Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tato. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tato. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 lutego 2015

Jak Nula została królową ciemności

Choć z natury jestem ciemną blondynką - a przynajmniej taki kolor wmawiają mi zazwyczaj fryzjerzy - i wiedźmą, czyli przedstawicielką sfery zła, mroku i ciemnych mocy, nigdy jakoś nie przepadałam za absolutną ciemnością. Lubię świece, ogniska, lampy stołowe, łagodnym kręgiem blasku wyznaczające granicę między tym, co widome, a tym, co pozostaje ukryte w miękkim, bezdźwięcznym cieniu. Lubię widzieć. Zwłaszcza gdy pracuję. 

Każda wiedźma jest też zazwyczaj czyjąś córką (i nie mam tu na myśli bycia metaforycznym pomiotem szatana etc.). Tak się składa, że ja jestem dziecięciem elektryka (jak to było w przysłowiu - pod latarnią najciemniej?). Niepraktykującego na co dzień, gwoli ścisłości, ale jednak elektryka pełną gębą. A co za tym idzie, wszelkie kryzysy związane z prądem do tej pory rozwiązywałam zaocznie - wzywając na pomoc staruszka albo choć konsultując z nim większość działań. Inna rzecz, że zwykle problemów tego typu nie miewałam - omijały mnie? - toteż umiem zabezpieczyć ścianę przed kopaniem przy malowaniu, radzę sobie z wymianą żarówek i... już. Nie musiałam jakoś nigdy stawać wobec konieczności większych ingerencji. A w Grodzisku - czyli w domu, w którym ewentualnie co jakiś czas zdarzały się elektro-awarie - jest od tego ojciec. To się wie.

I to się mści.
A przynajmniej... zemściło się dzisiaj. ;-) 

sobota, 28 lipca 2012

Cudze okna

W jednej z moich ukochanych piosenek Turnaua - "Wzdłuż ulic" (nie ma jej, o dziwo, na YouTube, ale od czego jest poczciwa Wrzuta...) - pojawiają się słowa, które nucę sobie pod nosem zawsze, gdy przejeżdżam przez pewną niewielką wioskę przy drodze z Grodziska do Poznania... "Z daleka widzę dom, gdzie było szczęście moje...". To dom mojej babci w Dębienku - niewielka, parterowa chatka ze spadzistym dachem, licząca sobie ponad 100 lat. 

Dawno, dawno temu niemal każdy letni weekend spędzaliśmy z tatą w Dębienku - najpierw sami, później z moją coraz samodzielniejszą młodszą siostrą. Mama zwykle zostawała w domu, w Grodzisku, ciesząc się pewnie w duchu, że na kilkadziesiąt godzin ma nas z głowy... ;-) A dla nas to były często jedyne wakacyjne wycieczki, bo na kolonie czy wczasy zwykle nie starczało już środków. Zresztą - bliskość kilku jezior i niezaprzeczalny urok starego domu babci - ze strychem pełnym książek oraz starych zdjęć - wystarczały mi wtedy w zupełności do szczęścia...