Nie dorobiłam się w mojej poznańskiej dziupli zbyt wielu zbytków. Na nieco ponad 30 metrach kwadratowych wynajętej prywatności nie mam ani zaawansowanego technologicznie sprzętu RTV, ani kuchennych cudów techniki (prócz solidnego blendera, miksera, który zniesie każdą moją kulinarną fanaberię i ekspresu do kawy - prezentu od znającej mnie i moje uzależnienia na wylot młodszej siostry), ani designerskich mebli godnych przeciętnej bohaterki typowego serialu o nowoczesnej samotnej kobiecie.
No, jakoś mi to nie wyszło. Mam za to regał pełen książek (tych ważnych dla mnie - i tych, które po prostu już nie zmieściły się w bazie w domu rodziców). Mam kolekcję kapeluszy. I mam prawdziwego ducha!
Zjawa poczyna sobie na razie nader nieśmiało, ale nie oszukujmy się, kto by się chciał wychylać zanadto, gdy dopiero kończy mu się umowa na okres próbny? ;-) Nie pobrzękuje łańcuchami, nie łaskocze mnie w wystające spod kołdry stopy, nie zawodzi po kątach (nie może - w bloku obowiązuje wszak cisza nocna!)... Ale jest. I patrzy na mnie wprost ze ściany.
Poznajcie się - to mój rodzinny duch. Prababcia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 6 października 2015
sobota, 31 sierpnia 2013
Książeczka, motyle i buty wikarego
Śmierć babci nie spadła na mnie niespodziewanie. Tak naprawdę ta osiemdziesięcioletnia staruszka odchodziła od kilku lat. Najpierw powoli, niezauważalnie, a później - wskutek postępującej miażdżycy i cukrzycy - coraz dotkliwiej dawało się odczuć, że to już nie ta sama osoba, która była przez lata moją największą powiernicą w rodzinie. Znikała. Zapadała się w sobie: dosłownie - bo z korpulentnej starszej pani zmieniła się pod koniec życia w wychudzoną i zniszczoną chorobami staruszkę, i w przenośni - odcinając się coraz bardziej od świata, od ukochanych seriali, gazet, a wreszcie od rozmów z domownikami...
Nie. To nie była niespodzianka. Ale i tak boli.
Wczoraj, w dzień tak piękny, jak tylko potrafią być piękne ostatnie dni lata, odbył się na grodziskim cmentarzu pogrzeb babci. To była dla mnie granica, którą wyznaczyłam sobie już we wtorek, wychodząc z pracy: do tej chwili miałam nie płakać, nie rozklejać się, tylko działać, żeby maksymalnie odciążyć mamę, zmęczoną wielotygodniowym trwaniem przy łóżku chorej w dzień i w nocy. I prawie mi się to udało. Prawie, bo kiedy w kościele zabrzmiała pieśń Anielski orszak, ta przedostatnia pogrzebowa pieśń, poprzedzająca wyprowadzenie trumny z kaplicy, śpiewałam już, płacząc.
Nie chcę jednak wspominać tego dnia przez pryzmat łez.
Chcę zapamiętać coś więcej.
Nie. To nie była niespodzianka. Ale i tak boli.
Wczoraj, w dzień tak piękny, jak tylko potrafią być piękne ostatnie dni lata, odbył się na grodziskim cmentarzu pogrzeb babci. To była dla mnie granica, którą wyznaczyłam sobie już we wtorek, wychodząc z pracy: do tej chwili miałam nie płakać, nie rozklejać się, tylko działać, żeby maksymalnie odciążyć mamę, zmęczoną wielotygodniowym trwaniem przy łóżku chorej w dzień i w nocy. I prawie mi się to udało. Prawie, bo kiedy w kościele zabrzmiała pieśń Anielski orszak, ta przedostatnia pogrzebowa pieśń, poprzedzająca wyprowadzenie trumny z kaplicy, śpiewałam już, płacząc.
Nie chcę jednak wspominać tego dnia przez pryzmat łez.
