Oj, nie zaczęła się dla mnie zbyt przyjemnie ta sobota. Już przez sen przeczuwałam kłopoty, które urealniły się, gdy - zrywając się na minutę przed budzikiem, czyli o 7.09 (tak, tak, sklerotyczna wiedźma zapomniała zupełnie o wyłączeniu tego tyrana na weekend), przełknęłam pierwszy łyk wody. Auć! Zabolało!
Bliższe oględziny w łazienkowym lustrze wykazały znaczne powiększenie migdałków przełykowych (tych po bokach). Przekopałam apteczkę, dopadłam jakiś spray na gardło i... zero efektu. Nie pomogły też lody, zalecone mi przez Mamę Księcia Ciemności (choć znacząco poprawiły mi nastrój, nie można więc powiedzieć, by zupełnie nie zadziałały...). Boli nadal. A ja straciłam ochotę na degustowanie czegokolwiek, choć miałam ambitny plan zrobienia sobie domowych tortilli. Może jutro?
Jednak nawet tak gardłowa sprawa nie odwiodła mnie od planu wyprawy do Ikei. O, nie! Nie tym razem! Tydzień temu moje mocno pomidorowe zdjęcie zdobyło II nagrodę w konkursie fotograficznym , a to oznaczało możliwość zrobienia zakupów za - niebagatelną w moim budżecie - kwotę 300 złotych! Myślę, że - nawet leżąc na łożu śmierci - nie umiałabym się powstrzymać od tak przyjemnych zakupów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekend. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekend. Pokaż wszystkie posty
sobota, 23 czerwca 2012
poniedziałek, 4 czerwca 2012
Weekendowe migawki. Cień
Jeśli pamięć jest jak aparat fotograficzny, to moja najwyraźniej została wyposażona w dodatkowe funkcje, utrwalające nie tylko obrazy, ale też zapachy, dźwięki, uczucia i smaki. Uwieczniam tym aparatem najważniejsze chwile, tak dokładnie, że nawet po latach mogę odtworzyć je precyzyjnie w dowolnym momencie. Miniony weekend przyniósł mi mnóstwo takich cudownych migawek. Były wśród nich scenki towarzysko rodzajowe - z Poznania przyjechał dawno niewidziany Oregano, na chwilę przed odlotem na miotle do Niemiec zajrzała Wiedźma Joasia, była Ania z Warszawy, pojawiło się też kilka nowych twarzy; były biesiady, długie rozmowy przy piwie i winie, martwa natura z ciastem cynamonowym i domową pizzą, nowohuckie oraz podziemne pejzaże...
Ale - prócz tych dużych kompozycji - w moich pamięciowych zbiorach znajdą się też urocze drobiazgi, obrazki maleńkie jak miniaturki malowane przez Jana Stanisławskiego. Jeden z nich notuję sobie tutaj. Niech trwa.
poniedziałek, 28 maja 2012
Nawet Wiedźma miewa pecha ;-)
Nie wierzę w pecha. Z uporem maniaka zachodzę drogę czarnym kotom, tłukę lustra tak często, że nawet nie liczę sumy tych kolejnych siedmioleci nieszczęść (cóż, przyszłość przynajmniej wydaje się przewidywalna...), a piątki trzynastego celebruję z prawdziwą przyjemnością. Jednak nawet mnie, Wiedźmę patentowaną, nawiedza niekiedy pech. Przyłazi, wskakuje na plecy i nijak nie chce z nich zleźć, choć staram się z całych sił, by go z siebie strząsnąć. A figę!
Właśnie taki peszek przyczepił się do mnie w ostatni piątek, chociaż z początku nic nie zapowiadało jego wizyty...
Zaczęło się przyjemnie. Wyspałam się, spakowałam manatki na weekendową wizytę we Wrocławiu (zaliczyłam ostatnio pod rząd dwa świetne i intensywne weekendy w stolicy Dolnego Śląska, a to malując ściany, a to plażując, a to zadając się z Kleszczami - ech, cudnie było), a później z plecakiem na grzbiecie wyruszyłam dzielnie w stronę przystanku, by zawitać do pracy nieco wcześniej i móc dzięki temu również nieco wcześniej rozpocząć celebrowanie czasu wolnego. No i się zaczęło...
Właśnie taki peszek przyczepił się do mnie w ostatni piątek, chociaż z początku nic nie zapowiadało jego wizyty...
Zaczęło się przyjemnie. Wyspałam się, spakowałam manatki na weekendową wizytę we Wrocławiu (zaliczyłam ostatnio pod rząd dwa świetne i intensywne weekendy w stolicy Dolnego Śląska, a to malując ściany, a to plażując, a to zadając się z Kleszczami - ech, cudnie było), a później z plecakiem na grzbiecie wyruszyłam dzielnie w stronę przystanku, by zawitać do pracy nieco wcześniej i móc dzięki temu również nieco wcześniej rozpocząć celebrowanie czasu wolnego. No i się zaczęło...
Subskrybuj:
Posty (Atom)