Nie będę zaprzeczać. Znowu to zrobiłam. Kilkanaście dni temu bezczelnie, z premedytacją i pewnym krokiem, choć bez zbędnych fanfar i tortów (bo co to za frajda, gdy się samej sobie piecze tort?), wkroczyłam w kolejny rok życia, kończąc straszliwe 31 lat.
Niby nic. Przecież na ogół to 30. urodziny uznawane są za te wyjątkowe i znaczące - bo zmienia się cyferka na początku, bo człowiek wkracza w nowy etap dorosłości, bo dla kobiety to taka trauma... 31. rocznica przyjścia na świat wygląda przy tym niepozornie. Ani to okrągłe, ani efektowne, ani się nie dzieli na jakieś rozsądne etapy. W sumie - bardzo niewygodna sprawa.
A dla mnie 31 jest ważną liczbą. Bo przez ostatni rok, dzielący ją od tej krąglutkiej, słynnej 30-stki, dokonałam co najmniej 31 odkryć w różnych kategoriach. O sobie. O ludziach. I o świecie - no, może nie o całym, ale o moim z pewnością. Wypisałam je sobie, żeby, kiedy mi już przejdzie zamiłowanie do liczb pierwszych, nie zapomnieć o żadnym.
* * *
Kategoria nr 1: samookaleczenia. Potrafię sama obciąć sobie grzywkę. A jak się uprę, to i wycieniować włosy. Niby nic, ale jednak zakup nożyczek fryzjerskich i prostej maszynki z trymerem okazał się kamieniem milowym w dziejach mojej - coraz krótszej - fryzury. Nie muszę już przeżywać katuszy, czekając, aż moja ulubiona i oblegana grodziska fryzjerka będzie mieć dla mnie czas i miejsce. Tnę się. Sama. I - zgodnie z zasadą "ładnemu we wszystkim ładnie, a brzydkiemu - wszystko jedno" - nie dopuszczam do tego, by efekt, jaki by nie był, spędzał mi sen z powiek. ;-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grodzisk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grodzisk. Pokaż wszystkie posty
środa, 14 października 2015
sobota, 10 października 2015
Klaksony
Kiedy wczoraj wieczorem po dyżurze w kabinie na moich ulubionych "Dziadach" wskoczyłam do auta, by pomknąć nim przez noc prosto do rodzinnego domu, nie przypuszczałam, że Mysza, ta poczciwa staruszka płynąca miękko po pustej szosie przy łagodnych dźwiękach "Poduszkowca" w Radio Merkury, w ciągu zaledwie dwunastu godzin zmieni się w prawdziwego demona... A jednak. Wracając dziś z ostatnich w tym roku ogrodniczych zakupów z moją szanowną rodzicielką, miałam okazję przekonać się, że - nawet w tak dobrodusznym stworzeniu jak mój wysłużony wehikuł - czaić się mogą niezgłębione pokłady czystego zła.
Po szybkim shoppingu i nieudanej próbie znalezienia w Grodzisku krzewów czarnej porzeczki (nie drzewek ani innych ogrodowych figli-migli, tylko klasycznych krzaczków... mission impossible, są ponoć niemodne), skoczyłyśmy jeszcze na cmentarz i uporządkować nieco grób dziadków. Nie, żeby był zaniedbany - mama na cmentarzu bywa zwykle co drugi dzień. Po prostu dziś mogłyśmy zajrzeć tam obie.
Lodowaty wiatr dość szybko przegnał nas z cmentarza do samochodu. Zapięłyśmy pasy, odpaliłam silnik, włączyłam światła, radio, myślenie i... nagle usłyszałam klakson. Ale nie jakieś tam trąbnięcie, tylko ciągły sygnał klaksonu, głośny jak syrena alarmowa...
Po szybkim shoppingu i nieudanej próbie znalezienia w Grodzisku krzewów czarnej porzeczki (nie drzewek ani innych ogrodowych figli-migli, tylko klasycznych krzaczków... mission impossible, są ponoć niemodne), skoczyłyśmy jeszcze na cmentarz i uporządkować nieco grób dziadków. Nie, żeby był zaniedbany - mama na cmentarzu bywa zwykle co drugi dzień. Po prostu dziś mogłyśmy zajrzeć tam obie.
Lodowaty wiatr dość szybko przegnał nas z cmentarza do samochodu. Zapięłyśmy pasy, odpaliłam silnik, włączyłam światła, radio, myślenie i... nagle usłyszałam klakson. Ale nie jakieś tam trąbnięcie, tylko ciągły sygnał klaksonu, głośny jak syrena alarmowa...
piątek, 16 stycznia 2015
Kolejowa trauma
Ten wpis nie powstałby, gdybym - lekko już przerażona stanem układu wspomagania - nie oddała Myszy w czułe (za odpowiednią opłatą, oczywiście) ręce mechanika. Nie powstałby, bo mając pod ręką samochód, nie skorzystałabym z usług Kolei Wielkopolskich, by dostać się na skrócony weekend (w niedzielę wieczorem będę już w pracy) do Grodziska. Nie powstałby też, gdybym wyszła z pracy 10 minut wcześniej, bo wtedy zdążyłabym na autobus o 17.30, a nie na pociąg o 17.51.
No, ok, pewnie ma tu też pewien wpływ moje lenistwo - pociąg z Poznania do Grąblewa (to pachnąca jeszcze nowością stacja na trasie do Grodziska, z której mam ciut bliżej do domu niż z dworca, he, he, głównego) jedzie wg planu 48 minut, autobus - jakieś 80 minut.
Stało się. Wsiadłam do pociągu, znalazłam - o dziwo! - miejsce siedzące, ulokowałam bagaż na półce, a wzrok - w moim ukochanym czytniku e-booków i przygotowałam się na kilkudziesięciominutowy stan bezczynności, skupiając się na wydarzeniach w świecie wykreowanym przez Pratcheta...