Chcę zapamiętać coś więcej.
środa, 13 marca 2013
Granice muzycznej przyzwoitości
Już od kilkunastu lat nie śpiewałam publicznie (no, chyba że przy ognisku i po solidnej porcji jakiegoś procentowego "znieczulacza" - dla widowni, nie dla mnie...). Nie umiem - choć kiedyś, w okolicach szkoły podstawowej, szło mi to całkiem nieźle. Niestety, brak regularnych ćwiczeń "aparatury" robi swoje - straciłam głos, pewnie już na amen... Dlatego nie śpiewam publicznie i basta.
Nie znaczy to jednak, że w ogóle nie wydaję z siebie dźwięków nawiązujących mniej lub bardziej do tego, co w powszechnym przekonaniu uchodzi za muzykę. Owszem, zdarza mi się nucić coś pod nosem, kiedy prowadzę samochód, sprzątam, zmywam gary albo coś pichcę. Śpiewam też od czasu do czasu w kościele, choć z racji grzesznego żywota, jaki pędzę obecnie, nieczęsto miewam do tego okazję... A szkoda, bo podobno ten, kto śpiewa, modli się dwa razy. O ile, oczywiście, wierzy się w moc modlitwy.
Nie znaczy to jednak, że w ogóle nie wydaję z siebie dźwięków nawiązujących mniej lub bardziej do tego, co w powszechnym przekonaniu uchodzi za muzykę. Owszem, zdarza mi się nucić coś pod nosem, kiedy prowadzę samochód, sprzątam, zmywam gary albo coś pichcę. Śpiewam też od czasu do czasu w kościele, choć z racji grzesznego żywota, jaki pędzę obecnie, nieczęsto miewam do tego okazję... A szkoda, bo podobno ten, kto śpiewa, modli się dwa razy. O ile, oczywiście, wierzy się w moc modlitwy.
piątek, 17 sierpnia 2012
Gra walizkowa
Podobno praktyka czyni mistrzem... Poddaję to twierdzenie w wątpliwość za każdym razem, gdy przychodzi mi zmierzyć się z wyzwaniem pakowania walizki czy plecaka. Zdarza się to dość często - a to wypad z Krakowa do Grodziska, a to z Grodziska do Poznania czy Lublina, a to nad Jezioro Rożnowskie albo do Wrocławia... Uwielbiam takie podróże, w końcu to ja, Jaś Wędrowniczek! Jednak pakowanie chętnie bym scedowała na kogoś innego - niech mnie ten ktoś wyręczy, ja nie lubię! Nie lubię i już!
Dawniej, w czasach szkolnych wycieczek, była to dla mnie prawdziwa przyjemność i rytuał, do którego przygotowywałam się co najmniej na tydzień przed wyjazdem do Karpacza czy Kłodzka, gromadząc potrzebne rzeczy, segregując je i selekcjonując... Bo pakowanie oznaczało zbliżającą się wspaniałą podróż i przygodę - choćby pod okiem wychowawcy. ;-) Gdy w moi pokoju pojawiał się wysłużony plecak pożyczany na takie okazje od kuzynów, wiedziałam już, że mogę zacząć finalne odliczanie do wycieczki. A że w tamtych zamierzchłych czasach podróże były to dla mnie jedyne wyprawy - na wakacje rodzinne nad morze czy zagranicę nie jeździliśmy, nigdy nie było na to kasy ani czasu - celebrowałam każdy moment przygotowań.
