Nie będę zaprzeczać. Znowu to zrobiłam. Kilkanaście dni temu bezczelnie, z premedytacją i pewnym krokiem, choć bez zbędnych fanfar i tortów (bo co to za frajda, gdy się samej sobie piecze tort?), wkroczyłam w kolejny rok życia, kończąc straszliwe 31 lat.
Niby nic. Przecież na ogół to 30. urodziny uznawane są za te wyjątkowe i znaczące - bo zmienia się cyferka na początku, bo człowiek wkracza w nowy etap dorosłości, bo dla kobiety to taka trauma... 31. rocznica przyjścia na świat wygląda przy tym niepozornie. Ani to okrągłe, ani efektowne, ani się nie dzieli na jakieś rozsądne etapy. W sumie - bardzo niewygodna sprawa.
A dla mnie 31 jest ważną liczbą. Bo przez ostatni rok, dzielący ją od tej krąglutkiej, słynnej 30-stki, dokonałam co najmniej 31 odkryć w różnych kategoriach. O sobie. O ludziach. I o świecie - no, może nie o całym, ale o moim z pewnością. Wypisałam je sobie, żeby, kiedy mi już przejdzie zamiłowanie do liczb pierwszych, nie zapomnieć o żadnym.
* * *
Kategoria nr 1: samookaleczenia. Potrafię sama obciąć sobie grzywkę. A jak się uprę, to i wycieniować włosy. Niby nic, ale jednak zakup nożyczek fryzjerskich i prostej maszynki z trymerem okazał się kamieniem milowym w dziejach mojej - coraz krótszej - fryzury. Nie muszę już przeżywać katuszy, czekając, aż moja ulubiona i oblegana grodziska fryzjerka będzie mieć dla mnie czas i miejsce. Tnę się. Sama. I - zgodnie z zasadą "ładnemu we wszystkim ładnie, a brzydkiemu - wszystko jedno" - nie dopuszczam do tego, by efekt, jaki by nie był, spędzał mi sen z powiek. ;-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanie. Pokaż wszystkie posty
środa, 14 października 2015
niedziela, 3 listopada 2013
Tak, wróciłam
Wczoraj przerwałam blogowe milczenie po 44 dniach niepisania i czuję się, jakbym wróciła z zaświatów. Takie porównanie nie jest zresztą bezpodstawne i nie wynika wyłącznie z listopadowo-cmentarnych okoliczności, w których wszyscy tkwimy w ten długi weekend. Przecież świat realny w stosunku do tzw. wirtuala, w którym funkcjonuję jako blogerka, to właśnie zaświaty, rzeczywistość... równoległa? Zbliżona? Inny wymiar?
Mniejsza o określenia. Liczy się fakt, iż przez ostatnie tygodnie skupiałam swoją uwagę na tym, co dzieje się w świecie namacalnym, w moim najbliższym otoczeniu, mierząc się ze śmiercią babci, nową sytuacją rodzinną i osobistą, nowym sezonem w teatrze... Wszystko to blokowało moje palce na tyle skutecznie, że nie miałam siły na naginanie ich do komputerowej klawiatury. Zresztą, nie tylko do niej - przestało mnie cieszyć robienie zdjęć, malowanie, nawet - o zgrozo! - porządki w mieszkaniu. Nie, to nie była depresja, nie wydaje mi się. Raczej odruch obronny, zamknięcie się w sobie - bo twórczość (a przecież fotografia, nawet ta amatorska, czy też malowanie, to rodzaj twórczości właśnie) wymaga pewnej otwartości, na którą po smutnych wydarzeniach sierpniowych nie było mnie stać.
Rzuciłam się w wir pracy, zabrałam za porządkowanie rzeczy babci i jej papierów, znalazłam dodatkowe zajęcia związane z październikowymi wydarzeniami w teatrze, spotykałam się też z kimś, kto pojawił się latem w moim życiu. Na więcej nie miałam siły - nawet Aksa wylądowała w Grodzisku, przy osamotnionej teraz na amen mamie (ze względu na pracę tata bywa w domu w weekendy). I spałam. Spałam, ile tylko mogłam, licząc, że sen objawi swoje lecznicze właściwości...
Wciąż nie wiem, czy to się udało. Ale nie mam już ochoty milczeć, moje dłonie przestały wreszcie sztywnieć w momencie, gdy unoszę je nad klawiszami, a na monitorze widnieje puste pole czekające na nowy wpis. Już chyba czas...
Zbyt długo próbowałam uciekać.
Pozwoliłam, by omotało mnie poczucie bezsilności, ba, usiłowałam oszukać samą siebie, że wcale nie potrzebuję tych swoich chwil samotności spędzanych przy komputerze, z głową w chmurach, z ciszą dzwoniącą w uszach i z myślami kłębiącymi się w głowie jak ptaki szukające wyjścia ze zbyt ciasnej klatki. Zapomniałam o tym, czego potrzebuję JA - nie moi bliscy, nie facet, nie znajomi, nie rodzina, nie szef i współpracownicy. JA.
