Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 października 2015

31, czyli Nulek wraca do krainy liczb pierwszych

Nie będę zaprzeczać. Znowu to zrobiłam. Kilkanaście dni temu bezczelnie, z premedytacją i pewnym krokiem, choć bez zbędnych fanfar i tortów (bo co to za frajda, gdy się samej sobie piecze tort?), wkroczyłam w kolejny rok życia, kończąc straszliwe 31 lat. 

Niby nic. Przecież na ogół to 30. urodziny uznawane są za te wyjątkowe i znaczące - bo zmienia się cyferka na początku, bo człowiek wkracza w nowy etap dorosłości, bo dla kobiety to taka trauma... 31. rocznica przyjścia na świat wygląda przy tym niepozornie. Ani to okrągłe, ani efektowne, ani się nie dzieli na jakieś rozsądne etapy. W sumie - bardzo niewygodna sprawa. 

A dla mnie 31 jest ważną liczbą. Bo przez ostatni rok, dzielący ją od tej krąglutkiej, słynnej 30-stki, dokonałam co najmniej 31 odkryć w różnych kategoriach. O sobie. O ludziach. I o świecie - no, może nie o całym, ale o moim z pewnością. Wypisałam je sobie, żeby, kiedy mi już przejdzie zamiłowanie do liczb pierwszych, nie zapomnieć o żadnym. 

* * * 

Kategoria nr 1: samookaleczenia. Potrafię sama obciąć sobie grzywkę. A jak się uprę, to i wycieniować włosy. Niby nic, ale jednak zakup nożyczek fryzjerskich i prostej maszynki z trymerem okazał się kamieniem milowym w dziejach mojej - coraz krótszej - fryzury. Nie muszę już przeżywać katuszy, czekając, aż moja ulubiona i oblegana grodziska fryzjerka będzie mieć dla mnie czas i miejsce. Tnę się. Sama. I - zgodnie z zasadą "ładnemu we wszystkim ładnie, a brzydkiemu - wszystko jedno" - nie dopuszczam do tego, by efekt, jaki by nie był, spędzał mi sen z powiek. ;-) 

wtorek, 6 października 2015

MUZEUM MATERIALIZMU SENTYMENTALNEGO: PPP - pod patronatem prababci

Nie dorobiłam się w mojej poznańskiej dziupli zbyt wielu zbytków. Na nieco ponad 30 metrach kwadratowych wynajętej prywatności nie mam ani zaawansowanego technologicznie sprzętu RTV, ani kuchennych cudów techniki (prócz solidnego blendera, miksera, który zniesie każdą moją kulinarną fanaberię i ekspresu do kawy - prezentu od znającej mnie i moje uzależnienia na wylot młodszej siostry), ani designerskich mebli godnych przeciętnej bohaterki typowego serialu o nowoczesnej samotnej kobiecie.

No, jakoś mi to nie wyszło. Mam za to regał pełen książek (tych ważnych dla mnie - i tych, które po prostu już nie zmieściły się w bazie w domu rodziców). Mam kolekcję kapeluszy. I mam prawdziwego ducha!

Zjawa poczyna sobie na razie nader nieśmiało, ale nie oszukujmy się, kto by się chciał wychylać zanadto, gdy dopiero kończy mu się umowa na okres próbny? ;-) Nie pobrzękuje łańcuchami, nie łaskocze mnie w wystające spod kołdry stopy, nie zawodzi po kątach (nie może - w bloku obowiązuje wszak cisza nocna!)... Ale jest. I patrzy na mnie wprost ze ściany.


Poznajcie się - to mój rodzinny duch. Prababcia. 


piątek, 2 stycznia 2015

"Ważne są tylko te dni..."

Skłamałabym - a przecież nie godzi się kalać pierwszych, niezapisanych jeszcze kart stycznia ordynarnym kłamstwem - gdybym napisała, że rok 2014 będę wspominać z rozrzewnieniem. Przeciwnie: usiłując wczoraj wznieść toast, jednocześnie nie pozwalając się staranować przerażonej Aksie, która schronienia przed północnym hałasem szukała w nogawce mojej pidżamy (co dla dwudziestokilogramowego psa może stanowić drobny kłopot logistyczny), odczułam rodzaj ulgi, że ta parszywa czternastka wreszcie znika z kalendarzy, dokumentów i wszelkich czasomierzy. 