Dawniej, w czasach szkolnych wycieczek, była to dla mnie prawdziwa przyjemność i rytuał, do którego przygotowywałam się co najmniej na tydzień przed wyjazdem do Karpacza czy Kłodzka, gromadząc potrzebne rzeczy, segregując je i selekcjonując... Bo pakowanie oznaczało zbliżającą się wspaniałą podróż i przygodę - choćby pod okiem wychowawcy. ;-) Gdy w moi pokoju pojawiał się wysłużony plecak pożyczany na takie okazje od kuzynów, wiedziałam już, że mogę zacząć finalne odliczanie do wycieczki. A że w tamtych zamierzchłych czasach podróże były to dla mnie jedyne wyprawy - na wakacje rodzinne nad morze czy zagranicę nie jeździliśmy, nigdy nie było na to kasy ani czasu - celebrowałam każdy moment przygotowań.
czwartek, 16 sierpnia 2012
Wiedźma w sukience. Wyznanie eks-chłopczycy
To urocze, jak wymyślnymi niekiedy nazwami rodzice potrafią się zwracać do swoich pociech. Te wszystkie Myszki, Pączusie, Robaczki, Niunie... Do mnie mama, tata i babcia mówili najczęściej: "Ty łobuzie nicpoty!",albo "Ty mały rojbrze!". I - co tu kryć - mieli rację, chociaż oceniając mnie wyłącznie po zachowanych zdjęciach z wczesnej młodości, nikt nie wpadłby na to, że w tym pucołowatym i uśmiechniętym szeroko stworzonku drzemią takie pokłady energii do łobuzowania...
Stylówka a la Czerwony Kapturek ;-)
Tylko koszyczka brak...
Tylko koszyczka brak...
piątek, 10 sierpnia 2012
Nigdy więcej wesel
Chyba czas na nowe postanowienie śródroczne: nigdy więcej wesel. Nigdy.
W sierpniu szykują mi się dwa i póki co mam z tego powodu więcej przykrości niż przyjemności. Chociaż... może niedokładnie się wyraziłam. Nie przez wesela. Przez akcję pod hasłem "Szukamy partnerów na wesela". To jest prawdziwa makabra...
Już prawie mi się udało. Imprezy są 18 i 25 sierpnia i umówiłam się na nie z kolegą, którego znam od kilku ładnych lat. Ot, przysługa z jego strony - żebym nie musiała tkwić na imprezach sama jak ten kołek, rozpaczliwie odpierając pytania życzliwych o to, kiedy to ja zechcę się ustabilizować. Jakby to była tylko kwestia moich chęci...
No tak, ciut za wcześnie się ucieszyłam, że mam problem z głowy. I klops. Przedwczoraj dostałam od tegoż kumpla (historia litościwie przemilczy jego imię...), że jednak się ze mną nie wybierze - bo wyjeżdża. Tyle w temacie.
Zapytawszy jeszcze kilku znajomych o możliwość wyświadczenia mi tej drobnej przyjemności i otrzymawszy rozmaicie umotywowane odmowy, dałam nawet ogłoszenie w tejże sprawie na forum Klubu Wysokich. Na próżno. Kpiny - owszem, tego się w sumie spodziewałam. Ale nie myślałam, że będzie aż tak źle, jeśli chodzi o towarzystwo kogoś w moim wieku i kogo bym się nie bała (a są faceci, których się boję, to fakt)...
Nie wiem, jak to właściwie jest. Ale jest mi cholernie przykro.
I poważnie zastanawiam się, czy ja jestem aż tak paskudna, że nikt nie chce się ze mną bawić? Czy moje towarzystwo to aż taki kłopot?
Jest mi smutno. Tak zwyczajnie po babsku smutno. I czuję się żałośnie. Do niczego.
Nie chodzi o żadną konkretną osobę, tylko o to, że ludzie, na których pomoc koleżeńską liczyłam, tak mnie po prostu olali. Równiutko. I celnie.
Boli.
I choć przyzwyczaiłam się już do tego, że mało kto się przejmuje moimi uczuciami w takich sprawach, to jednak jakoś mi tak nieswojo. Kolejne złudzenie mniej w mojej kolekcji.
Nie wiem jeszcze, jak to rozwiążę.
Ale pewne jest to, że nigdy więcej nie zdecyduję się na taką imprezę. Pójdę do mojej przyjaciółki sama, bo jest cholernie bliską mi osobą i zniosę dla niej nawet to upokorzenie. Z kuzynem pogadam jeszcze, bo to żadna atrakcja, iść na wesele rodzinne i znosić pytania, pytania, pytania...