A jedną z tych niezbędnych mi do życia rzeczy stało się już dawno pisanie.
Wracam więc. Nie wiem, co z tego wyniknie, ale - cokolwiek się stanie - nie pozwolę sobie zabrać głosu, nie dam się zagłaskać na śmierć ani odciągnąć od tego, co lubię.
Tak, wróciłam.
Czy przyjmiecie mnie z powrotem?
Mniejsza o określenia. Liczy się fakt, iż przez ostatnie tygodnie skupiałam swoją uwagę na tym, co dzieje się w świecie namacalnym, w moim najbliższym otoczeniu, mierząc się ze śmiercią babci, nową sytuacją rodzinną i osobistą, nowym sezonem w teatrze... Wszystko to blokowało moje palce na tyle skutecznie, że nie miałam siły na naginanie ich do komputerowej klawiatury. Zresztą, nie tylko do niej - przestało mnie cieszyć robienie zdjęć, malowanie, nawet - o zgrozo! - porządki w mieszkaniu. Nie, to nie była depresja, nie wydaje mi się. Raczej odruch obronny, zamknięcie się w sobie - bo twórczość (a przecież fotografia, nawet ta amatorska, czy też malowanie, to rodzaj twórczości właśnie) wymaga pewnej otwartości, na którą po smutnych wydarzeniach sierpniowych nie było mnie stać.
Rzuciłam się w wir pracy, zabrałam za porządkowanie rzeczy babci i jej papierów, znalazłam dodatkowe zajęcia związane z październikowymi wydarzeniami w teatrze, spotykałam się też z kimś, kto pojawił się latem w moim życiu. Na więcej nie miałam siły - nawet Aksa wylądowała w Grodzisku, przy osamotnionej teraz na amen mamie (ze względu na pracę tata bywa w domu w weekendy). I spałam. Spałam, ile tylko mogłam, licząc, że sen objawi swoje lecznicze właściwości...
Wciąż nie wiem, czy to się udało. Ale nie mam już ochoty milczeć, moje dłonie przestały wreszcie sztywnieć w momencie, gdy unoszę je nad klawiszami, a na monitorze widnieje puste pole czekające na nowy wpis. Już chyba czas...
Zbyt długo próbowałam uciekać.
Pozwoliłam, by omotało mnie poczucie bezsilności, ba, usiłowałam oszukać samą siebie, że wcale nie potrzebuję tych swoich chwil samotności spędzanych przy komputerze, z głową w chmurach, z ciszą dzwoniącą w uszach i z myślami kłębiącymi się w głowie jak ptaki szukające wyjścia ze zbyt ciasnej klatki. Zapomniałam o tym, czego potrzebuję JA - nie moi bliscy, nie facet, nie znajomi, nie rodzina, nie szef i współpracownicy. JA.
A jedną z tych niezbędnych mi do życia rzeczy stało się już dawno pisanie.
Wracam więc. Nie wiem, co z tego wyniknie, ale - cokolwiek się stanie - nie pozwolę sobie zabrać głosu, nie dam się zagłaskać na śmierć ani odciągnąć od tego, co lubię.
Tak, wróciłam.
Czy przyjmiecie mnie z powrotem?
środa, 20 lutego 2013
Miłość a ortografia
Uwielbiam czerwień we wszystkich odcieniach - od pąsowej po burgundową, wliczając w to nawet niektóre odcienie różu, no, może poza cukierkowym. Jednak w lutym mój afekt do tego koloru zdecydowanie słabnie, by w okolicach walentynek przerodzić się wręcz w lekką awersję. wywołaną zalewem kiczu w sklepach, na ulicach, w mediach, zwłaszcza zaś - w "internetach"... A fakt, że staję się powoli rasową starą panną i że nigdy nie cieszyłam się szczególnym powodzeniem u płci przeciwnej (co wyrażało się co roku znikomą, by nie rzec - równą zeru - liczbą kartek walentynkowych dla mnie w szkolnej poczcie miłosnej), tylko pogłębia moją niechęć do tego durnia, świętego Walniętego.
Z tego też powodu dopiero teraz, niemal tydzień po kulminacji miłosnych szaleństw, pozwalam sobie na wpis tematycznie związany ze świętem epileptyków oraz zakochanych. Chciałabym mianowicie wyznać wszem i wobec, że moje życie miłosne - a raczej jego nędzne resztki - zostało absolutnie zniszczone przez... ortografię.
Smutna konkluzja jak na polonistkę, nieprawdaż?
