Pokazywanie postów oznaczonych etykietą babcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą babcia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 lutego 2016

Kto umarł?

Moja babcia Felicja w ostatnich latach życia miała - między innymi - problemy ze słuchem. Kiedy więc toczyła się przy niej jakaś ożywiona rodzinna dyskusja, czy to twarzą w twarz, czy to przez telefon, zwykle w którymś jej momencie padało sakramentalne pytanie staruszki, przyzwyczajonej już do tego, że w jej wieku to najważniejszy i najbliższy temat:

- Kto umarł?

Kto umarł? Babciu, nawet sobie nie wyobrażasz, jak długą wyliczankę musiałabym Ci zaprezentować w odpowiedzi, biorąc pod uwagę tylko rok 2016. W stronę czarnej gwiazdy - a może pełnego pająków Marsa? - odszedł David Bowie. Umarł Glenn Frey, który, odkąd pamiętam, przekonywał mnie: "You belong to the city". Gdzieś zniknęli Xymena Zaniewska i Andrzej Żuławski. A zaledwie wczoraj gruchnęła wieść o śmierci Harper Lee, dzięki której już jako dziecko nauczyłam się, że lepiej jest czytać książki niż oglądać ekranizacje, oraz Umberta Eco, który każdą kolejną książką leczył mnie skutecznie z samozachwytu nad moim tzw. intelektem. A to tylko początek - ten najosobistszy - mojej listy...

Jest jednak coś, co smuci mnie znacznie bardziej niż wiadomości o kolejnych "drogich zmarłych". Im już się przecież nie da pomóc. A tymczasem tu, wśród żywych, krok po kroku, metodycznie i bez wstydu dokonuje się właśnie próba mordu na żywej legendzie.

Staram się nie pisać o polityce, bo wychodzę z założenia, że od wiadra pełnego pomyj trzeba się trzymać w bezpiecznej odległości. Ale czasem nawet ja nie wytrzymuję. Obiecuję jednak, będzie krótko.

Nie jestem fanką Lecha Wałęsy. Nie przepadam za jego stylem bycia ani za stylem blogowania, drażnią mnie jego wypowiedzi o żonie i bezrefleksyjna niekiedy skłonność do naruszania dóbr osobistych innych osób... No, nazbierałoby się trochę tych moich "ale", być może częściowo odziedziczonych po rodzicach, którzy - a jest to jedno z najstarszych wspomnień z dzieciństwa - nie głosowali na niego w pierwszej turze pamiętnych wyborów prezydenckich w 1990 roku. Woleli Mazowieckiego.

Osobiste uprzedzenia nie powinny jednak przesłaniać faktów. A fakty są takie, że Lech Wałęsa jest legendą. Nie ideałem, bo te przecież nie istnieją, ale człowiekiem, który - mimo swoich wad, chwil słabości etc. - dla Polski zrobił naprawdę wiele. I tego żadne teczki nie zmienią.

Ohydna nagonka, którą partia tymczasowo rządząca rozpętała tuż po wielkim występie "szafiarki roku" (prawa autorskie: Szymon Majewski), zanim jeszcze eksperci zabrali się na dobre za analizę wydobytych z willi Kiszczaków dokumentów, objawiane w "Wiadomościach" (cudzysłów nigdy jeszcze nie był tak adekwatny...) rewelacje o wnioskach grafologów, którzy nawet nie zdążyli się wziąć do roboty, bezrefleksyjne wypowiedzi obecnych politycznych "tuzów", z których każdy chce na aferze ugrać jak najwięcej dla siebie - cóż, jestem przekonana, że Wałęsie to nie zaszkodzi, może najwyżej - jeśli dokumenty okażą się prawdziwe - dodać do jego wizerunku typowo ludzki rys: słabość, której kiedyś tam - być może - uległ. 

Ale może zaszkodzić Polsce. I Polakom.