Przykro mi.
Dobrze, że za 20 minut autobus wywiezie mnie daleko od tych przykrości, nad spokojne, wielkie jezioro i w towarzystwie, które mnie akceptuje taką, jaką jestem. I które mnie nie zawiodło.
W sierpniu szykują mi się dwa i póki co mam z tego powodu więcej przykrości niż przyjemności. Chociaż... może niedokładnie się wyraziłam. Nie przez wesela. Przez akcję pod hasłem "Szukamy partnerów na wesela". To jest prawdziwa makabra...
Już prawie mi się udało. Imprezy są 18 i 25 sierpnia i umówiłam się na nie z kolegą, którego znam od kilku ładnych lat. Ot, przysługa z jego strony - żebym nie musiała tkwić na imprezach sama jak ten kołek, rozpaczliwie odpierając pytania życzliwych o to, kiedy to ja zechcę się ustabilizować. Jakby to była tylko kwestia moich chęci...
No tak, ciut za wcześnie się ucieszyłam, że mam problem z głowy. I klops. Przedwczoraj dostałam od tegoż kumpla (historia litościwie przemilczy jego imię...), że jednak się ze mną nie wybierze - bo wyjeżdża. Tyle w temacie.
Zapytawszy jeszcze kilku znajomych o możliwość wyświadczenia mi tej drobnej przyjemności i otrzymawszy rozmaicie umotywowane odmowy, dałam nawet ogłoszenie w tejże sprawie na forum Klubu Wysokich. Na próżno. Kpiny - owszem, tego się w sumie spodziewałam. Ale nie myślałam, że będzie aż tak źle, jeśli chodzi o towarzystwo kogoś w moim wieku i kogo bym się nie bała (a są faceci, których się boję, to fakt)...
Nie wiem, jak to właściwie jest. Ale jest mi cholernie przykro.
I poważnie zastanawiam się, czy ja jestem aż tak paskudna, że nikt nie chce się ze mną bawić? Czy moje towarzystwo to aż taki kłopot?
Jest mi smutno. Tak zwyczajnie po babsku smutno. I czuję się żałośnie. Do niczego.
Nie chodzi o żadną konkretną osobę, tylko o to, że ludzie, na których pomoc koleżeńską liczyłam, tak mnie po prostu olali. Równiutko. I celnie.
Boli.
I choć przyzwyczaiłam się już do tego, że mało kto się przejmuje moimi uczuciami w takich sprawach, to jednak jakoś mi tak nieswojo. Kolejne złudzenie mniej w mojej kolekcji.
Nie wiem jeszcze, jak to rozwiążę.
Ale pewne jest to, że nigdy więcej nie zdecyduję się na taką imprezę. Pójdę do mojej przyjaciółki sama, bo jest cholernie bliską mi osobą i zniosę dla niej nawet to upokorzenie. Z kuzynem pogadam jeszcze, bo to żadna atrakcja, iść na wesele rodzinne i znosić pytania, pytania, pytania...
Przykro mi.
Dobrze, że za 20 minut autobus wywiezie mnie daleko od tych przykrości, nad spokojne, wielkie jezioro i w towarzystwie, które mnie akceptuje taką, jaką jestem. I które mnie nie zawiodło.
sobota, 28 lipca 2012
Cudze okna
W jednej z moich ukochanych piosenek Turnaua - "Wzdłuż ulic" (nie ma jej, o dziwo, na YouTube, ale od czego jest poczciwa Wrzuta...) - pojawiają się słowa, które nucę sobie pod nosem zawsze, gdy przejeżdżam przez pewną niewielką wioskę przy drodze z Grodziska do Poznania... "Z daleka widzę dom, gdzie było szczęście moje...". To dom mojej babci w Dębienku - niewielka, parterowa chatka ze spadzistym dachem, licząca sobie ponad 100 lat.