Bez większych przeszkód, nie licząc około 2-minutowego opóźnienia na starcie, udało się dojechać do Strykowa. Sukces. Ale później...
No, ok, pewnie ma tu też pewien wpływ moje lenistwo - pociąg z Poznania do Grąblewa (to pachnąca jeszcze nowością stacja na trasie do Grodziska, z której mam ciut bliżej do domu niż z dworca, he, he, głównego) jedzie wg planu 48 minut, autobus - jakieś 80 minut.
Stało się. Wsiadłam do pociągu, znalazłam - o dziwo! - miejsce siedzące, ulokowałam bagaż na półce, a wzrok - w moim ukochanym czytniku e-booków i przygotowałam się na kilkudziesięciominutowy stan bezczynności, skupiając się na wydarzeniach w świecie wykreowanym przez Pratcheta...
Bez większych przeszkód, nie licząc około 2-minutowego opóźnienia na starcie, udało się dojechać do Strykowa. Sukces. Ale później...
piątek, 2 stycznia 2015
"Ważne są tylko te dni..."
Skłamałabym - a przecież nie godzi się kalać pierwszych, niezapisanych jeszcze kart stycznia ordynarnym kłamstwem - gdybym napisała, że rok 2014 będę wspominać z rozrzewnieniem. Przeciwnie: usiłując wczoraj wznieść toast, jednocześnie nie pozwalając się staranować przerażonej Aksie, która schronienia przed północnym hałasem szukała w nogawce mojej pidżamy (co dla dwudziestokilogramowego psa może stanowić drobny kłopot logistyczny), odczułam rodzaj ulgi, że ta parszywa czternastka wreszcie znika z kalendarzy, dokumentów i wszelkich czasomierzy.
Niech mija!
Niech przepada!
Nie będę za nią tęsknić.
* * *
Szampan poszumiał w głowie i zniknął, pies powoli dochodzi do siebie (w tym roku nie pomogły nawet środki uspokajające - po tym, jak 27 grudnia hotel Groklin-Rodan zafundował nam noc hałasu, Aksa była coraz bardziej nerwowa, a wczoraj i przedwczoraj przeżywała swoje małe, prywatne piekło...).
A ja?
Ja w duchu podliczam bilans rocznych zysków i strat, głupot, które popełniłam, i wiedzy nabytej czasami sporym kosztem. Nie ma co ukrywać, dostałam w tym roku po dupie i to nieźle. Zniszczyłam to i owo, pozbyłam się kilku złudzeń, kilka postaci spadło z piedestałów, które im przeznaczyłam. Bywa.
Ale też trochę wygrałam. Rozruszałam moją rodzinę, wprowadziłam w życie plan porządków i remontów w domu w Grodzisku. Zyskałam (kosztowną, ale i przydatną) wiedzę. O sobie. O ludziach. O świecie.
I choć wciąż wychodzi z tego wartość ujemna, to jednak potraktuję to jako punkt odbicia. Na przyszłość.
W końcu "ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy".
Oby Grechuta się nie mylił.
Udanego nowego roku, Czytacze! :-)
Niech mija!
Niech przepada!
Nie będę za nią tęsknić.
* * *
Szampan poszumiał w głowie i zniknął, pies powoli dochodzi do siebie (w tym roku nie pomogły nawet środki uspokajające - po tym, jak 27 grudnia hotel Groklin-Rodan zafundował nam noc hałasu, Aksa była coraz bardziej nerwowa, a wczoraj i przedwczoraj przeżywała swoje małe, prywatne piekło...).
A ja?
Ja w duchu podliczam bilans rocznych zysków i strat, głupot, które popełniłam, i wiedzy nabytej czasami sporym kosztem. Nie ma co ukrywać, dostałam w tym roku po dupie i to nieźle. Zniszczyłam to i owo, pozbyłam się kilku złudzeń, kilka postaci spadło z piedestałów, które im przeznaczyłam. Bywa.
Ale też trochę wygrałam. Rozruszałam moją rodzinę, wprowadziłam w życie plan porządków i remontów w domu w Grodzisku. Zyskałam (kosztowną, ale i przydatną) wiedzę. O sobie. O ludziach. O świecie.
I choć wciąż wychodzi z tego wartość ujemna, to jednak potraktuję to jako punkt odbicia. Na przyszłość.
W końcu "ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy".
Oby Grechuta się nie mylił.
Udanego nowego roku, Czytacze! :-)
poniedziałek, 29 grudnia 2014
Filantropijny terroryzm
Pamiętacie piękne opowieści, których bohaterem był Robin Hood? Angielskie legendy, film z Kevinem Costnerem zna pewnie każdy, podobnie jak jego komediowy odpowiednik o słynnych facetach w rajtuzach. Z dzieciństwa pamiętam bajkę, w której legendarne postaci przybrały formę zwierzaków - niedźwiedzi, zajęcy, lisów... A jest jeszcze kilka książek - jak choćby te spisane przez honorowego obywatela Poznania, Tadeusza Kraszewskiego...
Co łączyło te opowieści? Oczywiście główny bohater, który rabował bogatych, by to, co uzyskał, oddawać ubogim. Piękna sprawa, prawda? Urok legendy słynnego rabusia w kapturze robi swoje...
Ale do czasu. Bo kiedy się tak człowiek zastanowi, czar pryska. Czy bowiem pomaganie komuś, będące jednocześnie szkodzeniem komuś innemu, można nazwać szlachetnym? Czy cudza krzywda (nieważne, czyja - człowiek to człowiek) nie neguje samej idei pomocy?