Niech mija! 
Niech przepada!

Nie bę
dę za nią tęsknić.

* * *

Szampan poszumiał w głowie i zniknął, pies powoli dochodzi do siebie (w tym roku nie pomogły nawet środki uspokajające - po tym, jak 27 grudnia hotel Groklin-Rodan zafundował nam noc hałasu, Aksa była coraz bardziej nerwowa, a wczoraj i przedwczoraj przeżywała swoje małe, prywatne piekło...). 

A ja? 

Ja w duchu podliczam bilans rocznych zysków i strat, głupot, które popełniłam, i wiedzy nabytej czasami sporym kosztem. Nie ma co ukrywać, dostałam w tym roku po dupie i to nieźle. Zniszczyłam to i owo, pozbyłam się kilku złudzeń, kilka postaci spadło z piedestałów, które im przeznaczyłam. Bywa.

Ale też trochę wygrałam. Rozruszałam moją rodzinę, wprowadziłam w życie plan porządków i remontów w domu w Grodzisku. Zyskałam (kosztowną, ale i przydatną) wiedzę. O sobie. O ludziach. O świecie.

I choć wciąż wychodzi z tego wartość ujemna, to jednak potraktuję to jako punkt odbicia. Na przyszłość. 

W końcu "ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy". 
Oby Grechuta się nie mylił.

Udanego nowego roku, Czytacze! :-)

wtorek, 15 stycznia 2013

Piętnaście śrubek

Siedzę w domu i wkręcam śrubki. W domu - czyli w moim nowym lokum w Poznaniu, które już zdążyło zasłużyć na to zaszczytne miano, w błyskawicznym tempie przekształcając się z pustawego i mocno opuszczonego (choć na szczęście nie - zapuszczonego) mieszkania w przytulny kąt w sam raz dla starej panny z aspiracjami. ;-) A śrubki - to ostatnie przeszkody stojące mi na drodze do pełnego ogarnięcia tych 35 metrów kwadratowych, dzięki którym mogę od jakiegoś czasu mówić o sobie, że jestem pełnoprawną poznanianką. Każdy ruch śrubokręta - a posługiwanie się tym narzędziem mam już całkiem nieźle opanowane - przybliża mnie do tej jakże miłej chwili...

Zresztą o ostatnich kilkunastu dniach, czyli o mijającej właśnie nieubłaganie pierwszej połowie stycznia, też mogłabym powiedzieć, że to śrubki, które bardzo skutecznie przytwierdzają mnie do wielkopolskiej ziemi. Nigdy wcześniej nie odczuwałam tego procesu tak wyraźnie i nie przeżywałam go tak świadomie - a przecież miałam na to szansę w Krakowie...

niedziela, 6 stycznia 2013

Mój słownik. Edycja 2012


Ha! Dlaczego nikt, ale to nikt nie przypomniał mi o tym, że 2 stycznia minęła rocznica założenia bloga (pomijając fakt, że prawie nikt tych moich wypocin nie czyta)? ;-) Nieładnie... No, ale sama też muszę się pokajać, moje życie toczy się ostatnio w tak cudownie szybkim tempie, że nie miałam czasu pomyśleć o tym odpowiednio wcześnie. I jest to najlepsza, najprzyjemniejsza z możliwych wymówek!