Bo kto będzie szanować ludzi, którzy z taką zajadłością, publicznie i bezwstydnie, srają we własne gniazdo?


wtorek, 6 października 2015

MUZEUM MATERIALIZMU SENTYMENTALNEGO: PPP - pod patronatem prababci

Nie dorobiłam się w mojej poznańskiej dziupli zbyt wielu zbytków. Na nieco ponad 30 metrach kwadratowych wynajętej prywatności nie mam ani zaawansowanego technologicznie sprzętu RTV, ani kuchennych cudów techniki (prócz solidnego blendera, miksera, który zniesie każdą moją kulinarną fanaberię i ekspresu do kawy - prezentu od znającej mnie i moje uzależnienia na wylot młodszej siostry), ani designerskich mebli godnych przeciętnej bohaterki typowego serialu o nowoczesnej samotnej kobiecie.

No, jakoś mi to nie wyszło. Mam za to regał pełen książek (tych ważnych dla mnie - i tych, które po prostu już nie zmieściły się w bazie w domu rodziców). Mam kolekcję kapeluszy. I mam prawdziwego ducha!

Zjawa poczyna sobie na razie nader nieśmiało, ale nie oszukujmy się, kto by się chciał wychylać zanadto, gdy dopiero kończy mu się umowa na okres próbny? ;-) Nie pobrzękuje łańcuchami, nie łaskocze mnie w wystające spod kołdry stopy, nie zawodzi po kątach (nie może - w bloku obowiązuje wszak cisza nocna!)... Ale jest. I patrzy na mnie wprost ze ściany.


Poznajcie się - to mój rodzinny duch. Prababcia. 


wtorek, 25 lutego 2014

Wyznanie z głębi szafy

W mojej garderobie niespełna pół roku temu zagnieździł się mrok. Zniknęły gdzieś kwieciste sukienki, spódnice i bluzki w mocnych, zdecydowanych barwach, które tak lubię... Zastąpiły je czernie, szarości, brązy, niekiedy zestawiane nieśmiało z ciemnym fioletem lub granatem. 

Tak, w mojej szafie zamieszkała żałoba. 
Sama ją zaprosiłam po śmierci babci.

Nie płakałam, nie rozpaczałam, nie zamknęłam się w domu na cztery spusty. Przeżyłam tę pustkę na swój sposób - i wciąż jeszcze przeżywam. No i przywdziałam barwy ochronne - nie dla innych, nie na pokaz, lecz dla siebie i dla babci, obiecując sobie, że wytrzymam w tej mrocznej tonacji do lutego. 

Udało się. Mamy luty.

Mogę już otworzyć szafę i zrobić w niej miejsce na kolory, radość i wyjątkowo wczesną w tym roku wiosnę. Niech czernie i szarości wylądują na samym dnie, niech zginą w powodzi przywróconych do łask barw. 

Zmiana warty. Już czas. :-)




środa, 1 stycznia 2014

13 pierwszych razów. Refleksja po ostatnim dniu 2013 roku

Gdzie nie spojrzę, tam podsumowania i zestawienia: książek, ciuchów, ludzi, ciąż, rozwodów, wpadek, plotek, diet, postanowień, gier, fryzur i plotek roku... Zestawiane po 10, 50 albo 100 - mają wypełnić luki w nudnawych sylwestrowo-noworocznych serwisach informacyjnych, załatać dziury na porzuconych na czas świąt (albo i dłużej, tak, tak, kajam się tutaj publicznie...) blogach, uzupełnić "kontent" bez większego wysiłku, bo - najczęściej - dzięki stworzonym już wcześniej i tylko odgrzanym oraz okrojonym odpowiednio treściom... ;-) 

Jak Bozię kocham, chciałam uniknąć tego zestawieniowego trendu. Uległam jednak po długiej walce z własnymi zachciankami. Tak, ja też Was skatuję swoim prywatnym i absolutnie subiektywnym podsumowaniem, nadrabiając choć trochę długie tygodnie milczenia. Jeśli więc macie już dość takich końcoworocznych refleksji i wyliczanek, ostrzegam - nie czytajcie reszty tego wpisu. Żeby nie było! :-P

