemnicą. :-)
Jednym podzielę się z Wami na pewno, bo szalenie mi się spodobało. To POSTANOWIENIE KSIĄŻKOWE, które krąży w sieci w tej oto formie:
Skąd taki pomysł u zaprzysiężonego mola książkowego? :-)
Nie przepadam za tłumami, więc staram się unikać takich noworocznych obwieszczeń, czynionych tylko po to, by włączyć się w modny nurt chudnięcia, biegania, uczenia się języków etc. Ale w tym roku robię wyjątek. A nawet - kilka, z tym że nie wszystkie zamierzam tutaj zdradzać. Niech część z nich pozostanie na razie moją tajemnicą. :-)
Jednym podzielę się z Wami na pewno, bo szalenie mi się spodobało. To POSTANOWIENIE KSIĄŻKOWE, które krąży w sieci w tej oto formie:
Skąd taki pomysł u zaprzysiężonego mola książkowego? :-)
piątek, 10 sierpnia 2012
Nigdy więcej wesel
Chyba czas na nowe postanowienie śródroczne: nigdy więcej wesel. Nigdy.
W sierpniu szykują mi się dwa i póki co mam z tego powodu więcej przykrości niż przyjemności. Chociaż... może niedokładnie się wyraziłam. Nie przez wesela. Przez akcję pod hasłem "Szukamy partnerów na wesela". To jest prawdziwa makabra...
Już prawie mi się udało. Imprezy są 18 i 25 sierpnia i umówiłam się na nie z kolegą, którego znam od kilku ładnych lat. Ot, przysługa z jego strony - żebym nie musiała tkwić na imprezach sama jak ten kołek, rozpaczliwie odpierając pytania życzliwych o to, kiedy to ja zechcę się ustabilizować. Jakby to była tylko kwestia moich chęci...
No tak, ciut za wcześnie się ucieszyłam, że mam problem z głowy. I klops. Przedwczoraj dostałam od tegoż kumpla (historia litościwie przemilczy jego imię...), że jednak się ze mną nie wybierze - bo wyjeżdża. Tyle w temacie.
Zapytawszy jeszcze kilku znajomych o możliwość wyświadczenia mi tej drobnej przyjemności i otrzymawszy rozmaicie umotywowane odmowy, dałam nawet ogłoszenie w tejże sprawie na forum Klubu Wysokich. Na próżno. Kpiny - owszem, tego się w sumie spodziewałam. Ale nie myślałam, że będzie aż tak źle, jeśli chodzi o towarzystwo kogoś w moim wieku i kogo bym się nie bała (a są faceci, których się boję, to fakt)...
Nie wiem, jak to właściwie jest. Ale jest mi cholernie przykro.
I poważnie zastanawiam się, czy ja jestem aż tak paskudna, że nikt nie chce się ze mną bawić? Czy moje towarzystwo to aż taki kłopot?
Jest mi smutno. Tak zwyczajnie po babsku smutno. I czuję się żałośnie. Do niczego.
Nie chodzi o żadną konkretną osobę, tylko o to, że ludzie, na których pomoc koleżeńską liczyłam, tak mnie po prostu olali. Równiutko. I celnie.
Boli.
I choć przyzwyczaiłam się już do tego, że mało kto się przejmuje moimi uczuciami w takich sprawach, to jednak jakoś mi tak nieswojo. Kolejne złudzenie mniej w mojej kolekcji.
Nie wiem jeszcze, jak to rozwiążę.
Ale pewne jest to, że nigdy więcej nie zdecyduję się na taką imprezę. Pójdę do mojej przyjaciółki sama, bo jest cholernie bliską mi osobą i zniosę dla niej nawet to upokorzenie. Z kuzynem pogadam jeszcze, bo to żadna atrakcja, iść na wesele rodzinne i znosić pytania, pytania, pytania...
Przykro mi.
Dobrze, że za 20 minut autobus wywiezie mnie daleko od tych przykrości, nad spokojne, wielkie jezioro i w towarzystwie, które mnie akceptuje taką, jaką jestem. I które mnie nie zawiodło.
W sierpniu szykują mi się dwa i póki co mam z tego powodu więcej przykrości niż przyjemności. Chociaż... może niedokładnie się wyraziłam. Nie przez wesela. Przez akcję pod hasłem "Szukamy partnerów na wesela". To jest prawdziwa makabra...
Już prawie mi się udało. Imprezy są 18 i 25 sierpnia i umówiłam się na nie z kolegą, którego znam od kilku ładnych lat. Ot, przysługa z jego strony - żebym nie musiała tkwić na imprezach sama jak ten kołek, rozpaczliwie odpierając pytania życzliwych o to, kiedy to ja zechcę się ustabilizować. Jakby to była tylko kwestia moich chęci...