Jednak - mimo tej wpadki kalendarzowej - przyznaję, że nie umiałabym już żyć bez pisania tutaj. Nie tylko dlatego, że uzewnętrznianie się w tej formie przynosi ulgę i pozwala uporządkować galopadę myśli w głowie, ale też dlatego, że pozwala zachować giętkość palców. Oczywiście tę metaforyczną, związaną z łatwością formułowania myśli. Od kiedy tworzę "Anulowe zapiski", idzie mi to znacznie szybciej i naturalniej - dotykam klawiatury i po prostu: odpływam... :)

Ale dziś - zamiast zwierzeń - znajdzie się tutaj coś w rodzaju podsumowania. Ot, taki mój mały słowniczek, gromadzący w kolejności alfabetycznej najważniejsze hasła, które towarzyszyły mi w 2012 roku. Kto wie, może znajdziecie tu coś... o sobie? ;-) Zapraszam do lektury i ewentualnej dyskusji. :-)

MÓJ SŁOWNIK
EDYCJA 2012


* * *

A

Afery - hasło roku, niewątpliwie. Rozkręciłam ich w tym roku kilka, a najbardziej medialne okazały się sprawy przychodni na Szwedzkiej (to jeden z nielicznych powodów, które sprawiają, że cieszy mnie wyprowadzka z Krakowa - nie będę już musiała martwić się tym przeklętym miejscem na mapie miasta...) oraz niesławnej Fundacji Benefac. Nie żałuję, że się odezwałam. Niewiele mogę zdziałać sama w sprawach, które mnie wkurzają, ale jeśli istnieje choć cień szansy na nagłośnienie problemu i - być może - rozwiązanie go, to nie zamierzam siedzieć cicho. Nigdy. Spodziewajcie się tego. :-)


Auto - 2012 rok zapisze się w mojej pamięci również jako rok ostatecznego rozstania z Białą Strzałą. 10 lat. Mój najdłuższy i najpiękniejszy związek. Zostały mi po niej tablice rejestracyjne, które w poniedziałek muszę oddać do urzędu. I misiek, który dumnie rozsiadał się pod przednią szybą. No i moc wspomnień. Dobranoc, Biała Strzało.

wtorek, 4 września 2012

Sennik cygański

W nocnych pociągach prawdziwym podróżnikom śnią się prawdziwie cygańskie sny. Wystarczy wtulić się w kąt przedziału i przykryć lekkim, polarowym kocem. Poduszkę zastąpić może z powodzeniem plecak lub torba, w ostateczności - kurtka tudzież szalik. Stłumione chłodną mgiełką światła mijanych dworców - to nasze lampki nocne, światełka nadziei w morzu nieprzeniknionej wrześniowej nocy. Szum świata, stukot pociągu - melodia kołysanki... Jak niewiele trzeba, by stworzyć sobie namiastkę bezpiecznego domu. 

Ludzie boją się sypiać w nocnych pociągach. Wsiadają do nich niepewni, przestraszeni legendami o złodziejach zaopatrzonych w gaz usypiający i inne niebezpieczne środki. Nerwowo rozkładają walizki na półkach, przyciskają do piersi saszetki z pieniędzmi i zastygają na swoich miejscach, wpatrzeni w groźne oczy nocy, czasami odgradzając się od nich książką lub słuchawkami pełnymi muzyki dnia. Niekiedy ratują się rozmową, odganiając sen żartami, anegdotami lub plotkami. Oszukują czas, racząc się kanapkami przeznaczonymi na śniadanie. Blefują nieudolnie - byle nie zasnąć...

piątek, 17 sierpnia 2012

Gra walizkowa

Podobno praktyka czyni mistrzem... Poddaję to twierdzenie w wątpliwość za każdym razem, gdy przychodzi mi zmierzyć się z wyzwaniem pakowania walizki czy plecaka. Zdarza się to dość często - a to wypad z Krakowa do Grodziska, a to z Grodziska do Poznania czy Lublina, a to nad Jezioro Rożnowskie albo do Wrocławia... Uwielbiam takie podróże, w końcu to ja, Jaś Wędrowniczek! Jednak pakowanie chętnie bym scedowała na kogoś innego - niech mnie ten ktoś wyręczy, ja nie lubię! Nie lubię i już!