Na szczęście to, co niżej, możecie śmiało czytać z przymrużeniem oka. ;)
Z tego też powodu dopiero teraz, niemal tydzień po kulminacji miłosnych szaleństw, pozwalam sobie na wpis tematycznie związany ze świętem epileptyków oraz zakochanych. Chciałabym mianowicie wyznać wszem i wobec, że moje życie miłosne - a raczej jego nędzne resztki - zostało absolutnie zniszczone przez... ortografię.
Smutna konkluzja jak na polonistkę, nieprawdaż?
Na szczęście to, co niżej, możecie śmiało czytać z przymrużeniem oka. ;)
wtorek, 15 maja 2012
Kto się boi pisma?
Czasami nachodzi mnie nieodparte wrażenie, że XXI wiek ktoś kiedyś nazwie wiekiem wielkiego powrotu do oralności - w rozumieniu zgodnym z tytułem książki W. Onga Oralność i piśmienność, rzecz jasna. Przekonuje mnie do tego nie tylko coraz bardziej nonszalanckie podejście kolejnych pokoleń do kwestii ortografii, interpunkcji czy w ogóle - dbałości o pisemne formy komunikacji - i wzrastająca w społeczeństwie tendencja do unikania lektury tekstów dłuższych niż kilkuakapitowe, lecz również niechęć, granicząca z zabobonnym wręcz lękiem, przed składaniem jakichkolwiek pisemnych deklaracji...
Bo pismo ma niezwykłą moc, proszę Państwa. Zwłaszcza pismo oficjalne, wydrukowane, opieczętowane i zwieńczone zamaszystą parafką. Pisząc, zostawiamy ślad po sobie - czy to w Wielkiej Sieci, czy to w tajnych archiwach firm, banków, urzędów wszelkiej maści... Dajemy losowi wyraźny sygnał: tu jestem, to jest moje zdanie, taką decyzję podjęłam i nie wyprę się tego, bo potwierdziłam ją swoją niepowtarzalną sygnaturą.
Nie każdy z nas gotów jest do podjęcia tego ogromnego ryzyka.
Przekonała się o tym ostatnio moja mama.
Bo pismo ma niezwykłą moc, proszę Państwa. Zwłaszcza pismo oficjalne, wydrukowane, opieczętowane i zwieńczone zamaszystą parafką. Pisząc, zostawiamy ślad po sobie - czy to w Wielkiej Sieci, czy to w tajnych archiwach firm, banków, urzędów wszelkiej maści... Dajemy losowi wyraźny sygnał: tu jestem, to jest moje zdanie, taką decyzję podjęłam i nie wyprę się tego, bo potwierdziłam ją swoją niepowtarzalną sygnaturą.
Nie każdy z nas gotów jest do podjęcia tego ogromnego ryzyka.
Przekonała się o tym ostatnio moja mama.
sobota, 21 stycznia 2012
Lęki wieczorne
Są jeszcze na tym zwariowanym świecie ludzie, którzy usiłują mi od czasu do czasu wmawiać, jaka to odważna i dzielna jestem. Niekiedy po prostu pomijam te uwagi wzruszeniem ramion i błyskawiczną (zazwyczaj udaną) próbą zmiany tematu. Czasami jednak mam ochotę zaśmiać się takiemu "wmawiaczowi" prosto w twarz, gorzkim, iście wiedźmowym śmiechem. Ja? Odważna? Co ty o mnie wiesz, człowieku?
Bo w rzeczywistości jestem strasznym tchórzem. I - jak się tak głębiej zastanowię - dochodzę nawet do zaskakującego wniosku, że strach motywuje właściwie większość moich pokrętnych działań.
Działam, maluję, pichcę, czytam, robię zdjęcia - bo boję się bezczynności.
Pracuję - bo boję się, że bez zajęcia zwariuję.
Jeżdżę to tu, to tam - bo boję się, że zastygnę w bezruchu, że coś przegapię.
Ganiam na fitness i na basen - bo boję się, że moje ciało kiedyś odmówi mi posłuszeństwa, jeśli nie będę go tego posłuszeństwa uczyć już teraz...
I piszę też ze strachu. Bo boję się zapomnieć.
Bo w rzeczywistości jestem strasznym tchórzem. I - jak się tak głębiej zastanowię - dochodzę nawet do zaskakującego wniosku, że strach motywuje właściwie większość moich pokrętnych działań.
Działam, maluję, pichcę, czytam, robię zdjęcia - bo boję się bezczynności.
Pracuję - bo boję się, że bez zajęcia zwariuję.
Jeżdżę to tu, to tam - bo boję się, że zastygnę w bezruchu, że coś przegapię.
Ganiam na fitness i na basen - bo boję się, że moje ciało kiedyś odmówi mi posłuszeństwa, jeśli nie będę go tego posłuszeństwa uczyć już teraz...
I piszę też ze strachu. Bo boję się zapomnieć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)