Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiedźma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiedźma. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 stycznia 2014

Niewidzialność

Mogłoby się wydawać, że - jak przystało na Wiedźmę - panuję dość nieźle nad swoimi czarodziejskimi mocami. I tak też się zazwyczaj dzieje, zwłaszcza jeśli chodzi o kuchenne czary-mary. Kwestia wprawy. Ale nad jednym zaklęciem nie mam, niestety, władzy, choć bardzo chciałabym, aby stało się inaczej...

To zaklęcie na niewidzialność.

wtorek, 4 września 2012

Marznę...

Marznę. 
Marznę!
Marznę...


Słoneczny poranek, którym ugościła mnie na wstępie moja rodzinna kraina, okazał się zaledwie źle dobraną dekoracją do dość chłodnego wtorku. Słońce szybko zniknęło, źle odegrawszy rolę jednoosobowego (jednogwiezdnego?) komitetu powitalnego, wychylając się tylko na moment kilka razy w ciągu dnia - zupełnie jakby chciało sprawdzić, czy wywarło odpowiednie wrażenie... A teraz w moim pokoju rozgościł się chłód.


piątek, 8 czerwca 2012

Nulek w kuchni

Moja metoda na poprawę humoru? Wizyta w kuchni. Nie chodzi o to, żeby się od razu objadać, raczej o to, żeby coś przyrządzić i poczarować... albo posprzątać. Wczoraj natomiast odwiedziłam mój kącik kulinarny, aby pobawić się tam aparatem fotograficznym (bo jego obsługa wydaje mi się znacznie łatwiejsza od obsługi maszynki do mięsa).

Dziś te pozytywne, radosne zdjęcia okazały się idealnym lekarstwem na mój parszywy humor. Poobrabiałam je trochę i od razu zrobiło mi się lepiej, cieplej na sercu. No, może pomógł w tym też nieco ciekawy mecz otwarcia Euro 2012 - tylu emocji nie przysporzyły mi już dawno żadne rozgrywki sportowe... 

No dobra, ale dość gadania. Tym razem zamiast słów - kilka fotografii o kuchennym rodowodzie. Oto kura domowa w akcji, czyli Nulek w kuchni. 


poniedziałek, 28 maja 2012

Nawet Wiedźma miewa pecha ;-)

Nie wierzę w pecha. Z uporem maniaka zachodzę drogę czarnym kotom, tłukę lustra tak często, że nawet nie liczę sumy tych kolejnych siedmioleci nieszczęść (cóż, przyszłość przynajmniej wydaje się przewidywalna...), a piątki trzynastego celebruję z prawdziwą przyjemnością. Jednak nawet mnie, Wiedźmę patentowaną, nawiedza niekiedy pech. Przyłazi, wskakuje na plecy i nijak nie chce z nich zleźć, choć staram się z całych sił, by go z siebie strząsnąć. A figę!

Właśnie taki peszek przyczepił się do mnie w ostatni piątek, chociaż z początku nic nie zapowiadało jego wizyty...

Zaczęło się przyjemnie. Wyspałam się, spakowałam manatki na weekendową wizytę we Wrocławiu (zaliczyłam ostatnio pod rząd dwa świetne i intensywne weekendy w stolicy Dolnego Śląska, a to malując ściany, a to plażując, a to zadając się z Kleszczami - ech, cudnie było), a później z plecakiem na grzbiecie wyruszyłam dzielnie w stronę przystanku, by zawitać do pracy nieco wcześniej i móc dzięki temu również nieco wcześniej rozpocząć celebrowanie czasu wolnego. No i się zaczęło...


piątek, 11 maja 2012

Tajna wiadomość

Dawno minęły już czasy, gdy - żywo zainteresowane sprawami ludzi - Niebiosa co jakiś czas zsyłały swoim ulubieńcom znaki: gorejący krzew, kometę tudzież jakieś inne mane, tekel, fares. Dziś horoskopy stawia się komputerowo, tarota można rozłożyć jednym kliknięciem, rozkład jazdy wszelkich komet znamy z tysiącletnim wyprzedzeniem, a wróżki przyodziewają się w kostiumiki w kolorze lila-róż, a w swoich gabinetach, w blokach na obrzeżach miast, instalują prócz kryształowych kul także kasy fiskalne... 

A jednak... Od czasu do czasu można jeszcze natknąć się na zaszyfrowane wiadomości z "góry". Albo z "dołu" - na dwoje babka wróżyła. Nie trzeba nawet spoglądać w niebo - dziś przekonałam się o tym osobiście.

Wszystko przez to, że zepsuła się Biała Strzała (wyciekł cały olej, olaboga!). Umówiłam się na spotkanie z pewną Wiedźmą, musiałam więc przesiąść się do komunikacji miejskiej. I tąż komunikacją - a konkretniej: tramwajem linii oznaczonej numerem 10 - wracałam również do domu.  