13 PIERWSZYCH RAZÓW W 2013 ROKU
(kolejność przypadkowa)
Prywatny ranking Nulka


Samotny sylwester

Jeśli ktoś mnie zapyta, jak w tym roku spędziłam sylwestra, odpowiem, zadzierając wysoko mój, i tak nieco zadarty, nos, że byłam w teatrze. Brzmi nieźle, tak nobliwie, prawda? Nie minę się przy tym z prawdą, bo naprawdę przesiedziałam dziś w moim ulubionym przybytku sztuki sporo czasu - rano w biurze, wieczorem zaś - na spektaklu, w którym technicznie biorę udział, czyli na "Misterze Barańczaku"...

Teraz zaś siedzę sobie wygodnie na mojej ulubionej kremowej kanapie i popijam wino, prósząc na wszystko dookoła złocistymi drobinkami brokatu (nikt nie umknął dziś naszym garderobianym, uzbrojonym w lakier z tym jakże sylwestrowym dodatkiem...). Tuż obok leżą sobie "Upiory" Jo Nesbø, podczytywane partiami od samego rana. Za oknem coraz liczniejsze wybuchy petard i fajerwerków zwiastują, że już za chwilę kalendarz na ścianie nad łóżkiem straci ważność, a ja przez najbliższe tygodnie będę musiała uważać przy wpisywaniu dat rocznych, by się przypadkiem nie pomylić. 

Otulona ciepłem i muzyką, w samotności żegnam mój pierwszy rok w Poznaniu. 
Dobry, choć niezmiernie trudny rok.

Długo zastanawiałam się, co ze sobą zrobić w ten wieczór. Pojawiło się kilka zaproszeń na imprezy i spotkania, co mnie dość pozytywnie zaskoczyło, bo nie przypuszczałam, że ktokolwiek będzie chciał witać nowy rok w moim towarzystwie. Jednak od jakiegoś czasu narastała we mnie potrzeba spędzenia tego czasu... inaczej. Samotnie. I w spokoju (względnym bo przecież huk petard daje się we znaki wszystkim mieszkańcom tej planety...). W ulubionej pidżamie w serduszka, w kapciach, bez makijażu, wymyślnej fryzury (no, poza tym nieszczęsnym brokatem) i strumieni alkoholu. 

Nie tylko dlatego, że po śmierci babci w sierpniu nie czuję się wciąż jeszcze na siłach, by balować beztrosko na imprezach. Nie tylko dlatego, że wciąż jeszcze nie umiem włożyć na siebie kolorowych ciuchów bez poczucia nieodpowiedniości tego stroju. Nieodpowiedniości - nie dla innych. Dla mnie. 

Nie. 

Chciałam spędzić ten wieczór samotnie, by wreszcie zrobić coś dla siebie, nie dla innych. 

Udało się. Pierwszy raz jestem naprawdę sama w sylwestra. Bez rodziców, bez znajomych czy chłopaka. Sama ze sobą. Sama dla siebie. To całkiem dobre towarzystwo. :-) 

Jutro pokuszę się pewnie o podsumowanie innych pierwszych razów - było ich trochę w 2013 roku. Na razie jednak chcę nacieszyć się samotnością, spokojem i lekturą... Zapracowałam sobie na to solidnie.

...

I już. Stało się. Kanonada na niebie oznajmiła wszystkim dookoła, że nadszedł czas nowych obietnic, postanowień, marzeń i złudzeń. Witajcie w 2014 roku. :-) Niech Wam w nim będzie dobrze, pięknie i owocnie - pod każdym względem! Cokolwiek to dla Was znaczy!

sobota, 9 listopada 2013

Zła kobieta

- Dlaczego odeszła?
- Normalnie, bo to zła kobieta była.