Robin Hood i paradoks pomocy poprzez cudzą krzywdę przypomniał mi się po ostatnim weekendzie spędzonym w Grodzisku, u rodziców. Przypomniał się dość boleśnie, bo w nocy po dość męczącej i pracowitej sobocie. A konkretniej - między 23.00 a 2.30...
Powodem mojej bezsenności nie były filozoficzne rozważania o angielskich legendach. Przyczynę stanowił hałas dobiegający z obiektu mieszczącego się po drugiej stronie ulicy, czyli ze stadionu.
UWAGA! Jeśli jesteś jednostką podatną na populistyczne zagrywki, los "biednych dzieci z domów dziecka" etc., nie czytaj, bo się zirytujesz. Ja jestem nieczuła, niestety. ;)
Co łączyło te opowieści? Oczywiście główny bohater, który rabował bogatych, by to, co uzyskał, oddawać ubogim. Piękna sprawa, prawda? Urok legendy słynnego rabusia w kapturze robi swoje...
Ale do czasu. Bo kiedy się tak człowiek zastanowi, czar pryska. Czy bowiem pomaganie komuś, będące jednocześnie szkodzeniem komuś innemu, można nazwać szlachetnym? Czy cudza krzywda (nieważne, czyja - człowiek to człowiek) nie neguje samej idei pomocy?
Robin Hood i paradoks pomocy poprzez cudzą krzywdę przypomniał mi się po ostatnim weekendzie spędzonym w Grodzisku, u rodziców. Przypomniał się dość boleśnie, bo w nocy po dość męczącej i pracowitej sobocie. A konkretniej - między 23.00 a 2.30...
Powodem mojej bezsenności nie były filozoficzne rozważania o angielskich legendach. Przyczynę stanowił hałas dobiegający z obiektu mieszczącego się po drugiej stronie ulicy, czyli ze stadionu.
UWAGA! Jeśli jesteś jednostką podatną na populistyczne zagrywki, los "biednych dzieci z domów dziecka" etc., nie czytaj, bo się zirytujesz. Ja jestem nieczuła, niestety. ;)
środa, 1 stycznia 2014
13 pierwszych razów. Refleksja po ostatnim dniu 2013 roku
Gdzie nie spojrzę, tam podsumowania i zestawienia: książek, ciuchów, ludzi, ciąż, rozwodów, wpadek, plotek, diet, postanowień, gier, fryzur i plotek roku... Zestawiane po 10, 50 albo 100 - mają wypełnić luki w nudnawych sylwestrowo-noworocznych serwisach informacyjnych, załatać dziury na porzuconych na czas świąt (albo i dłużej, tak, tak, kajam się tutaj publicznie...) blogach, uzupełnić "kontent" bez większego wysiłku, bo - najczęściej - dzięki stworzonym już wcześniej i tylko odgrzanym oraz okrojonym odpowiednio treściom... ;-)
Jak Bozię kocham, chciałam uniknąć tego zestawieniowego trendu. Uległam jednak po długiej walce z własnymi zachciankami. Tak, ja też Was skatuję swoim prywatnym i absolutnie subiektywnym podsumowaniem, nadrabiając choć trochę długie tygodnie milczenia. Jeśli więc macie już dość takich końcoworocznych refleksji i wyliczanek, ostrzegam - nie czytajcie reszty tego wpisu. Żeby nie było! :-P
13 PIERWSZYCH RAZÓW W 2013 ROKU
(kolejność przypadkowa)
Prywatny ranking Nulka
Jak Bozię kocham, chciałam uniknąć tego zestawieniowego trendu. Uległam jednak po długiej walce z własnymi zachciankami. Tak, ja też Was skatuję swoim prywatnym i absolutnie subiektywnym podsumowaniem, nadrabiając choć trochę długie tygodnie milczenia. Jeśli więc macie już dość takich końcoworocznych refleksji i wyliczanek, ostrzegam - nie czytajcie reszty tego wpisu. Żeby nie było! :-P
13 PIERWSZYCH RAZÓW W 2013 ROKU
(kolejność przypadkowa)
Prywatny ranking Nulka
sobota, 31 sierpnia 2013
Książeczka, motyle i buty wikarego
Śmierć babci nie spadła na mnie niespodziewanie. Tak naprawdę ta osiemdziesięcioletnia staruszka odchodziła od kilku lat. Najpierw powoli, niezauważalnie, a później - wskutek postępującej miażdżycy i cukrzycy - coraz dotkliwiej dawało się odczuć, że to już nie ta sama osoba, która była przez lata moją największą powiernicą w rodzinie. Znikała. Zapadała się w sobie: dosłownie - bo z korpulentnej starszej pani zmieniła się pod koniec życia w wychudzoną i zniszczoną chorobami staruszkę, i w przenośni - odcinając się coraz bardziej od świata, od ukochanych seriali, gazet, a wreszcie od rozmów z domownikami...
Nie. To nie była niespodzianka. Ale i tak boli.
Wczoraj, w dzień tak piękny, jak tylko potrafią być piękne ostatnie dni lata, odbył się na grodziskim cmentarzu pogrzeb babci. To była dla mnie granica, którą wyznaczyłam sobie już we wtorek, wychodząc z pracy: do tej chwili miałam nie płakać, nie rozklejać się, tylko działać, żeby maksymalnie odciążyć mamę, zmęczoną wielotygodniowym trwaniem przy łóżku chorej w dzień i w nocy. I prawie mi się to udało. Prawie, bo kiedy w kościele zabrzmiała pieśń Anielski orszak, ta przedostatnia pogrzebowa pieśń, poprzedzająca wyprowadzenie trumny z kaplicy, śpiewałam już, płacząc.
Nie chcę jednak wspominać tego dnia przez pryzmat łez.
Chcę zapamiętać coś więcej.
Nie. To nie była niespodzianka. Ale i tak boli.