Dawniej, w czasach szkolnych wycieczek, była to dla mnie prawdziwa przyjemność i rytuał, do którego przygotowywałam się co najmniej na tydzień przed wyjazdem do Karpacza czy Kłodzka, gromadząc potrzebne rzeczy, segregując je i selekcjonując... Bo pakowanie oznaczało zbliżającą się wspaniałą podróż i przygodę - choćby pod okiem wychowawcy. ;-) Gdy w moi pokoju pojawiał się wysłużony plecak pożyczany na takie okazje od kuzynów, wiedziałam już, że mogę zacząć finalne odliczanie do wycieczki. A że w tamtych zamierzchłych czasach podróże były to dla mnie jedyne wyprawy - na wakacje rodzinne nad morze czy zagranicę nie jeździliśmy, nigdy nie było na to kasy ani czasu - celebrowałam każdy moment przygotowań.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Wiedźma w sukience. Wyznanie eks-chłopczycy

To urocze, jak wymyślnymi niekiedy nazwami rodzice potrafią się zwracać do swoich pociech. Te wszystkie Myszki, Pączusie, Robaczki, Niunie... Do mnie mama, tata i babcia mówili najczęściej: "Ty łobuzie nicpoty!",albo "Ty mały rojbrze!". I - co tu kryć - mieli rację, chociaż oceniając mnie wyłącznie po zachowanych zdjęciach z wczesnej młodości, nikt nie wpadłby na to, że w tym pucołowatym i uśmiechniętym szeroko stworzonku drzemią takie pokłady energii do łobuzowania...


Stylówka a la Czerwony Kapturek ;-)
Tylko koszyczka brak...

wtorek, 31 lipca 2012

O szkodliwości kawy i moim nowym Osiołku

Kocham kawę. Czarne złoto parujące kusząco w ręcznie malowanym kubku - to kwintesencja moich poranków i ulubiony moment dnia. Wdycham mocny, zdecydowany aromat palonych kawowych ziaren i powoli, leniwie zaczynam gimnastykować... wyobraźnię. Planuję dzień, odpalam komputer i przeglądam serwisy informacyjne, żeby wiedzieć, co w trawie piszczy, buszuję po Fejsbuku i forach internetowych... A przy tym z każdym łykiem gorącego, nieco gorzkiego płynu odzyskuję energię i chęć do działania, które wystarczają mi na cały dzień, a niekiedy nawet na dłużej... 

Dziś jednak miałam okazję przekonać się o szkodliwości takich porannych kawowych seansów. I o niebezpieczeństwie, które może czaić się w najmniejszej kropli...

środa, 11 lipca 2012

Wtorek jak worek... z niespodziankami

Wspominałam już pewnie niejeden raz, że nie przepadam za dziennymi przejażdżkami pociągiem - znacznie bardziej wolę podróżować nocą, zwłaszcza ze względu na to, że - niczym pies Pawłowa na dzwonek - reaguję na kołysanie i charakterystyczny pociągowy stukot odruchem warunkowym - w moim wypadku: natychmiastowym niemal zapadnięciem w drzemkę. Cóż, nie zawsze się to udaje - w tym tygodniu ze zgrozą odkryłam, że mój ulubiony nocny pociąg relacji Świnoujście-Przemyśl zniknął z rozkładów. No i trzeba się było tłuc w dzień... Mogłam się domyślić, że los zgotuje mi z tej okazji kilka innych, bonusowych niespodzianek, przekształcając najniewinniejszy na świecie dzień w prawdziwy worek niespodzianek. Nie zawsze przyjemnych...

Zaczęło się od porannego poczucia, że coś wisi w powietrzu. I nie była to - dla odmiany - burza. Wisiała migrena, która tuż po porannej kawie raczyła zapowiedzieć mi swe przyjście serią tzw. mroczków (słynni bracia Mroczkowie z "M jak Mdłości" nie mają z tym nic wspólnego, choć reaguję na ich widok na ekranie równie źle...). Latające przed oczami plamki, układające się w kalejdoskopowe wzory, mogłyby nawet być zabawne, gdyby nie fakt, że zwykle poprzedzają one u mnie atak bólu głowy, mdłości i światłowstrętu zwany potocznie migreną - tudzież, staroświecko: globusem.

niedziela, 8 lipca 2012

Co ja szpaczę?