W "Psach" znalazłoby się sporo ciekawszych cytatów, mnie jednak utkwił w pamięci szczególnie ten urywek rozmowy Angeli i Franza. Może dlatego, że nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się postąpić tak, jak eks-żona głównego bohatera tego kultowego filmu. Aż do teraz. Bo teraz i ja jestem złą kobietą.

Jestem zła, bo nie chciałam ciągnąć dłużej relacji z nieuzgodnionym (wybaczcie mi tę ekonomiczną nomenklaturę, najwyraźniej wykształcenie daje o sobie znać nawet w takich "sercowych" sytuacjach) bilansem: bo nie potrafiłam dać komuś tego, czego ode mnie oczekiwał i co sam gotów był mi ofiarować. To nie było sprawiedliwe.

niedziela, 3 listopada 2013

Tak, wróciłam

Wczoraj przerwałam blogowe milczenie po 44 dniach niepisania i czuję się, jakbym wróciła z zaświatów. Takie porównanie nie jest zresztą bezpodstawne i nie wynika wyłącznie z listopadowo-cmentarnych okoliczności, w których wszyscy tkwimy w ten długi weekend. Przecież świat realny w stosunku do tzw. wirtuala, w którym funkcjonuję jako blogerka, to właśnie zaświaty, rzeczywistość... równoległa? Zbliżona? Inny wymiar?

Mniejsza o określenia. Liczy się fakt, iż przez ostatnie tygodnie skupiałam swoją uwagę na tym, co dzieje się w świecie namacalnym, w moim najbliższym otoczeniu, mierząc się ze śmiercią babci, nową sytuacją rodzinną i osobistą, nowym sezonem w teatrze... Wszystko to blokowało moje palce na tyle skutecznie, że nie miałam siły na naginanie ich do komputerowej klawiatury. Zresztą, nie tylko do niej - przestało mnie cieszyć robienie zdjęć, malowanie, nawet - o zgrozo! - porządki w mieszkaniu. Nie, to nie była depresja, nie wydaje mi się. Raczej odruch obronny, zamknięcie się w sobie - bo twórczość (a przecież fotografia, nawet ta amatorska, czy też malowanie, to rodzaj twórczości właśnie) wymaga pewnej otwartości, na którą po smutnych wydarzeniach sierpniowych nie było mnie stać. 

Rzuciłam się w wir pracy, zabrałam za porządkowanie rzeczy babci i jej papierów, znalazłam dodatkowe zajęcia związane z październikowymi wydarzeniami w teatrze, spotykałam się też z kimś, kto pojawił się latem w moim życiu. Na więcej nie miałam siły - nawet Aksa wylądowała w Grodzisku, przy osamotnionej teraz na amen mamie (ze względu na pracę tata bywa w domu w weekendy). I spałam. Spałam, ile tylko mogłam, licząc, że sen objawi swoje lecznicze właściwości...

Wciąż nie wiem, czy to się udało. Ale nie mam już ochoty milczeć, moje dłonie przestały wreszcie sztywnieć w momencie, gdy unoszę je nad klawiszami, a na monitorze widnieje puste pole czekające na nowy wpis. Już chyba czas...

Zbyt długo próbowałam uciekać.
Pozwoliłam, by omotało mnie poczucie bezsilności, ba, usiłowałam oszukać samą siebie, że wcale nie potrzebuję tych swoich chwil samotności spędzanych przy komputerze, z głową w chmurach, z ciszą dzwoniącą w uszach i z myślami kłębiącymi się w głowie jak ptaki szukające wyjścia ze zbyt ciasnej klatki. Zapomniałam o tym, czego potrzebuję JA - nie moi bliscy, nie facet, nie znajomi, nie rodzina, nie szef i współpracownicy. JA.

A jedną z tych niezbędnych mi do życia rzeczy stało się już dawno pisanie.
Wracam więc. Nie wiem, co z tego wyniknie, ale - cokolwiek się stanie - nie pozwolę sobie zabrać głosu, nie dam się zagłaskać na śmierć ani odciągnąć od tego, co lubię. 