Wczoraj, w dzień tak piękny, jak tylko potrafią być piękne ostatnie dni lata, odbył się na grodziskim cmentarzu pogrzeb babci. To była dla mnie granica, którą wyznaczyłam sobie już we wtorek, wychodząc z pracy: do tej chwili miałam nie płakać, nie rozklejać się, tylko działać, żeby maksymalnie odciążyć mamę, zmęczoną wielotygodniowym trwaniem przy łóżku chorej w dzień i w nocy. I prawie mi się to udało. Prawie, bo kiedy w kościele zabrzmiała pieśń Anielski orszak, ta przedostatnia pogrzebowa pieśń, poprzedzająca wyprowadzenie trumny z kaplicy, śpiewałam już, płacząc.
Nie chcę jednak wspominać tego dnia przez pryzmat łez.
Chcę zapamiętać coś więcej.
sobota, 22 czerwca 2013
Koniec epoki
Epoka to - według słownika - okres stanowiący jeden z etapów dziejowych. Czy 15 lat zasługuje już na takie określenie, czy może należałoby się z tym powstrzymać, zanim czas łaskawie nie dopisze na końcu jeszcze kilku nobliwych zer? W odniesieniu do znanych nam z historii epok piętnastolecie przedstawia się nader marnie. Z drugiej strony to jednak ponad połowa mojego życia, jeśli więc weźmie się pod uwagę ten punkt odniesienia, rzecz nabiera zupełnie innego wymiaru.
Uczepiłam się tej liczby nie bez powodu. Nieco ponad 15 lat temu w moim - a raczej: w życiu mojej rodziny pojawiła się biało-czarna i bardzo puchata kulka. Czarny łepek, błyszczące oczka, zawadiacko przekrzywione ucho i cztery niezgrabne łapki, ledwo dające sobie radę z utrzymaniem w równowadze ciała zakończonego poruszającym się non stop ogonkiem...
Nuki. Nasz pierwszy i - prócz Aksy, która jednak należy już wyłącznie do mnie - jedyny pies. Kochany podwórzowiec o złotym sercu i niespożytej energii. Kiedy był mały, spotkani na ulicy ludzie śmiali się, że mam na smyczy miniaturkę bernardyna. Kiedy podrósł, na szczęście nie osiągnąwszy rozmiarów, które usiłowano mu wmówić, z psa "pokazowego", "spacerowego", stał się wiernym stróżem naszego domu.
Ileż ja chwil spędziłam, wpatrując się w te brązowe, poczciwe oczy i myśląc, że to jedyne stworzenie w okolicy, które mnie jako-tako rozumie... Ile było zabawy przy każdej psiej kąpieli... I tylko ten czarny pyszczek siwiał z roku na rok coraz bardziej. I tylko oczy z roku na rok ślepły, aż w końcu zupełnie przestały się przydawać, ustępując nosowi, łapom i psiej intuicji...
Jeszcze kilka dni temu opowiadałam o nim jednemu ze znajomych aktorów, który sam ma w domu psiego emeryta. Mówiłam, jak dzielnie radzi sobie nasz staruszek - mimo utraty sił i wzroku.
Dziś tego staruszka już nie ma.
Dziś wczesnym wieczorem Nuki powlókł się do swojego ulubionego schronienia pod schodami, w którym zawsze przeczekiwał upały. Zaskamlał cicho kilka razy - zdarzało mu się tak marudzić od czasu do czasu. Ale tym razem nie marudził. Umarł.
Odszedł cicho i niekłopotliwie - tak jak żył, biedny, kochany emeryt.
A za nim równie cicho zamknęły się drzwi tej piętnastoletniej epoki, nazwanej tu dla uproszczenia: moją młodością.
Zostałam po złej stronie.
czwartek, 20 czerwca 2013
Echo serca
Oświadczam: jestem sentymentalną gęsią z inklinacjami muzycznymi. Pozuję czasami na intelektualistkę, zdarza mi się udawać wredną małpę, bywam konkretną, twardo stąpającą po ziemi niewiastą... ale to wszystko kamuflaż. Bo wystarczy banalna melodyjka z przeszłości, romantyczny przebój sprzed lat i maska spada, odsłaniając żałosną prawdę. Co za wstyd...
Dziś mogłam się kolejny raz przekonać o tej sile mojej słabości. Wystarczyły pierwsze dźwięki starego hitu Perfectu Nie mogę Ci wiele dać i nagle - niczym bohaterowie tandetnych filmów o podróżach w przeszłość - znajduję się znów w dużej sali gimnastycznej przy mojej podstawówce.
Jestem w siódmej klasie - okropny wiek, okropny czas dla brzydkiej, zakompleksionej i nieśmiałej pannicy. Trwa właśnie szkolna dyskoteka - pod sufitem zwisa połyskująca kula wypożyczona na tę okazję od grodziskiego zawodowego wodzireja, a w jednym z kątów sali kolega z liceum bawi się w didżeja, inkasując zachwycone spojrzenia małolat (bo przecież taki jest dorosły i mądry). Na parkiecie pląsają grupki młodzieży z klas szóstych, siódmych i ósmych - część z nich jest koedukacyjna, zdecydowana większość to jednak kółeczka tylko damskie lub tylko męskie - takie czasy.
Dziś mogłam się kolejny raz przekonać o tej sile mojej słabości. Wystarczyły pierwsze dźwięki starego hitu Perfectu Nie mogę Ci wiele dać i nagle - niczym bohaterowie tandetnych filmów o podróżach w przeszłość - znajduję się znów w dużej sali gimnastycznej przy mojej podstawówce.