Dawno temu, gdy - zamiast zaledwie kilku ocalonych drzewek i grządek - mieliśmy jeszcze prawdziwy ogród, a u sąsiadów - zamiast eleganckiego i banalnego zarazem trawnika - rosły piękne drzewa owocowe, prawdziwą plagą okolicy były szpaki, zwane w moim miasteczku skorcami (przy czym do dziś zastanawiam się, czy mianownikowa forma liczby pojedynczej to w tym wypadku "skorc" - jak na Kaszubach - czy raczej "skorzec"; chyba czas zajrzeć do jakiegoś słownika...). 

Skorce - przybywające do nas zza wschodniej (skandal!) granicy - atakowały przede wszystkim ogromną czereśnię rosnącą po sąsiedzku tuż przy naszym płocie, ale nie gardziły i wiśniami - niekiedy trudno się było opędzić od rezolutnych, czarnych ptaszków z siwo nakrapianymi skrzydełkami. Jako dziecię, świeżo po lekturze Akademii Pana Kleksa, liczyłam nawet po cichu, że któryś z tych ptaszków potrafi mówić, ale nawet jeśli dysponowały one podobnymi umiejętnościami, z przykrością stwierdzałam za każdym razem, że doskonale ją przede mną maskują...



Sturnus vulgaris


piątek, 30 marca 2012

Wielkanoc w domu

Tak, jadę do domu na Wielkanoc - to oświadczenie z mojej strony wywołało co najmniej zdziwienie na twarzach kilkorga znajomych, którzy w ostatnim czasie zapytali mnie o moje plany na początek kwietnia. Pół tysiąca kilometrów do przebycia w jedną stronę, kilka godzin intensywnej jazdy Białą Strzałą, tylko po to, by po zaledwie kilku dniach wrócić do Krakowa. Czy mi się opłaca? Pewnie nie - paliwo kosztuje, a i wysiłek jest niebagatelny - tych kilka godzin skupienia za kółkiem, najprawdopodobniej poprzedzonych kilkoma godzinami w pracy. Ale przecież nie o to chodzi...

Może nie jestem jeszcze na tyle dorosła, by całkowicie odciąć się od domu rodzinnego i zdecydować na samotne święta w Krakowie? Czasem kusi mnie wprawdzie myśl, żeby właśnie w te wolne, świąteczne dni wyjechać gdzieś i po prostu pobyć tylko ze sobą. Przemyśleć kilka spraw na spokojnie i w ciszy... Ale przecież ja właśnie na co dzień jestem sama i mam dość czasu na myślenie i kontemplowanie tej pustki moich 33 mkw.


środa, 28 marca 2012

Cudze dzieci

Zdarza Wam się rzucać na ludzi, za którymi nie przepadacie, klątwy? Mnie osobiście - rzadko, bo wolę ważyć słowa, ale z dzieciństwa pamiętam jedno straszliwe przekleństwo, którym moja babcia obdarzała każdego, kto zalazł jej za skórę... "Obyś cudze dzieci bawił" - mruczała wtedy pod nosem, mrużąc złośliwie oczy. Pojawiał się niekiedy także drugi, pedagogiczny wariant, czyli "obyś cudze dzieci uczył", sens pozostawał jednak podobny - babcia uważała, że nie ma nic gorszego od konieczności zajmowania się cudzym potomstwem... zwłaszcza gdy brakuje własnego.

Minęło kilkanaście lat, babcia straciła wigor i już nikogo nie przeklina. A ja? Ja bawię cudze dzieci, przy okazji odkrywając nowy sens owych rzucanych kiedyś przez seniorkę rodu słów.

