Skrzynia na pościel pachnie kurzem, który gromadzi się nocą na snach, a później, zmieciony z nich pierwszą falą poranka, opada właśnie tutaj, pod tapczan, osiadając na uwięzionych w ciepłej i poskrzypującej miarowo ciemności prześcieradłach, poszewkach, kocach... Nie ma tu światła ani świata. Nawet czas boi się zaglądać do środka, żeby nie przepaść na zawsze wśród smutnych resztek nocnych rojeń.
A może to mnie się obawia?
Jestem przecież potworem spod łóżka.
Niewiele mam wspólnego z osławionymi i nieuchwytnymi cieniami rodem z dziecięcej wyobraźni. Nie błąkam się na granicy jawy i snu, nie przegoni mnie blask nocnej lampki ani uspokajające głosy rodziców. Ja istnieję. Namacalnie. Tu i teraz. A moja miękkość i delikatność to tylko pozory. Pod nimi kryje się prawda - twarda, gładka, bezlitosna. To właśnie za nią skazano mnie na banicję.
Początek mojej historii przypomina piękną baśń: opowieść o dwóch siostrach, bliźniaczkach, które wiodły szczęśliwe życie w miękkim królestwie nocy. Naszym przeznaczeniem było służyć wiernie i dobrze ludzkim snom. Ale tylko jedna z nas wypełniła swoją misję. Nie ja. Moich usług nikt nie potrzebował. Nie na długo. Nie na stałe.
Pustka, która mnie otaczała, początkowo wydawała się błahostką. Ot, stan przejściowy. Chwila spokoju. Nie wiem, kiedy zmieniła się w oskarżenie. W końcu stała się wyrokiem.
Przestałam być potrzebna w tej samej chwili, w której swój termin przydatności do przeżycia przekroczyło kilka powierzonych mojej opiece marzeń: o domu, o rodzinie, o standardowej egzystencji zgodnej z wytycznymi ekspertów. Razem z nimi upadłam w mrok. I czaję się tutaj, naga jak prawda, jak wypełniony pierzem wyrzut sumienia.
Jestem przecież potworem, wiem.
Jestem tą drugą, zbędną poduszką.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z szuflady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z szuflady. Pokaż wszystkie posty
środa, 30 września 2015
środa, 18 września 2013
Wrześniowy ranek
Wrześniowy ranek
* * *
Świt na gołębich łapkach
błądzi jeszcze
wśród zalanych zimnym mlekiem światła ulic
Skostniałe z zimna sny
kulą się w bramach
Na próżno pukały nocą
w zamknięte szczelnie okna
marznących marzycieli
Liście schną z zazdrości
na widok wciąż zielonych
autobusów
A fontanny
wypłakały już wszystkie łzy
po lecie
Uparte dziewczęta
jesień łaskocze we wciąż nagie łydki
lodowatym piórkiem poranka
ich śmiech
zmieniony w kasztany
znika w trawie września
* * *
Świt na gołębich łapkach
błądzi jeszcze
wśród zalanych zimnym mlekiem światła ulic
Skostniałe z zimna sny
kulą się w bramach
Na próżno pukały nocą
w zamknięte szczelnie okna
marznących marzycieli
Liście schną z zazdrości
na widok wciąż zielonych
autobusów
A fontanny
wypłakały już wszystkie łzy
po lecie
Uparte dziewczęta
jesień łaskocze we wciąż nagie łydki
lodowatym piórkiem poranka
ich śmiech
zmieniony w kasztany
znika w trawie września
niedziela, 7 lipca 2013
Fantom w głowie
Pewnego dnia...
Nie, nie był to dzień szczególny, nie zaznaczyła go w kalendarzu na czerwono, nie zanotowała nic na marginesie właśnie wertowanej książki, nie wysłała wiadomości tekstowej do siostry ani przyjaciółki; chyba wciąż pamięta datę, ale nie uważała jej nigdy za istotną, a poza tym ogólnikowa formułka "pewnego dnia" wydawała jej się zawsze bezpieczniejsza: można w niej schować każdą pogodę, każdą porę roku i doby, dni powszednie i święta, poranki i wieczory - na pohybel dociekliwym biografom i biografistom, doszukującym się w przypalonej w czwartek zupie pomidorowej inspiracji do niedzielnej elegii.