Jestem w siódmej klasie - okropny wiek, okropny czas dla brzydkiej, zakompleksionej i nieśmiałej pannicy. Trwa właśnie szkolna dyskoteka - pod sufitem zwisa połyskująca kula wypożyczona na tę okazję od grodziskiego zawodowego wodzireja, a w jednym z kątów sali kolega z liceum bawi się w didżeja, inkasując zachwycone spojrzenia małolat (bo przecież taki jest dorosły i mądry). Na parkiecie pląsają grupki młodzieży z klas szóstych, siódmych i ósmych - część z nich jest koedukacyjna, zdecydowana większość to jednak kółeczka tylko damskie lub tylko męskie - takie czasy.
poniedziałek, 17 czerwca 2013
AKSA, DAJ GŁOS! Miłość jak bambosz
Podczas ponad 8 lat w Krakowie miałam okazję przekonać się, na jak różne typy współlokatorów można trafić w akademikach tudzież mieszkaniach studenckich. Są ludzie, których wolałabym zapomnieć (i - aby ułatwić ten proces - nie będę tu przytaczać ich imion), są też tacy, których wspominać będę zawsze z rozczuleniem - jak choćby Madzia, z którą przemieszkałam 2 lata, najpierw przy ul. Jadwigi z Łobzowa, później na Grzegórzkach, a później przy Kalwaryjskiej. Przedstawicieli pierwszej kategorii lepiej unikać. Za to z przedstawicielami tej drugiej człowiek gotów byłby podzielić się ostatnią koszulą... albo na przykład miejscem na blogu.
Piszę o tym nie bez przyczyny: od 3 tygodni nie mieszkam już sama. W moje życie - na czterech zgrabnych i włochatych łapach - wkroczyła Aksa, zwariowany mieszaniec owczarkopodobny (konia z rzędem temu, kto zgadnie, jaką rasę przypomina najbardziej), 2-letnia wariatka o wyjątkowo silnym charakterze, zabawnym, guzikopodobnym nochalu i roztapiającym serce spojrzeniu. Właśnie siedzi na kanapie obok i z ciekawością przygląda się mojemu majstrowaniu przy klawiaturze. Niech się i ona po-pisze. Aksa, daj głos! :-)
* * *
No i stało się. To ja, Aksa, nowa lokatorka. Anula oderwała mnie właśnie od mojej ulubionej zabawy polegającej na systematycznym rozdrabnianiu na miniaturowe łatki starego pomarańczowego kocyka, który dostałam od jej mamy "do łóżeczka", i domaga się ode mnie jakiejś wprowadzającej wypowiedzi.
Piszę o tym nie bez przyczyny: od 3 tygodni nie mieszkam już sama. W moje życie - na czterech zgrabnych i włochatych łapach - wkroczyła Aksa, zwariowany mieszaniec owczarkopodobny (konia z rzędem temu, kto zgadnie, jaką rasę przypomina najbardziej), 2-letnia wariatka o wyjątkowo silnym charakterze, zabawnym, guzikopodobnym nochalu i roztapiającym serce spojrzeniu. Właśnie siedzi na kanapie obok i z ciekawością przygląda się mojemu majstrowaniu przy klawiaturze. Niech się i ona po-pisze. Aksa, daj głos! :-)
* * *
No i stało się. To ja, Aksa, nowa lokatorka. Anula oderwała mnie właśnie od mojej ulubionej zabawy polegającej na systematycznym rozdrabnianiu na miniaturowe łatki starego pomarańczowego kocyka, który dostałam od jej mamy "do łóżeczka", i domaga się ode mnie jakiejś wprowadzającej wypowiedzi.
środa, 13 marca 2013
Granice muzycznej przyzwoitości
Już od kilkunastu lat nie śpiewałam publicznie (no, chyba że przy ognisku i po solidnej porcji jakiegoś procentowego "znieczulacza" - dla widowni, nie dla mnie...). Nie umiem - choć kiedyś, w okolicach szkoły podstawowej, szło mi to całkiem nieźle. Niestety, brak regularnych ćwiczeń "aparatury" robi swoje - straciłam głos, pewnie już na amen... Dlatego nie śpiewam publicznie i basta.
Nie znaczy to jednak, że w ogóle nie wydaję z siebie dźwięków nawiązujących mniej lub bardziej do tego, co w powszechnym przekonaniu uchodzi za muzykę. Owszem, zdarza mi się nucić coś pod nosem, kiedy prowadzę samochód, sprzątam, zmywam gary albo coś pichcę. Śpiewam też od czasu do czasu w kościele, choć z racji grzesznego żywota, jaki pędzę obecnie, nieczęsto miewam do tego okazję... A szkoda, bo podobno ten, kto śpiewa, modli się dwa razy. O ile, oczywiście, wierzy się w moc modlitwy.
Nie znaczy to jednak, że w ogóle nie wydaję z siebie dźwięków nawiązujących mniej lub bardziej do tego, co w powszechnym przekonaniu uchodzi za muzykę. Owszem, zdarza mi się nucić coś pod nosem, kiedy prowadzę samochód, sprzątam, zmywam gary albo coś pichcę. Śpiewam też od czasu do czasu w kościele, choć z racji grzesznego żywota, jaki pędzę obecnie, nieczęsto miewam do tego okazję... A szkoda, bo podobno ten, kto śpiewa, modli się dwa razy. O ile, oczywiście, wierzy się w moc modlitwy.
środa, 6 marca 2013
Primum non nocere
"Są już państwo skończonymi łacinnikami..." - tak niezapomniany doktor Jan Godyń, specjalista do spraw angedotek i historii języka polskiego (kolejność specjalizacji nie jest przypadkowa), zwykł zaczynać wywody dotyczące związków polszczyzny z jej starszą siostrą, łaciną, licząc, iż nasza znajomość języka starożytnych Rzymian pomoże nam w zrozumieniu największych nawet zawiłości gramatyczno-historycznych... Otóż tak. Nulek jest skończonym łacinnikiem, co oznacza, że przez 2 lata studiów grzecznie pojawiał się na zajęciach (nawet w poniedziałkowe poranki), zgłębiał tajniki deklinacji i koniugacji, tłumaczył nieszczęsnego Cezara i spółkę, a wreszcie - całkiem przyzwoicie zdał egzamin.I jako skończony łacinnik potrafi też od czasu do czasu błysnąć w towarzystwie jakąś zgrabną starożytną sentencyjką, choć ze względu na postępującą sklerozę zdarza się to Nulkowi coraz rzadziej.