Dawno, dawno temu niemal każdy letni weekend spędzaliśmy z tatą w Dębienku - najpierw sami, później z moją coraz samodzielniejszą młodszą siostrą. Mama zwykle zostawała w domu, w Grodzisku, ciesząc się pewnie w duchu, że na kilkadziesiąt godzin ma nas z głowy... ;-) A dla nas to były często jedyne wakacyjne wycieczki, bo na kolonie czy wczasy zwykle nie starczało już środków. Zresztą - bliskość kilku jezior i niezaprzeczalny urok starego domu babci - ze strychem pełnym książek oraz starych zdjęć - wystarczały mi wtedy w zupełności do szczęścia...
Dawno, dawno temu niemal każdy letni weekend spędzaliśmy z tatą w Dębienku - najpierw sami, później z moją coraz samodzielniejszą młodszą siostrą. Mama zwykle zostawała w domu, w Grodzisku, ciesząc się pewnie w duchu, że na kilkadziesiąt godzin ma nas z głowy... ;-) A dla nas to były często jedyne wakacyjne wycieczki, bo na kolonie czy wczasy zwykle nie starczało już środków. Zresztą - bliskość kilku jezior i niezaprzeczalny urok starego domu babci - ze strychem pełnym książek oraz starych zdjęć - wystarczały mi wtedy w zupełności do szczęścia...
poniedziałek, 23 lipca 2012
Chodź, pomaluj mój świat... ;-)
Dawno, dawno temu pewien pan doktor z Gołębiej w Krakowie, specjalizujący się w historii języka polskiego i wielogodzinnych dygresjach na rozmaite życiowe tematy, rzekł był do gromady zasłuchanych studentek (i jedynego studenta): "Proszę państwa, bo polonista powinien się znać na WSZYSTKIM!". Mniejsza o kontekst - zaginął w zalewie anegdotek, którymi przystrojony w imponującą muchę oraz typowo akademicką marynarkę z łatami na łokciach naukowiec lubił nas uraczać. Jedno mogę po latach powiedzieć z pewnością: gość miał rację. Oj, miał...
Przypominam sobie te słowa za każdym razem, gdy staję przed nowym wyzwaniem. Albo - pod. Jak dziś, gdy wyzwaniem okazało się malowanie sufitu w grodziskiej kuchni. :-)
Przypominam sobie te słowa za każdym razem, gdy staję przed nowym wyzwaniem. Albo - pod. Jak dziś, gdy wyzwaniem okazało się malowanie sufitu w grodziskiej kuchni. :-)
Nie ma to jak trochę się upaćkać...
piątek, 8 czerwca 2012
Atak mizantropii
Miewam niekiedy nieprzyjemne ataki mizantropii. Nadchodzą bez zapowiedzi i na kilka godzin - lub dni - wykluczają mnie ze wszelkich kręgów towarzyskich. Dzieje się to nagle - ot, czyjeś słowo, gest, żart trafiają niespodziewanie w czuły punkt (który jeszcze wczoraj wcale czułym punktem być nie musiał) i najzwyczajniej w świecie - zaczynają boleć.
Nie obrażam się wtedy. Po prostu na chwilę znikam, żeby nie dawać moim bliskim odczuć, że to przez nich, i by nie eskalować tej sytuacji do jakichś przesadnych rozmiarów. Bo to przecież nie tak. TO - cały problem, cała ta drażliwość - tkwi we mnie. A z biegiem lat stan się pogarsza... Odczuwam to coraz boleśniej. Jak wczoraj i dziś.
Nie obrażam się wtedy. Po prostu na chwilę znikam, żeby nie dawać moim bliskim odczuć, że to przez nich, i by nie eskalować tej sytuacji do jakichś przesadnych rozmiarów. Bo to przecież nie tak. TO - cały problem, cała ta drażliwość - tkwi we mnie. A z biegiem lat stan się pogarsza... Odczuwam to coraz boleśniej. Jak wczoraj i dziś.
wtorek, 22 maja 2012
Gdzie jesteś, Profesorku?
