Anegdotę o trzepocie skrzydeł motyla w Massachusetts, który wywołać może burzę w Szczebrzeszynie, zna chyba każdy - jeśli nie z opracowań dotyczących teorii chaosu, to z głośnego filmu z Ashtonem Kutcherem. No, ewentualnie z "Motyliady" Grzegorza Turnaua i Basi Gąsienicy-Giewont - całkiem przyjemnej piosneczki poświęconej innemu badaczowi chaosu - prof. Marianowi Mrozkowi.
Motyl - stworzonko piękne i pełne gracji - idealnie wpasował się w historyjkę, łącząc naukę z poezją.
No, ale... nie każdy zasłużył sobie na motyla.
Są bowiem na tym świecie jednostki tak ponure, tak przyziemne, tak pozbawione poezji i - nomen omen - polotu, że los (a może - chaos?) nie chce na nie marnować subtelnych symboli. Pewnie dlatego zamiast efektu motyla doznałam dziś... efektu gołębia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mysza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mysza. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 29 grudnia 2015
środa, 14 października 2015
31, czyli Nulek wraca do krainy liczb pierwszych
Nie będę zaprzeczać. Znowu to zrobiłam. Kilkanaście dni temu bezczelnie, z premedytacją i pewnym krokiem, choć bez zbędnych fanfar i tortów (bo co to za frajda, gdy się samej sobie piecze tort?), wkroczyłam w kolejny rok życia, kończąc straszliwe 31 lat.
Niby nic. Przecież na ogół to 30. urodziny uznawane są za te wyjątkowe i znaczące - bo zmienia się cyferka na początku, bo człowiek wkracza w nowy etap dorosłości, bo dla kobiety to taka trauma... 31. rocznica przyjścia na świat wygląda przy tym niepozornie. Ani to okrągłe, ani efektowne, ani się nie dzieli na jakieś rozsądne etapy. W sumie - bardzo niewygodna sprawa.
A dla mnie 31 jest ważną liczbą. Bo przez ostatni rok, dzielący ją od tej krąglutkiej, słynnej 30-stki, dokonałam co najmniej 31 odkryć w różnych kategoriach. O sobie. O ludziach. I o świecie - no, może nie o całym, ale o moim z pewnością. Wypisałam je sobie, żeby, kiedy mi już przejdzie zamiłowanie do liczb pierwszych, nie zapomnieć o żadnym.
* * *
Kategoria nr 1: samookaleczenia. Potrafię sama obciąć sobie grzywkę. A jak się uprę, to i wycieniować włosy. Niby nic, ale jednak zakup nożyczek fryzjerskich i prostej maszynki z trymerem okazał się kamieniem milowym w dziejach mojej - coraz krótszej - fryzury. Nie muszę już przeżywać katuszy, czekając, aż moja ulubiona i oblegana grodziska fryzjerka będzie mieć dla mnie czas i miejsce. Tnę się. Sama. I - zgodnie z zasadą "ładnemu we wszystkim ładnie, a brzydkiemu - wszystko jedno" - nie dopuszczam do tego, by efekt, jaki by nie był, spędzał mi sen z powiek. ;-)
Niby nic. Przecież na ogół to 30. urodziny uznawane są za te wyjątkowe i znaczące - bo zmienia się cyferka na początku, bo człowiek wkracza w nowy etap dorosłości, bo dla kobiety to taka trauma... 31. rocznica przyjścia na świat wygląda przy tym niepozornie. Ani to okrągłe, ani efektowne, ani się nie dzieli na jakieś rozsądne etapy. W sumie - bardzo niewygodna sprawa.
A dla mnie 31 jest ważną liczbą. Bo przez ostatni rok, dzielący ją od tej krąglutkiej, słynnej 30-stki, dokonałam co najmniej 31 odkryć w różnych kategoriach. O sobie. O ludziach. I o świecie - no, może nie o całym, ale o moim z pewnością. Wypisałam je sobie, żeby, kiedy mi już przejdzie zamiłowanie do liczb pierwszych, nie zapomnieć o żadnym.
* * *
Kategoria nr 1: samookaleczenia. Potrafię sama obciąć sobie grzywkę. A jak się uprę, to i wycieniować włosy. Niby nic, ale jednak zakup nożyczek fryzjerskich i prostej maszynki z trymerem okazał się kamieniem milowym w dziejach mojej - coraz krótszej - fryzury. Nie muszę już przeżywać katuszy, czekając, aż moja ulubiona i oblegana grodziska fryzjerka będzie mieć dla mnie czas i miejsce. Tnę się. Sama. I - zgodnie z zasadą "ładnemu we wszystkim ładnie, a brzydkiemu - wszystko jedno" - nie dopuszczam do tego, by efekt, jaki by nie był, spędzał mi sen z powiek. ;-)
sobota, 10 października 2015
Klaksony
Kiedy wczoraj wieczorem po dyżurze w kabinie na moich ulubionych "Dziadach" wskoczyłam do auta, by pomknąć nim przez noc prosto do rodzinnego domu, nie przypuszczałam, że Mysza, ta poczciwa staruszka płynąca miękko po pustej szosie przy łagodnych dźwiękach "Poduszkowca" w Radio Merkury, w ciągu zaledwie dwunastu godzin zmieni się w prawdziwego demona... A jednak. Wracając dziś z ostatnich w tym roku ogrodniczych zakupów z moją szanowną rodzicielką, miałam okazję przekonać się, że - nawet w tak dobrodusznym stworzeniu jak mój wysłużony wehikuł - czaić się mogą niezgłębione pokłady czystego zła.