Nie, wbrew pozorom nie wylądowałam na etacie w szkole tudzież przedszkolu, choć przyznam, że jeszcze kilka lat temu, jako poważna studentka polonistyki, brałam taką ewentualność pod uwagę i to na tyle poważnie, by zrobić wszelkie kursy uprawniające mnie do znęcania się nad młodzieżą na lekcjach polskiego. Ja po prostu - w nie do końca zrozumiały dla mnie sposób - trochę się spóźniłam na akcję "Produkujemy Potomstwo", w której wzięła udział większość moich znajomych.


sobota, 24 marca 2012

Bo o tym się nie mówi...

Namiętne pochłanianie książek ma jedną niepodważalną zaletę: człowiek czytający (homo lector?), chcąc nie chcąc, przyswaja sobie tysiące słów, które absolutnie nie przydadzą mu się w codziennym funkcjonowaniu, ale które z pewnością poszerzyć mogą jego, hmm, wizję świata? Do takich słówek należy jeden z moich ulubionych przymiotników: "pruderyjny", czyli określenie wcześniej kojarzące mi się z XIX- i XX-wiecznymi powieścidełkami dla grzecznych panienek, ukazującymi wygładzone i przesadnie uskromnione oblicze świata. Jak u starych dobrych znajomych z lekcji polskiego - państwa Dulskich i ich rozkosznych pociech...

Ach, jak lubimy śmiać się z ich zacofania! Te pozory praworządności, to zamiatanie śmieci pod dywan i pranie brudów we własnym domu... Uroczy, przebrzmiały światek mieszczańskich salonów, rozmówek o niczym i ściśle wyznaczonych ról społecznych - w tym nawet łóżkowych (do dziś uśmiecham się na myśl o tych wszystkich książkowych deklaracjach na temat "spełniania małżeńskich powinności", którymi zwykle kończyły się wykłady troskliwych matek, adresowane do córeczek na wydaniu).

Śmiejemy się, a przecież nasz świat, ten cudowny i postępowy XXI wiek, bynajmniej nie różni się od tamtej rzeczywistości. Zmieniły się tylko tematy, przesunęły się akcenty i tematy tabu.


czwartek, 1 marca 2012

Dlaczego nigdy nie będę Magdą G.

Oglądacie czasami "Kuchenne rewolucje"? Ja - przyznaję się szczerze - nie przepadam za panią Gessler i jej wyczynami na ekranie. Wymuszone pozy, teatralne gesty, wszechobecne blond loki i szafowanie przekleństwami na prawo i lewo - to nie mój styl, nie moja bajka. I choć muszę przyznać, że wiele z jej dzieł - odświeżonych, zreorganizowanych restauracji - robi wrażenie, a jej pomysły na aranżację czasami chwytają za serce, to jednak jest w idei tego programu coś, co mnie odrzuca - autorytarne narzucanie znękanym właścicielom kulinarnych biznesów (a zatem - także widzom) pomysłów, które nie do końca mogą im odpowiadać. A ja bardzo, bardzo nie lubię, gdy mi się coś narzuca. Zwłaszcza w kuchni.

Te wyznania kulinarne spisuję także, siedząc w kuchni. Tuż obok na patelni cichutko bulgocze szpinak - zostawiłam go na "małym ogniu", żeby odparować z niego wodę. Za chwilę z tej zielonej brei powstanie sos z dodatkiem śmietany, gorgonzoli, sera hochlander z dodatkiem czosnku, wędzonego łososia i mnóstwa przypraw... W garnku obok wesoło kotłują się już makaronowe muszelki. Może dodam do tego zestawu odrobinę orzechów włoskich? Zobaczymy... Tymczasem podjadam sobie odrobinę pikantnej, poznaczonej niebieskawymi żyłkami pleśni gorgonzoli i myślę sobie o diametralnym zwrocie, jaki nastąpił w moim podejściu do spraw kulinarnych.