Jednym z największych atutów mojej pracy w wydawnictwie jest bezpośredni dostęp do Szopa i InDyka, czyli Photoshopa i InDesigna. Dzięki temu - prócz moich normalnych obowiązków - mogę na bieżąco wyżywać się w dziedzinie, którą lubię: projektowaniu reklam, prezentacji itd. Dziś, składając błyskawicznie kolejną reklamę jednej z naszych nowości (kupujecie "Samo Zdrowie"? To zerknijcie w czerwcu), przypomniałam sobie ni stąd, ni zowąd, że jeszcze 10 lat temu moja wizja zawodowej (no dobra, nie tylko zawodowej, ale dziś skupiam się na tym temacie) przyszłości wyglądała zupełnie inaczej...
Jako rasowy kujon od najwcześniejszych lat szkolnych słyszałam, że z takimi zdolnościami do uczenia się powinnam kiedyś zostać naukowcem. Nie określano dziedziny - zresztą, dobrze radziłam sobie z niemal każdym przedmiotem (poza wuefem...). Miałam być naukowcem i basta.
Jako rasowy kujon od najwcześniejszych lat szkolnych słyszałam, że z takimi zdolnościami do uczenia się powinnam kiedyś zostać naukowcem. Nie określano dziedziny - zresztą, dobrze radziłam sobie z niemal każdym przedmiotem (poza wuefem...). Miałam być naukowcem i basta.
wtorek, 8 maja 2012
Proces wapnienia Wiedźmy
Starzeję się. Już o tym kiedyś pisałam. Pal licho pierwsze - i coraz liczniejsze - siwe włosy, zmarszczki - niekoniecznie mimiczne, nie wspominając o fakcie, że w tym roku we wrześniu czeka mnie wymiana dowodu osobistego... Te niewątpliwe oznaki rozpoczynającego się właśnie bezlitosnego procesu wapnienia (czyli przemiany Wiedźmy w - jak to się dawniej mówiło - "wapniaczkę" tudzież "stare wapno") są niczym w porównaniu do zmian w mojej nieszczęsnej psychice. A wszystko przez te cholerne różnice pokoleniowe!
Nigdy wcześniej nie odczuwałam tychże różnic tak dobitnie i wyraźnie jak teraz, a zawdzięczam to mojej szanownej młodszej siostrze, która - jak już pisałam tutaj- właśnie podjęła decyzję o czasowej (?) emigracji. Zaskoczyła tym wszystkich - szast, prast! - i Młoda razem ze swoim chłopakiem wylądowała w Cardiff, rzekomo tylko na kilkudniowym urlopie. Cóż, skoro z tego urlopu już nie wróci - znalazła pracę. Podobno tylko na wakacje, ale... pożyjemy, zobaczymy.
Nigdy wcześniej nie odczuwałam tychże różnic tak dobitnie i wyraźnie jak teraz, a zawdzięczam to mojej szanownej młodszej siostrze, która - jak już pisałam tutaj- właśnie podjęła decyzję o czasowej (?) emigracji. Zaskoczyła tym wszystkich - szast, prast! - i Młoda razem ze swoim chłopakiem wylądowała w Cardiff, rzekomo tylko na kilkudniowym urlopie. Cóż, skoro z tego urlopu już nie wróci - znalazła pracę. Podobno tylko na wakacje, ale... pożyjemy, zobaczymy.
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Haczyki, czyli Melolontha melolontha
W moich wspomnieniach początek maja nadciąga nieodmiennie na brzęczących radośnie chrabąszczowych skrzydełkach. Ileż lat nie widziałam już chrabąszczy majowych, zmory późnowiosennych lekcji w podstawówce i dużych przerw, wypełniających się piskiem dziewcząt i rechotem kolegów straszących je tymi nieszczęsnymi stworzonkami?! Był czas, że bałyśmy się z koleżankami otwierać piórniki, a widok przewróconego na plecy (pancerzyk?) przedstawiciela gatunku Melolontha melolontha, bezradnie wymachującego odnóżami i czułkami (zwanymi podobno buławkami - jakże hetmańsko!), wywoływał zbiorową histerię połączoną ze spazmami...
