Pokazywanie postów oznaczonych etykietą partner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą partner. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 lutego 2013

Miłość a ortografia

Uwielbiam czerwień we wszystkich odcieniach - od pąsowej po burgundową, wliczając w to nawet niektóre odcienie różu, no, może poza cukierkowym. Jednak w lutym mój afekt do tego koloru zdecydowanie słabnie, by w okolicach walentynek przerodzić się wręcz w lekką awersję. wywołaną zalewem kiczu w sklepach, na ulicach, w mediach, zwłaszcza zaś - w "internetach"... A fakt, że staję się powoli rasową starą panną i że nigdy nie cieszyłam się szczególnym powodzeniem u płci przeciwnej (co wyrażało się co roku znikomą, by nie rzec - równą zeru - liczbą kartek walentynkowych dla mnie w szkolnej poczcie miłosnej), tylko pogłębia moją niechęć do tego durnia, świętego Walniętego.

Z tego też powodu dopiero teraz, niemal tydzień po kulminacji miłosnych szaleństw, pozwalam sobie na wpis tematycznie związany ze świętem epileptyków oraz zakochanych. Chciałabym mianowicie wyznać wszem i wobec, że moje życie miłosne - a raczej jego nędzne resztki - zostało absolutnie zniszczone przez... ortografię.

Smutna konkluzja jak na polonistkę, nieprawdaż? 
Na szczęście to, co niżej, możecie śmiało czytać z przymrużeniem oka. ;) 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Dlaczego na weselach nie wypada czytać książek?

Tytuł największego koszmaru roku 2012 - o ile między wrześniem a grudniem nie wydarzy się coś naprawdę spektakularnego - mogę przyznać awansem wydarzeniu, które odbyło się w minioną (na szczęście) sobotę... Nie zrozumcie mnie źle: ślub mojego kuzyna, bo o tym właśnie koszmarze piszę, był naprawdę piękny (choć końcówkę mszy w kościele zakłóciły nieco orkiestry dęte maszerujące na rynek tuż przy klasztorze - jak na złość w sobotę odbywały się tzw. Gronalia), wesele zorganizowane profesjonalnie, para młoda urocza... a ja naprawdę poszłam tam z nastawieniem, że przecież nie może być aż tak źle. Mimo początkowego załamania, o którym pisałam tutaj.

No i mam za swoje...

Tu już nawet nie chodzi o to, że na imprezie były SAME pary. I że tańce - nawet do najnowszych hitów - odbywały się WYŁĄCZNIE w parach. I że siedziałam przy krańcu stołu, tuż przy parkiecie, żeby dobrze to widzieć. Nie chodzi o to, że jak już wszyscy lądowali na parkiecie - czyli co jakieś 15 minut - to siedziałam przy tym stole sama jak palec. Czarę goryczy przelał fakt, że co kilka minut jedna z cioć przychodziła współczująco poklepać mnie po plecach. Rozumiecie?! Ona już nawet nie zadawała niewygodnych pytań... ona po prostu uznała mój życiowy upadek w staropanieństwo za totalny i ostateczny!

piątek, 10 sierpnia 2012

Nigdy więcej wesel

Chyba czas na nowe postanowienie śródroczne: nigdy więcej wesel. Nigdy. 
W sierpniu szykują mi się dwa i póki co mam z tego powodu więcej przykrości niż przyjemności. Chociaż... może niedokładnie się wyraziłam. Nie przez wesela. Przez akcję pod hasłem "Szukamy partnerów na wesela". To jest prawdziwa makabra...

Już prawie mi się udało. Imprezy są 18 i 25 sierpnia i umówiłam się na nie z kolegą, którego znam od kilku ładnych lat. Ot, przysługa z jego strony - żebym nie musiała tkwić na imprezach sama jak ten kołek, rozpaczliwie odpierając pytania życzliwych o to, kiedy to ja zechcę się ustabilizować. Jakby to była tylko kwestia moich chęci...

No tak, ciut za wcześnie się ucieszyłam, że mam problem z głowy. I klops. Przedwczoraj dostałam od tegoż kumpla (historia litościwie przemilczy jego imię...), że jednak się ze mną nie wybierze - bo wyjeżdża. Tyle w temacie. 

Zapytawszy jeszcze kilku znajomych o możliwość wyświadczenia mi tej drobnej przyjemności i otrzymawszy rozmaicie umotywowane odmowy, dałam nawet ogłoszenie w tejże sprawie na forum Klubu Wysokich. Na próżno. Kpiny - owszem, tego się w sumie spodziewałam. Ale nie myślałam, że będzie aż tak źle, jeśli chodzi o towarzystwo kogoś w moim wieku i kogo bym się nie bała (a są faceci, których się boję, to fakt)... 

Nie wiem, jak to właściwie jest. Ale jest mi cholernie przykro.
I poważnie zastanawiam się, czy ja jestem aż tak paskudna, że nikt nie chce się ze mną bawić? Czy moje towarzystwo to aż taki kłopot?

Jest mi smutno. Tak zwyczajnie po babsku smutno. I czuję się żałośnie. Do niczego.
Nie chodzi o żadną konkretną osobę, tylko o to, że ludzie, na których pomoc koleżeńską liczyłam, tak mnie po prostu olali. Równiutko. I celnie.

Boli.

I choć przyzwyczaiłam się już do tego, że mało kto się przejmuje moimi uczuciami w takich sprawach, to jednak jakoś mi tak nieswojo. Kolejne złudzenie mniej w mojej kolekcji.

Nie wiem jeszcze, jak to rozwiążę. 
Ale pewne jest to, że nigdy więcej nie zdecyduję się na taką imprezę. Pójdę do mojej przyjaciółki sama, bo jest cholernie bliską mi osobą i zniosę dla niej nawet to upokorzenie. Z kuzynem pogadam jeszcze, bo to żadna atrakcja, iść na wesele rodzinne i znosić pytania, pytania, pytania... 

Przykro mi. 
Dobrze, że za 20 minut autobus wywiezie mnie daleko od tych przykrości, nad spokojne, wielkie jezioro i w towarzystwie, które mnie akceptuje taką, jaką jestem. I które mnie nie zawiodło.