Tak, wróciłam. 
Czy przyjmiecie mnie z powrotem?


sobota, 2 listopada 2013

Krepina

Co roku na początku listopada polskie media stają się przewidywalne niczym menu szkolnej stołówki na początku lat 90. XX stulecia. Wiadomo, że większość serwisów zafunduje nam w dzień Wszystkich Świętych (Dlaczego wtedy, a nie w Zaduszki? Przebóg, nie zgłębiłam jeszcze tej tajemnicy...) przegląd co ważniejszych nekrologów z ostatnich 12 miesięcy. Zmarli artyści, politycy, sportowcy, celebryci - ich czarno-białe fotosy przewijają się na ekranach telewizorów, laptopów i tabletów, w tle zaś - obowiązkowo rozbrzmiewa jakaś smętna melodyjka. 

Swoistego wyłomu udało się w tym roku dokonać Kindze Rusin, która zaapelowała do rodaków, by nie kładli na grobach swych bliskich - uwaga! - wiązanek i wieńców ze sztucznych kwiatów, bo to nieekologiczne... Serio, serio! Takie bowiem kwiatki rozkładają się później na wysypiskach przez stulecia, a to wszak bardzo niedobrze.

sobota, 31 sierpnia 2013

Książeczka, motyle i buty wikarego

Śmierć babci nie spadła na mnie niespodziewanie. Tak naprawdę ta osiemdziesięcioletnia staruszka odchodziła od kilku lat. Najpierw powoli, niezauważalnie, a później - wskutek postępującej miażdżycy i cukrzycy - coraz dotkliwiej dawało się odczuć, że to już nie ta sama osoba, która była przez lata moją największą powiernicą w rodzinie. Znikała. Zapadała się w sobie: dosłownie - bo z korpulentnej starszej pani zmieniła się pod koniec życia w wychudzoną i zniszczoną chorobami staruszkę, i w przenośni - odcinając się coraz bardziej od świata, od ukochanych seriali, gazet, a wreszcie od rozmów z domownikami...

Nie. To nie była niespodzianka. Ale i tak boli.

Wczoraj, w dzień tak piękny, jak tylko potrafią być piękne ostatnie dni lata, odbył się na grodziskim cmentarzu pogrzeb babci. To była dla mnie granica, którą wyznaczyłam sobie już we wtorek, wychodząc z pracy: do tej chwili miałam nie płakać, nie rozklejać się, tylko działać, żeby maksymalnie odciążyć mamę, zmęczoną wielotygodniowym trwaniem przy łóżku chorej w dzień i w nocy. I prawie mi się to udało. Prawie, bo kiedy w kościele zabrzmiała pieśń Anielski orszak, ta przedostatnia pogrzebowa pieśń, poprzedzająca wyprowadzenie trumny z kaplicy, śpiewałam już, płacząc.

Nie chcę jednak wspominać tego dnia przez pryzmat łez.
Chcę zapamiętać coś więcej.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Tak zwyczajnie

Dzień jak co dzień.

Słońce zjawiło się w moich oknach o rozsądnej porze.
Na porannym spacerze z Aksą poczułam pierwszy powiew jesieni.
W pracy wypiłam dwie rytualne kawy. 
Taksówkarz wezwany pod teatr o mało nie wpadł pod tramwaj, a później całą drogę zasypywał mnie opowieściami o odwiecznej wojnie taksówkarzy z motorniczymi.
Sąsiadki z bloku obok już z daleka uśmiechały się do mojej kudłatej bestii, gdy szłam z nią do samochodu.
A na Bukowskiej znów udało mi się jakimś cudem ominąć korek.

Nic się nie zmieniło.
A przecież wszystko uległo zmianie.

Dziś o 16.30 w grodziskim szpitalu umarła moja babcia, Felicja.