Zniknęły mi z pola widzenia te rzesze posłańców późnej wiosny. Nie widać ich w Krakowie. A może tylko ja nie potrafię ich wypatrzyć? Ostatni raz natknęłam się na te małe bestie podczas wyprawy na Ukrainę, w Podhorcach - 5 czy 6 lat temu...
Zniknęły mi z pola widzenia te rzesze posłańców późnej wiosny. Nie widać ich w Krakowie. A może tylko ja nie potrafię ich wypatrzyć? Ostatni raz natknęłam się na te małe bestie podczas wyprawy na Ukrainę, w Podhorcach - 5 czy 6 lat temu...
piątek, 30 marca 2012
Wielkanoc w domu
Tak, jadę do domu na Wielkanoc - to oświadczenie z mojej strony wywołało co najmniej zdziwienie na twarzach kilkorga znajomych, którzy w ostatnim czasie zapytali mnie o moje plany na początek kwietnia. Pół tysiąca kilometrów do przebycia w jedną stronę, kilka godzin intensywnej jazdy Białą Strzałą, tylko po to, by po zaledwie kilku dniach wrócić do Krakowa. Czy mi się opłaca? Pewnie nie - paliwo kosztuje, a i wysiłek jest niebagatelny - tych kilka godzin skupienia za kółkiem, najprawdopodobniej poprzedzonych kilkoma godzinami w pracy. Ale przecież nie o to chodzi...
Może nie jestem jeszcze na tyle dorosła, by całkowicie odciąć się od domu rodzinnego i zdecydować na samotne święta w Krakowie? Czasem kusi mnie wprawdzie myśl, żeby właśnie w te wolne, świąteczne dni wyjechać gdzieś i po prostu pobyć tylko ze sobą. Przemyśleć kilka spraw na spokojnie i w ciszy... Ale przecież ja właśnie na co dzień jestem sama i mam dość czasu na myślenie i kontemplowanie tej pustki moich 33 mkw.
sobota, 24 marca 2012
Bo o tym się nie mówi...
Namiętne pochłanianie książek ma jedną niepodważalną zaletę: człowiek czytający (homo lector?), chcąc nie chcąc, przyswaja sobie tysiące słów, które absolutnie nie przydadzą mu się w codziennym funkcjonowaniu, ale które z pewnością poszerzyć mogą jego, hmm, wizję świata? Do takich słówek należy jeden z moich ulubionych przymiotników: "pruderyjny", czyli określenie wcześniej kojarzące mi się z XIX- i XX-wiecznymi powieścidełkami dla grzecznych panienek, ukazującymi wygładzone i przesadnie uskromnione oblicze świata. Jak u starych dobrych znajomych z lekcji polskiego - państwa Dulskich i ich rozkosznych pociech...
Ach, jak lubimy śmiać się z ich zacofania! Te pozory praworządności, to zamiatanie śmieci pod dywan i pranie brudów we własnym domu... Uroczy, przebrzmiały światek mieszczańskich salonów, rozmówek o niczym i ściśle wyznaczonych ról społecznych - w tym nawet łóżkowych (do dziś uśmiecham się na myśl o tych wszystkich książkowych deklaracjach na temat "spełniania małżeńskich powinności", którymi zwykle kończyły się wykłady troskliwych matek, adresowane do córeczek na wydaniu).
Śmiejemy się, a przecież nasz świat, ten cudowny i postępowy XXI wiek, bynajmniej nie różni się od tamtej rzeczywistości. Zmieniły się tylko tematy, przesunęły się akcenty i tematy tabu.