sobota, 25 lutego 2012

Ułamki i kwantyfikatory

Refleksje lubią mnie nachodzić z zaskoczenia. Zazwyczaj wtedy, kiedy nie mam pod ręką niczego, czym mogłabym je utrwalić - chyba że zacznę nagrywać na dyktafon w komórce notatki głosowe (choć obawiam się, że w miejscach publicznych mogłoby się takie zachowanie a la "detektyw Rutkowski na tropie" wydać co najmniej podejrzane). Zdarza mi się to w autobusach, tramwajach, podczas imprez, za kierownicą - ot, nagle ciemna pustka w mojej pokręconej głowie rozjaśnia się od iskry jakiejś nagłej, uderzającej myśli... a później mogę tylko obserwować pożar i liczyć, że to, na co wpadłam tak nagle, zostanie w mojej łepetynie na tyle długo, abym zdążyła to zanotować, w jakikolwiek sposób utrwalić. ;-)

Ostatnio naszła mnie jednak myśl, właściwie taka mała "myślka", na tyle wyrazista, że nie ma ryzyka, by prędko wyfrunęła mi z głowy. Zaczęło się od tego, że jadąc tramwajem i rozglądając się od niechcenia, odkryłam coś, co mnie oszołomiło: otóż przemieszkałam w Krakowie 1/4 swojego życia. 


poniedziałek, 13 lutego 2012

W półśnie

Czasami - choć już coraz rzadziej - zdarza mi się w półśnie, nad ranem lub tuż przed zapadnięciem w objęcia Morfeusza - usłyszeć dźwięki, które w ciemności brzmią dziwnie znajomo...

Skrzypienie drzwi, ciche kroki, czasem szmer rozmowy lub westchnienie. 
Wybudzam się wtedy nagle i - nie do końca przytomna - myślę, że jestem w domu. W Grodzisku. Że słyszę mamę, krzątającą się po nieodległej od mojego dawnego pokoju kuchni. Że to wielkopolski poranek wywołuje mnie ze snu...

Otwieram oczy - a tutaj tylko krakowska, samotna noc.
I na chwilę przestaję oddychać, przytłoczona ogromem tęsknoty za domem, w którym jest ktoś prócz mnie samej.

Na chwilę.

niedziela, 12 lutego 2012

Kuchenna filozofia

Zamknij oczy. W ciemności widać  przecież więcej... A teraz wyobraź sobie swój dom - ten, który masz lub który chcesz dopiero odnaleźć. Cztery przysłowiowe ściany wypełnione od podłogi po dach poczuciem bezpieczeństwa i radością. Dom, o którym marzysz. A teraz powiedz: gdzie bije jego serce? 

We wszystkich miejscach, które mogłam lub wciąż mogę nazwać domem, jest tylko jedno takie miejsce. Kuchnia. Nieważne, czy to zagracona, zapchana szafkami i ciemna (bo z oknem po zachodniej stronie) kuchnia domowa w odległej Wielkopolsce, królestwo mojej mamy, w którego centralnym miejscu zamiast tronu stoi stół tak stary, jak ściany, które go otaczają, czy też moja mała ostoja, oddzielona ścianką od reszty kawalerki na łagiewnickiej górce - z kredensem-staruszkiem, białymi ścianami, stosem książek kucharskich na sfatygowanej komódce i kolekcją najprzedziwniejszych foremek do ciast oraz ciastek w najpojemniejszej z szuflad... 


czwartek, 12 stycznia 2012

Wieczór pachnący cynamonem...

Zapach cynamonu kojarzy mi się z domem i poczuciem bezpieczeństwa. Z jabłecznikiem mojej mamy. Z ryżem, który - odkąd pamiętam - jadło się u mnie w domu właśnie z tą przyprawą. I z wieczorami zimowymi, spędzanymi przy gorącej herbacie, już tutaj, w Krakowie. Jeśli gdzieś się zadomowię, prędzej czy później pojawia się w tym miejscu cynamonowa nuta...






 Nie wyczujesz jej od razu. Czasami zagłusza ją zapach książek, świeżo upieczonego ciasta, czasem wątły, chemiczny aromat płynu do naczyń albo... woń miasta i tego słynnego krakowskiego smogu, wdzierająca się do mojej samotni przez uchylone okno. Jednak prędzej czy później pojawi się cynamon. I wtedy - wiedz o tym - znajdujesz się najbliżej mnie i całej mojej magii... :-)