Jeśli potraficie się modlić, proszę, pomódlcie się za jej spokój.




środa, 6 marca 2013

Primum non nocere

"Są już państwo skończonymi łacinnikami..." - tak niezapomniany doktor Jan Godyń, specjalista do spraw angedotek i historii języka polskiego (kolejność specjalizacji nie jest przypadkowa), zwykł zaczynać wywody dotyczące związków polszczyzny z jej starszą siostrą, łaciną, licząc, iż nasza znajomość języka starożytnych Rzymian pomoże nam w zrozumieniu największych nawet zawiłości gramatyczno-historycznych... Otóż tak. Nulek jest skończonym łacinnikiem, co oznacza, że przez 2 lata studiów grzecznie pojawiał się na zajęciach (nawet w poniedziałkowe poranki), zgłębiał tajniki deklinacji i koniugacji, tłumaczył nieszczęsnego Cezara i spółkę, a wreszcie - całkiem przyzwoicie zdał egzamin.I jako skończony łacinnik potrafi też od czasu do czasu błysnąć w towarzystwie jakąś zgrabną starożytną sentencyjką, choć ze względu na postępującą sklerozę zdarza się to Nulkowi coraz rzadziej.

Jedną wszakże sentencję Nulek pamięta bardzo dobrze. Primum non nocere. I nieważne, czy zasadę tę sformułował Hipokrates, czy może geniusz Imhotep. Ważne, że - podobno - wciąż stanowi ona podstawę etyki lekarskiej. Podobno...

Problem w tym, że Nulek od jakiegoś czasu ma poważne wątpliwości dotyczące tłumaczenia. A wszystko przez Nulkową babcię. 

czwartek, 28 lutego 2013

Luty w pięciu smakach

Uwaga! W dzisiejszym odcinku programu "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie..." zajmiemy się wyjątkowym zniknięciem. Otóż zwiał mi dokądś cały luty!
Sypnął śniegiem, by odwrócić moją uwagę, poszczypał nieco w policzki, zawrócił w głowie parapetówką i urodzinami mojej mamy, i ani się obejrzałam, a już zaczął zwijać swój zimowy interes. Za kilka godzin pewnie znikną po nim wszelkie ślady... a ja zostanę na lodzie. Choć - sądząc po prognozach pogody - raczej w kałuży.

Próbowałam go łapać, ale bezskutecznie. Po prostu przeciekł mi przez palce - jak czas w jednym z moich ulubionych wierszy Haliny Poświatowskiej (pisałam o nim tutaj). Zostało po nim tylko pięć smaków - po jednym na każdy palec. ;-)

wtorek, 22 stycznia 2013

Wielki nieobecny

Jako dziecko niemal każdą, nawet najbanalniejszą opowieść potrafiłam przekształcić w baśń. Wystarczyło, że któryś z dorosłych zaczynał snuć wspomnienia... Celowała w tym nieżyjąca już babcia, mama mojego taty. Każdy weekend spędzony w jej malutkim domku w Dębienku pod Stęszewem oznaczał nie tylko wizytę nad położonym nieopodal jeziorem, ale przede wszystkim - niezliczone historie z przeszłości, które płynęły leniwie przez nieruchome, rozgrzane powietrze kolejnych letnich wieczorów.

W tych opowieściach dwie siostry, które utopiły się w Lipnie, bo jedna chciała ratować drugą, zmieniały się w niebezpieczne topielice, wabiące później kolejnych nieostrożnych amatorów kąpieli i wciągające ich pod wodę. Woźnica, który w latach okupacji niemieckiej usiłował porwać babcię, wracającą do domu z pracy w pobliskiej roszarni, zmieniał się w złośliwego diabła z rogami sprytnie schowanymi pod wysłużonym kapeluszem. Pradziadek, który umarł po tym, jak przeziębił się, przeleżawszy kilka godzin nalotu niemieckiego w pełnym śniegu rowie, i który mógł się pochwalić najpiękniejszymi i najzdrowszymi zębami w całej wiosce, nawet w ostatniej chwili uśmiechał się przepięknie do nadchodzącej po niego Śmierci...