sobota, 25 lutego 2012
Ułamki i kwantyfikatory
Refleksje lubią mnie nachodzić z zaskoczenia. Zazwyczaj wtedy, kiedy nie mam pod ręką niczego, czym mogłabym je utrwalić - chyba że zacznę nagrywać na dyktafon w komórce notatki głosowe (choć obawiam się, że w miejscach publicznych mogłoby się takie zachowanie a la "detektyw Rutkowski na tropie" wydać co najmniej podejrzane). Zdarza mi się to w autobusach, tramwajach, podczas imprez, za kierownicą - ot, nagle ciemna pustka w mojej pokręconej głowie rozjaśnia się od iskry jakiejś nagłej, uderzającej myśli... a później mogę tylko obserwować pożar i liczyć, że to, na co wpadłam tak nagle, zostanie w mojej łepetynie na tyle długo, abym zdążyła to zanotować, w jakikolwiek sposób utrwalić. ;-)
Ostatnio naszła mnie jednak myśl, właściwie taka mała "myślka", na tyle wyrazista, że nie ma ryzyka, by prędko wyfrunęła mi z głowy. Zaczęło się od tego, że jadąc tramwajem i rozglądając się od niechcenia, odkryłam coś, co mnie oszołomiło: otóż przemieszkałam w Krakowie 1/4 swojego życia.
Ostatnio naszła mnie jednak myśl, właściwie taka mała "myślka", na tyle wyrazista, że nie ma ryzyka, by prędko wyfrunęła mi z głowy. Zaczęło się od tego, że jadąc tramwajem i rozglądając się od niechcenia, odkryłam coś, co mnie oszołomiło: otóż przemieszkałam w Krakowie 1/4 swojego życia.
poniedziałek, 13 lutego 2012
W półśnie
Czasami - choć już coraz rzadziej - zdarza mi się w półśnie, nad ranem lub tuż przed zapadnięciem w objęcia Morfeusza - usłyszeć dźwięki, które w ciemności brzmią dziwnie znajomo...
Skrzypienie drzwi, ciche kroki, czasem szmer rozmowy lub westchnienie.
Wybudzam się wtedy nagle i - nie do końca przytomna - myślę, że jestem w domu. W Grodzisku. Że słyszę mamę, krzątającą się po nieodległej od mojego dawnego pokoju kuchni. Że to wielkopolski poranek wywołuje mnie ze snu...
Otwieram oczy - a tutaj tylko krakowska, samotna noc.
I na chwilę przestaję oddychać, przytłoczona ogromem tęsknoty za domem, w którym jest ktoś prócz mnie samej.
Na chwilę.
Skrzypienie drzwi, ciche kroki, czasem szmer rozmowy lub westchnienie.
Wybudzam się wtedy nagle i - nie do końca przytomna - myślę, że jestem w domu. W Grodzisku. Że słyszę mamę, krzątającą się po nieodległej od mojego dawnego pokoju kuchni. Że to wielkopolski poranek wywołuje mnie ze snu...
Otwieram oczy - a tutaj tylko krakowska, samotna noc.
I na chwilę przestaję oddychać, przytłoczona ogromem tęsknoty za domem, w którym jest ktoś prócz mnie samej.
Na chwilę.
sobota, 28 stycznia 2012
Czasem nawet Wiedźmie marznie serce
Rzadko zdarzają mi się chwile duchowej słabości. Kolor oczu zobowiązuje - zieleń oznacza przecież nadzieję. Ale przychodzą momenty, w których nawet moje oczy szarzeją...
...ze strachu.
...ze smutku.
...z bezradności.
Dorastałam, wiedząc, że mogę liczyć przede wszystkim na siebie samą. W ten sposób wyrobiłam w sobie przekonanie, że nie ma rzeczy niemożliwych - to tylko kwestia uporu i dobrego planu. Ot, takie młodzieńcze złudzenia. Bo prawda jest taka, że nawet najlepszy plan może runąć przez zwykłą złośliwość losu.
Dorastałam, wiedząc, że mogę liczyć przede wszystkim na siebie samą. W ten sposób wyrobiłam w sobie przekonanie, że nie ma rzeczy niemożliwych - to tylko kwestia uporu i dobrego planu. Ot, takie młodzieńcze złudzenia. Bo prawda jest taka, że nawet najlepszy plan może runąć przez zwykłą złośliwość losu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