No tak, ciut za wcześnie się ucieszyłam, że mam problem z głowy. I klops. Przedwczoraj dostałam od tegoż kumpla (historia litościwie przemilczy jego imię...), że jednak się ze mną nie wybierze - bo wyjeżdża. Tyle w temacie.
Zapytawszy jeszcze kilku znajomych o możliwość wyświadczenia mi tej drobnej przyjemności i otrzymawszy rozmaicie umotywowane odmowy, dałam nawet ogłoszenie w tejże sprawie na forum Klubu Wysokich. Na próżno. Kpiny - owszem, tego się w sumie spodziewałam. Ale nie myślałam, że będzie aż tak źle, jeśli chodzi o towarzystwo kogoś w moim wieku i kogo bym się nie bała (a są faceci, których się boję, to fakt)...
Nie wiem, jak to właściwie jest. Ale jest mi cholernie przykro.
I poważnie zastanawiam się, czy ja jestem aż tak paskudna, że nikt nie chce się ze mną bawić? Czy moje towarzystwo to aż taki kłopot?
Jest mi smutno. Tak zwyczajnie po babsku smutno. I czuję się żałośnie. Do niczego.
Nie chodzi o żadną konkretną osobę, tylko o to, że ludzie, na których pomoc koleżeńską liczyłam, tak mnie po prostu olali. Równiutko. I celnie.
Boli.
I choć przyzwyczaiłam się już do tego, że mało kto się przejmuje moimi uczuciami w takich sprawach, to jednak jakoś mi tak nieswojo. Kolejne złudzenie mniej w mojej kolekcji.
Nie wiem jeszcze, jak to rozwiążę.
Ale pewne jest to, że nigdy więcej nie zdecyduję się na taką imprezę. Pójdę do mojej przyjaciółki sama, bo jest cholernie bliską mi osobą i zniosę dla niej nawet to upokorzenie. Z kuzynem pogadam jeszcze, bo to żadna atrakcja, iść na wesele rodzinne i znosić pytania, pytania, pytania...
Przykro mi.
Dobrze, że za 20 minut autobus wywiezie mnie daleko od tych przykrości, nad spokojne, wielkie jezioro i w towarzystwie, które mnie akceptuje taką, jaką jestem. I które mnie nie zawiodło.
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Kilka słów o pierwszych krokach
Wysuwam ostrożnie stopę, ze zniecierpliwienia przebierając palcami skrytymi w kolorowej skarpetce. Powoli rozcinam nią powietrze, prostując rozleniwione kolano. Nad podłogą zawisa niepewny cień mojej kończyny zwieńczonej solidnym rozmiarem 41,5. ;-) Zastygam w bezruchu.
Zrobić?
Nie zrobić?
W końcu stęskniona stopa spotyka się z cieniem na chłodnych deskach. Wiwat! Pierwszy krok wykonany.
Tylko... co teraz?
I tak to właśnie jest z moimi pierwszymi krokami.
Wykonuję je zwykle z mniejszym lub większym entuzjazmem i wprost proporcjonalnym zdenerwowaniem. Czy się uda? A co, jeśli nie? Jeśli się zbłaźnię? Przewrócę? Stanę krzywo, niezgrabnie? Uszkodzę stopę albo przydepnę komuś palce (a trochę ważę)? I co dalej? Co dalej? Czy mam czekać na odpowiedź świata, w kierunku którego przecież poczyniłam ów spektakularny pierwszy kroczek? Czy może zrobić drugi, trzeci... dziesiąty? Jak rozpoznać, które wyjście jest właściwe?
Zrobić?
Nie zrobić?
W końcu stęskniona stopa spotyka się z cieniem na chłodnych deskach. Wiwat! Pierwszy krok wykonany.
Tylko... co teraz?
I tak to właśnie jest z moimi pierwszymi krokami.
Wykonuję je zwykle z mniejszym lub większym entuzjazmem i wprost proporcjonalnym zdenerwowaniem. Czy się uda? A co, jeśli nie? Jeśli się zbłaźnię? Przewrócę? Stanę krzywo, niezgrabnie? Uszkodzę stopę albo przydepnę komuś palce (a trochę ważę)? I co dalej? Co dalej? Czy mam czekać na odpowiedź świata, w kierunku którego przecież poczyniłam ów spektakularny pierwszy kroczek? Czy może zrobić drugi, trzeci... dziesiąty? Jak rozpoznać, które wyjście jest właściwe?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