Jedną wszakże sentencję Nulek pamięta bardzo dobrze. Primum non nocere. I nieważne, czy zasadę tę sformułował Hipokrates, czy może geniusz Imhotep. Ważne, że - podobno - wciąż stanowi ona podstawę etyki lekarskiej. Podobno...
Problem w tym, że Nulek od jakiegoś czasu ma poważne wątpliwości dotyczące tłumaczenia. A wszystko przez Nulkową babcię.
Jedną wszakże sentencję Nulek pamięta bardzo dobrze. Primum non nocere. I nieważne, czy zasadę tę sformułował Hipokrates, czy może geniusz Imhotep. Ważne, że - podobno - wciąż stanowi ona podstawę etyki lekarskiej. Podobno...
Problem w tym, że Nulek od jakiegoś czasu ma poważne wątpliwości dotyczące tłumaczenia. A wszystko przez Nulkową babcię.
czwartek, 28 lutego 2013
Luty w pięciu smakach
Uwaga! W dzisiejszym odcinku programu "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie..." zajmiemy się wyjątkowym zniknięciem. Otóż zwiał mi dokądś cały luty!
Sypnął śniegiem, by odwrócić moją uwagę, poszczypał nieco w policzki, zawrócił w głowie parapetówką i urodzinami mojej mamy, i ani się obejrzałam, a już zaczął zwijać swój zimowy interes. Za kilka godzin pewnie znikną po nim wszelkie ślady... a ja zostanę na lodzie. Choć - sądząc po prognozach pogody - raczej w kałuży.
Próbowałam go łapać, ale bezskutecznie. Po prostu przeciekł mi przez palce - jak czas w jednym z moich ulubionych wierszy Haliny Poświatowskiej (pisałam o nim tutaj). Zostało po nim tylko pięć smaków - po jednym na każdy palec. ;-)
Sypnął śniegiem, by odwrócić moją uwagę, poszczypał nieco w policzki, zawrócił w głowie parapetówką i urodzinami mojej mamy, i ani się obejrzałam, a już zaczął zwijać swój zimowy interes. Za kilka godzin pewnie znikną po nim wszelkie ślady... a ja zostanę na lodzie. Choć - sądząc po prognozach pogody - raczej w kałuży.
Próbowałam go łapać, ale bezskutecznie. Po prostu przeciekł mi przez palce - jak czas w jednym z moich ulubionych wierszy Haliny Poświatowskiej (pisałam o nim tutaj). Zostało po nim tylko pięć smaków - po jednym na każdy palec. ;-)
niedziela, 6 stycznia 2013
Mój słownik. Edycja 2012
Ha! Dlaczego nikt, ale to nikt nie przypomniał mi o tym, że 2 stycznia minęła rocznica założenia bloga (pomijając fakt, że prawie nikt tych moich wypocin nie czyta)? ;-) Nieładnie... No, ale sama też muszę się pokajać, moje życie toczy się ostatnio w tak cudownie szybkim tempie, że nie miałam czasu pomyśleć o tym odpowiednio wcześnie. I jest to najlepsza, najprzyjemniejsza z możliwych wymówek!
Jednak - mimo tej wpadki kalendarzowej - przyznaję, że nie umiałabym już żyć bez pisania tutaj. Nie tylko dlatego, że uzewnętrznianie się w tej formie przynosi ulgę i pozwala uporządkować galopadę myśli w głowie, ale też dlatego, że pozwala zachować giętkość palców. Oczywiście tę metaforyczną, związaną z łatwością formułowania myśli. Od kiedy tworzę "Anulowe zapiski", idzie mi to znacznie szybciej i naturalniej - dotykam klawiatury i po prostu: odpływam... :)
Ale dziś - zamiast zwierzeń - znajdzie się tutaj coś w rodzaju podsumowania. Ot, taki mój mały słowniczek, gromadzący w kolejności alfabetycznej najważniejsze hasła, które towarzyszyły mi w 2012 roku. Kto wie, może znajdziecie tu coś... o sobie? ;-) Zapraszam do lektury i ewentualnej dyskusji. :-)
MÓJ SŁOWNIK
EDYCJA 2012
* * *
A
Afery - hasło roku, niewątpliwie. Rozkręciłam ich w tym roku kilka, a najbardziej medialne okazały się sprawy przychodni na Szwedzkiej (to jeden z nielicznych powodów, które sprawiają, że cieszy mnie wyprowadzka z Krakowa - nie będę już musiała martwić się tym przeklętym miejscem na mapie miasta...) oraz niesławnej Fundacji Benefac. Nie żałuję, że się odezwałam. Niewiele mogę zdziałać sama w sprawach, które mnie wkurzają, ale jeśli istnieje choć cień szansy na nagłośnienie problemu i - być może - rozwiązanie go, to nie zamierzam siedzieć cicho. Nigdy. Spodziewajcie się tego. :-)
Auto - 2012 rok zapisze się w mojej pamięci również jako rok ostatecznego rozstania z Białą Strzałą. 10 lat. Mój najdłuższy i najpiękniejszy związek. Zostały mi po niej tablice rejestracyjne, które w poniedziałek muszę oddać do urzędu. I misiek, który dumnie rozsiadał się pod przednią szybą. No i moc wspomnień. Dobranoc, Biała Strzało.