Po szybkim shoppingu i nieudanej próbie znalezienia w Grodzisku krzewów czarnej porzeczki (nie drzewek ani innych ogrodowych figli-migli, tylko klasycznych krzaczków... mission impossible, są ponoć niemodne), skoczyłyśmy jeszcze na cmentarz i uporządkować nieco grób dziadków. Nie, żeby był zaniedbany - mama na cmentarzu bywa zwykle co drugi dzień. Po prostu dziś mogłyśmy zajrzeć tam obie.
Lodowaty wiatr dość szybko przegnał nas z cmentarza do samochodu. Zapięłyśmy pasy, odpaliłam silnik, włączyłam światła, radio, myślenie i... nagle usłyszałam klakson. Ale nie jakieś tam trąbnięcie, tylko ciągły sygnał klaksonu, głośny jak syrena alarmowa...
Po szybkim shoppingu i nieudanej próbie znalezienia w Grodzisku krzewów czarnej porzeczki (nie drzewek ani innych ogrodowych figli-migli, tylko klasycznych krzaczków... mission impossible, są ponoć niemodne), skoczyłyśmy jeszcze na cmentarz i uporządkować nieco grób dziadków. Nie, żeby był zaniedbany - mama na cmentarzu bywa zwykle co drugi dzień. Po prostu dziś mogłyśmy zajrzeć tam obie.
Lodowaty wiatr dość szybko przegnał nas z cmentarza do samochodu. Zapięłyśmy pasy, odpaliłam silnik, włączyłam światła, radio, myślenie i... nagle usłyszałam klakson. Ale nie jakieś tam trąbnięcie, tylko ciągły sygnał klaksonu, głośny jak syrena alarmowa...
poniedziałek, 5 stycznia 2015
MUZEUM MATERIALIZMU SENTYMENTALNEGO: rok z Myszą
Nie należę do grona fanatyków motoryzacji, którzy godzinami potrafią dyskutować na temat brzmienia silnika, nowego modelu ulubionej marki czy też wyższości diesla nad benzyną. ;-) Nie patrzę z pogardą na znajomych, którzy nie posiadają ani auta, ani dokumentów uprawniających do prowadzenia go. Ale przyznaję - odkąd kilkanaście lat temu udało mi się zdać egzamin na prawo jazdy (tak, tak, za czwartym razem, wciąż mi wstyd z tego powodu...), nie wyobrażam sobie życia bez własnych czterech kółek. Właśnie dlatego - po artystycznym wręcz skasowaniu Klipsa tuż przed Świętami 2013 - w moim życiu rok temu pojawiła się najcudniejsza, niezastąpiona i bardzo przyzwoicie prowadząca się (co nie zawsze da się powiedzieć... o mnie) Mysza. O niej mogę faktycznie gadać godzinami... ;-)
Skąd tak silne uczucie w stosunku do - bądźmy szczerzy - zwykłej kupy żelastwa? Nie, nie tylko ze względu na wrodzone lenistwo, z którym wciąż nie udaje mi się wygrać.
Przeciwnie - do pracy dojeżdżam zwykle komunikacją miejską (parkowanie na Jeżycach jest kosztowną przyjemnością - chyba, że idę na spektakl i wiem, że będę wracać późno), jeśli mogę, wybieram też transport publiczny przy okazji zakupów (poza meblowymi i remontowymi oczywiście). Nie potrzebuję samochodu, by dostać się nim pod market znajdujący się po drugiej stronie ulicy, choć po namyśle stwierdzam, że czasami łatwiej jest przejechać przez skrzyżowanie Marcelińskiej i Przybyszewskiego, niż przejść przez skomplikowany system zeberek dla pieszych. ;-)
To nie tak...
Przeciwnie - do pracy dojeżdżam zwykle komunikacją miejską (parkowanie na Jeżycach jest kosztowną przyjemnością - chyba, że idę na spektakl i wiem, że będę wracać późno), jeśli mogę, wybieram też transport publiczny przy okazji zakupów (poza meblowymi i remontowymi oczywiście). Nie potrzebuję samochodu, by dostać się nim pod market znajdujący się po drugiej stronie ulicy, choć po namyśle stwierdzam, że czasami łatwiej jest przejechać przez skrzyżowanie Marcelińskiej i Przybyszewskiego, niż przejść przez skomplikowany system zeberek dla pieszych. ;-)
To nie tak...
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Hurtownia zmian
Czasami zazdroszczę odrobinę ludziom, których egzystencja układa się stabilnie i harmonijnie. Żyją sobie spokojnie, planują przyszłość, krok po kroku wprowadzają w swoje skrojone na miarę żywociki kolejne zmiany, dając sobie czas na zaaklimatyzowanie się, oswojenie z sytuacją... Działają stopniowo, bez zbędnego pośpiechu, raz po raz racząc się jakąś nowością i degustując rzeczywistość wzorem starożytnych smakoszy podczas wykwintnej uczty...
U mnie to przebiega inaczej.
U mnie to przebiega inaczej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)