wtorek, 31 lipca 2012

O szkodliwości kawy i moim nowym Osiołku

Kocham kawę. Czarne złoto parujące kusząco w ręcznie malowanym kubku - to kwintesencja moich poranków i ulubiony moment dnia. Wdycham mocny, zdecydowany aromat palonych kawowych ziaren i powoli, leniwie zaczynam gimnastykować... wyobraźnię. Planuję dzień, odpalam komputer i przeglądam serwisy informacyjne, żeby wiedzieć, co w trawie piszczy, buszuję po Fejsbuku i forach internetowych... A przy tym z każdym łykiem gorącego, nieco gorzkiego płynu odzyskuję energię i chęć do działania, które wystarczają mi na cały dzień, a niekiedy nawet na dłużej... 

Dziś jednak miałam okazję przekonać się o szkodliwości takich porannych kawowych seansów. I o niebezpieczeństwie, które może czaić się w najmniejszej kropli...

sobota, 28 lipca 2012

Cudze okna

W jednej z moich ukochanych piosenek Turnaua - "Wzdłuż ulic" (nie ma jej, o dziwo, na YouTube, ale od czego jest poczciwa Wrzuta...) - pojawiają się słowa, które nucę sobie pod nosem zawsze, gdy przejeżdżam przez pewną niewielką wioskę przy drodze z Grodziska do Poznania... "Z daleka widzę dom, gdzie było szczęście moje...". To dom mojej babci w Dębienku - niewielka, parterowa chatka ze spadzistym dachem, licząca sobie ponad 100 lat. 

Dawno, dawno temu niemal każdy letni weekend spędzaliśmy z tatą w Dębienku - najpierw sami, później z moją coraz samodzielniejszą młodszą siostrą. Mama zwykle zostawała w domu, w Grodzisku, ciesząc się pewnie w duchu, że na kilkadziesiąt godzin ma nas z głowy... ;-) A dla nas to były często jedyne wakacyjne wycieczki, bo na kolonie czy wczasy zwykle nie starczało już środków. Zresztą - bliskość kilku jezior i niezaprzeczalny urok starego domu babci - ze strychem pełnym książek oraz starych zdjęć - wystarczały mi wtedy w zupełności do szczęścia...

środa, 25 lipca 2012

Syndrom chomika

NULEK (właśc. Anula W., zwana też w pewnych podejrzanych środowiskach Wiedźmą lub panią Hanką) - urodzona wieki temu domorosła pani "psycholog" z olbrzymim zasobem wiedzy praktycznej i nader nikłym zasobem wiedzy teoretycznej, od lat zajmująca się intensywnym badaniem wszelkich przejawów anormalności w swoim otoczeniu. Zasłynęła swego czasu dokładnym opracowaniem tzw. syndromu Jasia Wędrowniczka (więcej na ten temat tutaj), na który sama cierpi. Dziś wraca z kolejnym rewelacyjnym odkryciem. Proszę Państwa, oto kompletny raport Nulka na temat jej najnowszego wynalazku: syndromu chomika. Uwaga! To lektura wyłącznie dla osób o stalowych nerwach! ;-)

Źródło: Flickr.com

poniedziałek, 23 lipca 2012

Chodź, pomaluj mój świat... ;-)

Dawno, dawno temu pewien pan doktor z Gołębiej w Krakowie, specjalizujący się w historii języka polskiego i wielogodzinnych dygresjach na rozmaite życiowe tematy, rzekł był do gromady zasłuchanych studentek (i jedynego studenta): "Proszę państwa, bo polonista powinien się znać na WSZYSTKIM!". Mniejsza o kontekst - zaginął w zalewie anegdotek, którymi przystrojony w imponującą muchę oraz typowo akademicką marynarkę z łatami na łokciach naukowiec lubił nas uraczać. Jedno mogę po latach powiedzieć z pewnością: gość miał rację. Oj, miał...