wtorek, 1 stycznia 2013
Wyjątkowy sylwester
Ilekroć w moich rozmowach ze znajomymi padało hasło "sylwester 2012", tylekroć okazywało się, że obowiązującym planem jest... absolutny brak planów. Żadnych hucznych zabaw, żadnych wielkich imprez - zupełnie jakby ludzie nie wierzyli, że przetrwają ów głośny koniec świata, który miał nadejść 21 grudnia. Sama też zresztą nie planowałam niczego i dopiero pod koniec grudnia uznałam, że chcę spędzić ostatni wieczór 2012 roku we Wrocławiu, w gronie moich przyjaciół. To miała być krótka wizyta na jedną noc - 2 stycznia muszę się przecież zjawić na badaniach profilaktycznych, żeby 3 stycznia móc już normalnie (po tak długiej przerwie...) do pracy. Taki był plan. Taaak...
Ponieważ jednak postanowiłam do końca roku załatwić swoje krakowskie interesy, przed wyprawą do Wrocławia musiałam jeszcze odwiedzić Kraków, by pożyczonym od kuzyna samochodem wywieźć swoje graty. W końcu w Poznaniu czekało już na nie moje nowe lokum. :-)
Na mojej ukochanej łagiewnickiej górce mieszkałam przez - bagatelka - ponad 2 lata. Nie przypuszczałam jednak, że na 33 mkw. uda mi się w tym czasie zgromadzić aż tyle książek, garnków, ciuchów i innych sprzętów, o kolekcji świeczek, zapasie pościeli i słoików nie wspominając. W swojej naiwności liczyłam, że zdołam spakować wszystko w jeden wieczór, załadować do pojemnego przecież auta i ruszyć do domu w ciągu 24 godzin. Zwłaszcza, że cmok-kanapa, fotele, pralka i kilka innych dużych sprzętów miały zostać w grodzie Kraka - dla potomnych... ;-)
No cóż, mówiąc krótko - nie udało się.
Ponieważ jednak postanowiłam do końca roku załatwić swoje krakowskie interesy, przed wyprawą do Wrocławia musiałam jeszcze odwiedzić Kraków, by pożyczonym od kuzyna samochodem wywieźć swoje graty. W końcu w Poznaniu czekało już na nie moje nowe lokum. :-)
Na mojej ukochanej łagiewnickiej górce mieszkałam przez - bagatelka - ponad 2 lata. Nie przypuszczałam jednak, że na 33 mkw. uda mi się w tym czasie zgromadzić aż tyle książek, garnków, ciuchów i innych sprzętów, o kolekcji świeczek, zapasie pościeli i słoików nie wspominając. W swojej naiwności liczyłam, że zdołam spakować wszystko w jeden wieczór, załadować do pojemnego przecież auta i ruszyć do domu w ciągu 24 godzin. Zwłaszcza, że cmok-kanapa, fotele, pralka i kilka innych dużych sprzętów miały zostać w grodzie Kraka - dla potomnych... ;-)
No cóż, mówiąc krótko - nie udało się.
niedziela, 16 grudnia 2012
Nulek w Krainie Pomiędzy
Witaj w Krainie Pomiędzy.
Tu nic nie jest na stałe, na zawsze i na pewno.
Tu ciągle znajdujesz się w połowie drogi, dokądkolwiek by ona nie prowadziła. Jak u Dantego - "w życia wędrówce, na połowie czasu"...
Tu jeszcze wszystko może się zdarzyć - choć przecież wcale nie musi...
Istnienie Krainy Pomiędzy odkryłam dziś popołudniu w Muzeum Sztuki Współczesnej, do którego zawędrowałyśmy z Wiedźmą Joasią, by nadrobić nieco kulturalne zaległości. Muszę przyznać w tym miejscu, że do sztuki współczesnej - czyli do wszystkiego, co powstało po 1939 roku - podchodzę z założenia niczym pies do jeża. Powolutku. Nieufnie. I w pełnej gotowości do odwrotu - gdy tylko zajdzie taka potrzeba...
Nie rozumiem tych nowoczesnych happeningów, nie znam się na post-teoriach i post-nurtach. Czarny kwadrat na białym tle to dla mnie dowcip, nie zaś dzieło warte miliony... Mimo to zdarza mi się odwiedzać świątynie nowoczesnej sztuki - choćby po to, by utwierdzać się w przekonaniu, że to zupełnie nie moja bajka...
A jednak - znalazłam w MoCAKu miejsce dla siebie i swojej nieufności.
Maleńką salkę wydzieloną z wystawy czasowej, pełną światła i liter układających się w to jedno słowo: "między".
Tu nic nie jest na stałe, na zawsze i na pewno.
Tu ciągle znajdujesz się w połowie drogi, dokądkolwiek by ona nie prowadziła. Jak u Dantego - "w życia wędrówce, na połowie czasu"...
Tu jeszcze wszystko może się zdarzyć - choć przecież wcale nie musi...
Istnienie Krainy Pomiędzy odkryłam dziś popołudniu w Muzeum Sztuki Współczesnej, do którego zawędrowałyśmy z Wiedźmą Joasią, by nadrobić nieco kulturalne zaległości. Muszę przyznać w tym miejscu, że do sztuki współczesnej - czyli do wszystkiego, co powstało po 1939 roku - podchodzę z założenia niczym pies do jeża. Powolutku. Nieufnie. I w pełnej gotowości do odwrotu - gdy tylko zajdzie taka potrzeba...
Nie rozumiem tych nowoczesnych happeningów, nie znam się na post-teoriach i post-nurtach. Czarny kwadrat na białym tle to dla mnie dowcip, nie zaś dzieło warte miliony... Mimo to zdarza mi się odwiedzać świątynie nowoczesnej sztuki - choćby po to, by utwierdzać się w przekonaniu, że to zupełnie nie moja bajka...