Trasa wspomnianego wehikułu wiedzie m.in. przez Rondo Matecznego. I tam właśnie ujrzałam znak. A nawet - serię znaków. 


czwartek, 22 marca 2012

Uzależnienie

Ha, więc przyznajesz się, Wiedźmo! Znów oddajesz się temu niecnemu procederowi, za który powinno ci się, jak za starych dobrych czasów, przykładnie obciąć uszy! Znów pozwalasz sobie na to szaleństwo, choć wiesz dobrze, że nie przyniesie Ci ono nic dobrego! Nieszczęsna! Sama skazujesz się na potępienie...


Odwracasz oczy, zawstydzona. Racja, powinnaś się wstydzić słabości swojego charakteru. A przecież obiecywałaś sobie tyle razy, że skończysz z tym raz na zawsze! Wiesz dobrze, że nie powinnaś, a przecież już widzę, że drżącymi palcami gładzisz już pokrętło radia. Nawet nie próbuj! Nie waż się! Nie...


No tak, masz jak zwykle w nosie głos własnego rozsądku. Już odpływasz gdzieś na falach muzyki, nie bacząc, że jej szybki prąd może zanieść cię w nieznane i groźne rejony... Spod przymkniętych powiek nie dostrzeżesz żadnej rafy. Wypełnione muzyką uszy nie przyniosą ci w porę wieści o alarmie. Stopa delikatnie wystukująca rytm nie poniesie cię  dostatecznie prędko ku bezpiecznej kryjówce...


Czas spojrzeć prawdzie w oczy.
Uzależniłaś się od muzyki. Od tych cholernych piosenek o miłości.



sobota, 25 lutego 2012

Ułamki i kwantyfikatory

Refleksje lubią mnie nachodzić z zaskoczenia. Zazwyczaj wtedy, kiedy nie mam pod ręką niczego, czym mogłabym je utrwalić - chyba że zacznę nagrywać na dyktafon w komórce notatki głosowe (choć obawiam się, że w miejscach publicznych mogłoby się takie zachowanie a la "detektyw Rutkowski na tropie" wydać co najmniej podejrzane). Zdarza mi się to w autobusach, tramwajach, podczas imprez, za kierownicą - ot, nagle ciemna pustka w mojej pokręconej głowie rozjaśnia się od iskry jakiejś nagłej, uderzającej myśli... a później mogę tylko obserwować pożar i liczyć, że to, na co wpadłam tak nagle, zostanie w mojej łepetynie na tyle długo, abym zdążyła to zanotować, w jakikolwiek sposób utrwalić. ;-)

Ostatnio naszła mnie jednak myśl, właściwie taka mała "myślka", na tyle wyrazista, że nie ma ryzyka, by prędko wyfrunęła mi z głowy. Zaczęło się od tego, że jadąc tramwajem i rozglądając się od niechcenia, odkryłam coś, co mnie oszołomiło: otóż przemieszkałam w Krakowie 1/4 swojego życia. 


niedziela, 19 lutego 2012

Krótka bajka z jeżem w środku

Bajek nie opowiada się po to, żeby ktoś w nie uwierzył. Bajki opowiada się dlatego, że czasami tylko w ten sposób, wyłącznie za ich pomocą można coś pokazać i zarazem - dobrze ukryć. To moja bajka na dziś.

* * *

Nie było siedmiu gór, rzek i lasów. Zamiast nich - jedno magiczne (podobno...) miasto nad niezbyt czystą Wisłą. A w tym mieście - samotna wiedźma. 1 (słownie: jedna) sztuka. 

Wiedźma miała zielone oczy i trudny charakter, co zresztą (podobno...) idzie zwykle w parze. Była też stara (no, ok, w średnim wieku), zła i brzydka, bo przecież tak to właśnie jest, zarówno w bajkach, jak i w tym, co nazywamy rzeczywistością. Ale to nie dlatego nikt jej nie kochał.

środa, 18 stycznia 2012

Wiedźmy. Instrukcja obsługi ;-)

Nie pamiętam już, kto pierwszy nazwał mnie Wiedźmą. Ale musiało to być już dawno temu, bo zżyłam się z tym mianem i nie wyobrażam sobie, bym kiedykolwiek mogła (i chciała) się od niego uwolnić. ;-) Później, dużo później, na pamiętnej imprezie sylwestrowej w Książu Wielkim okazało się, że nie jestem jedyną Wiedźmą na tym świecie, ba, że w samym Krakowie jest nas cztery, a niebawem pojawi się na świecie piąta, wyjątkowa. :-) Może więc czas przedstawić się światu i raz na zawsze wyjaśnić pewne kwestie? Oto "Instrukcja obsługi Wiedźm". Uproszczona, dodajmy. Na potrzeby świata.