Przypominam sobie te słowa za każdym razem, gdy staję przed nowym wyzwaniem. Albo - pod. Jak dziś, gdy wyzwaniem okazało się malowanie sufitu w grodziskiej kuchni. :-) 



Nie ma to jak trochę się upaćkać...

czwartek, 29 marca 2012

Kiedy maluję

Już jako kilkuletni, wiecznie domagający się czytania wredny bachor lubiłam w wolnych chwilach sięgać po kredki, pisaki albo inne mazidła i odwzorowywać świat. Przez jakiś czas moim ulubionym motywem był koń ciągnący wśród pagórków wóz pełen siana (prawie jak u Schulza w Genialnej epoce...), który pojawiał się niemal na każdej pustej powierzchni, jaką tylko udało mi się dopaść. 

To była taka dziecięca wersja horror vacui, która zmuszała mnie do zamalowywania wszelkich wolnych powierzchni moimi bazgrołami. Szczególnie upodobałam sobie towar deficytowy, jakim były pudełka po czekoladkach - tworzyły bowiem eleganckie, gotowe ramy, w których moje dziecinne bohomazy prezentowały się szczególnie imponująco. Do dziś walają się pewnie gdzieś po kątach rodzinnego domu przykłady mojej wczesnej twórczości... Czysta abstrakcja, proszę państwa, wymieszana z nikiforyzmem pierwszej wody!


środa, 28 marca 2012

Cudze dzieci

Zdarza Wam się rzucać na ludzi, za którymi nie przepadacie, klątwy? Mnie osobiście - rzadko, bo wolę ważyć słowa, ale z dzieciństwa pamiętam jedno straszliwe przekleństwo, którym moja babcia obdarzała każdego, kto zalazł jej za skórę... "Obyś cudze dzieci bawił" - mruczała wtedy pod nosem, mrużąc złośliwie oczy. Pojawiał się niekiedy także drugi, pedagogiczny wariant, czyli "obyś cudze dzieci uczył", sens pozostawał jednak podobny - babcia uważała, że nie ma nic gorszego od konieczności zajmowania się cudzym potomstwem... zwłaszcza gdy brakuje własnego.

Minęło kilkanaście lat, babcia straciła wigor i już nikogo nie przeklina. A ja? Ja bawię cudze dzieci, przy okazji odkrywając nowy sens owych rzucanych kiedyś przez seniorkę rodu słów.

Nie, wbrew pozorom nie wylądowałam na etacie w szkole tudzież przedszkolu, choć przyznam, że jeszcze kilka lat temu, jako poważna studentka polonistyki, brałam taką ewentualność pod uwagę i to na tyle poważnie, by zrobić wszelkie kursy uprawniające mnie do znęcania się nad młodzieżą na lekcjach polskiego. Ja po prostu - w nie do końca zrozumiały dla mnie sposób - trochę się spóźniłam na akcję "Produkujemy Potomstwo", w której wzięła udział większość moich znajomych.


sobota, 21 stycznia 2012

Dzień Babci

Przemiany 
Mojej Babci


Kto wyplótł te palce w artretyczny wzór starości?
Kto przygiął do ziemi sprężyste niegdyś ciało?
Kto naznaczył włosy bezlitośnie płowiejącą szarością?


Patrzy w lustro 
Nie poznaje


Zmarszczki wokół oczu jak fantazyjna plecionka
Żylaste ręce z partacko połączonych witek 
I ta sylwetka podobna do wierzby 
Pozbawionej wszystkich pędów


Więc jednak to prawda
Że można upodobnić się
Do tego co się robi?
Więc to jest śmierć
Albo inaczej – nieśmiertelność?


Stara wierzba
Płacze


Koszyk w kącie
Milczy
Stropiony