A jednak - znalazłam w MoCAKu miejsce dla siebie i swojej nieufności.
Maleńką salkę wydzieloną z wystawy czasowej, pełną światła i liter układających się w to jedno słowo: "między".
wtorek, 6 listopada 2012
Fundacja Benefac - nowa strona, starzy oszuści...
Gdy jakiś czas temu zainteresowałam się podejrzaną proweniencją przylepionej do naszego grodziskiego płotu ulotki, nie myślałam, że sprawa oszustw przeprowadzanych pod płaszczykiem dobroczynności aż tak mnie wciągnie... Ale cóż, rozpętałam małą burzę w mediach, uświadomiłam kilkoro znajomych, co można zrobić z takimi, pożal się Boże, ulotkami i teraz już po prostu z przyzwyczajenia sprawdzam co jakiś czas, co nowego objawiło się w temacie.
A objawień było kilka...
A objawień było kilka...
sobota, 3 listopada 2012
Świece w oknie
Jak na patentowaną wiedźmę za bardzo chyba lubię ogień, zupełnie zapominając o jego przykrych związkach z czasami Inkwizycji i polowań na czarownice... Niepomna na smutne losy moich poprzedniczek z upodobaniem wpatruję się w płomyki tańczące na parapecie. Mam tam całą kolekcję świec i kadzidełek. Kolorowe, pachnące, zawsze gotowe, by uprzyjemnić mi samotny wieczór. A zwłaszcza ostatni wieczór w Krakowie przed moją kolejną (krótką, mam nadzieję) wizytą w Wielkopolsce.
Jest coś podwójnie pocieszającego w świecy stojącej tuż przy szybie. Płomień przypomina radosne i żwawe zwierzątko. Jest jak żywa istota, której towarzystwo - choćby i milczące - pozwala znosić najczarniejsze godziny i rozjaśnia duszę. Ale jest też - i to właśnie owo drugie oblicze pocieszenia - sygnałem dla świata. Tu jestem! - woła. Znajdź mnie i osobę, która mnie rozpaliła. Czekamy!
Ileż to razy w rozmaitych powieścidłach pojawiał się ten motyw: ogarniającego świat mroku i okna z wystawioną w nim świecą widocznego w morzu ciemności z oddali. Życia, które opiera się wszelkim zakusom. Ratunku dla zbłąkanego wędrowca. I nadziei.
No dobrze, wiem, że zbłąkanym wędrowcom rzadko zdarza się bywać w Łagiewnikach o tak nietypowej porze, nie wspominając o zerkaniu w okna mieszkań na poziomie III piętra. Czasy się nieco zmieniły, przyznaję. Ale co z tego, skoro w świecie moich wyobrażeń królują wciąż pojęcia sprzed stulecia i wcale mi to nie przeszkadza? :-)
Siedzę więc i wpatruję się w płomienie na parapecie. Na zapas - bo w Grodzisku nie mam świec. W powietrzu unosi się ledwo wyczuwalny aromat pomarańczy i wanilii. Oswojone cienie urządzają sobie na ścianach dzikie harce. A w świat płynie staromodny sygnał: tu jestem. I czekam.
Tylko czy w świetle wszechobecnych lamp ktokolwiek dostrzeże słaby płomyk?
Jest coś podwójnie pocieszającego w świecy stojącej tuż przy szybie. Płomień przypomina radosne i żwawe zwierzątko. Jest jak żywa istota, której towarzystwo - choćby i milczące - pozwala znosić najczarniejsze godziny i rozjaśnia duszę. Ale jest też - i to właśnie owo drugie oblicze pocieszenia - sygnałem dla świata. Tu jestem! - woła. Znajdź mnie i osobę, która mnie rozpaliła. Czekamy!
Ileż to razy w rozmaitych powieścidłach pojawiał się ten motyw: ogarniającego świat mroku i okna z wystawioną w nim świecą widocznego w morzu ciemności z oddali. Życia, które opiera się wszelkim zakusom. Ratunku dla zbłąkanego wędrowca. I nadziei.
No dobrze, wiem, że zbłąkanym wędrowcom rzadko zdarza się bywać w Łagiewnikach o tak nietypowej porze, nie wspominając o zerkaniu w okna mieszkań na poziomie III piętra. Czasy się nieco zmieniły, przyznaję. Ale co z tego, skoro w świecie moich wyobrażeń królują wciąż pojęcia sprzed stulecia i wcale mi to nie przeszkadza? :-)
Siedzę więc i wpatruję się w płomienie na parapecie. Na zapas - bo w Grodzisku nie mam świec. W powietrzu unosi się ledwo wyczuwalny aromat pomarańczy i wanilii. Oswojone cienie urządzają sobie na ścianach dzikie harce. A w świat płynie staromodny sygnał: tu jestem. I czekam.
Tylko czy w świetle wszechobecnych lamp ktokolwiek dostrzeże słaby płomyk?
czwartek, 1 listopada 2012
Dwa rodzaje samotności i szczypta egoizmu
Jest pierwszy listopadowy wieczór. Sama jak palec, otulona szalem i z kubkiem gorącej herbaty w dłoni. siedzę w ulubionym kącie i trochę czytam, trochę marzę, od czasu do czasu zerkając na nocne niebo nad Krakowem... W tle sączą się cichutko kolejne piosenki Turnaua, a to Cichosza, a to Dotąd doszliśmy. Nie poszłam na żaden cmentarz - nie moi zmarli spoczywają pod tutejszą ziemią. Moim duchom zapaliłam jedynie świecę na parapecie - może zajrzą na herbatę? Mam w końcu spory zapas...
wtorek, 25 września 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)