Zatem: nie było to dawno, nie było to ostatnio, nie było to w sobotę ani we wtorek, nie było to po obiedzie ani przed śniadaniem. Po prostu pewnego dnia.
Tego właśnie dnia kategorycznie zabroniła sobie marzyć.
Nie, nie był to dzień szczególny, nie zaznaczyła go w kalendarzu na czerwono, nie zanotowała nic na marginesie właśnie wertowanej książki, nie wysłała wiadomości tekstowej do siostry ani przyjaciółki; chyba wciąż pamięta datę, ale nie uważała jej nigdy za istotną, a poza tym ogólnikowa formułka "pewnego dnia" wydawała jej się zawsze bezpieczniejsza: można w niej schować każdą pogodę, każdą porę roku i doby, dni powszednie i święta, poranki i wieczory - na pohybel dociekliwym biografom i biografistom, doszukującym się w przypalonej w czwartek zupie pomidorowej inspiracji do niedzielnej elegii.
Zatem: nie było to dawno, nie było to ostatnio, nie było to w sobotę ani we wtorek, nie było to po obiedzie ani przed śniadaniem. Po prostu pewnego dnia.
Tego właśnie dnia kategorycznie zabroniła sobie marzyć.
sobota, 29 czerwca 2013
Trudna sztuka
Trudna sztuka
codzienności
polega na maskowaniu
cichej rozpaczy
gryzącej pustki
gładkiej samotności
chropowatych marzeń
nieobecnej nadziei
głośnym i równie prawdziwym
śmiechem
codzienności
polega na maskowaniu
cichej rozpaczy
gryzącej pustki
gładkiej samotności
chropowatych marzeń
nieobecnej nadziei
głośnym i równie prawdziwym
śmiechem
piątek, 26 kwietnia 2013
Szkoda
* * *
Szkoda że Pan nie przyszedł
Wcale nie chciałam pana na dobre i na złe
Nie interesuje mnie zaobrączkowana wieczność
Nie mam apetytu
na wieczory wplecione w pomarszczone dłonie
na dyplomy pochwalne za zgodne pożycie
w zakurzonych ramach czasu
na zmęczone uśmiechy bezlitośnie młodych wnuków
Pańska matka mogłaby dla mnie pozostać nieznajomą
Obylibyśmy się bez śladu
mojej szminki na pana koszuli
i bez triumfującej szczoteczki do zębów
zatkniętej na biegunie umywalki
Patrząc na nie nasze dzieci
głaszcząc nie nasze psy i koty
pieszcząc się nie naszymi słowami
moglibyśmy tak zwyczajnie
rozmienić na drobne kilka pustych wieczorów
w tym samym barze albo parku
Szkoda że Pan nie przyszedł
tej wiosny
poniedziałek, 5 listopada 2012
Zombie, limeryk i ogólnofilozoficzna konkluzja
Można nie lubić Halloween, ale nie da się czasami uciec od tego tematu. ;-) Dynie, duchy, przebieranki, cukierki (o, nie, Nulek, żadnych cukierków, przecież od ponad miesiąca nie jesz już słodyczy...), psikusy... Ma to swój urok. No i można poćwiczyć kreatywność.
Na przykład - popełniając limeryk przy okazji jakiegoś konkursu. Zdarzyło mi się to właśnie dziś. A przytaczam tekst ze względu na konkluzję, do jakiej doszła po lekturze tej miniaturki pewna zaprzyjaźniona filozofka.
Oto limeryk (marny, bo marny, ale mój ci on!):
No i - najcenniejszy - komentarz filozoficzny pierwszej czytelniczki:
to mogłaby być prolegomena do artykułu o kondycji współczesnych mężczyzn.
Dla takich chwil i takich rozmów warto czasem coś skrobnąć do rymu. ;-)
Na przykład - popełniając limeryk przy okazji jakiegoś konkursu. Zdarzyło mi się to właśnie dziś. A przytaczam tekst ze względu na konkluzję, do jakiej doszła po lekturze tej miniaturki pewna zaprzyjaźniona filozofka.
Oto limeryk (marny, bo marny, ale mój ci on!):
Pewien zombie, co żył w Dobrym Mieście,
skonsumować chciał związek nareszcie.
Lecz gdy chwila nastała,
odpadła mu... część ciała
strategiczna. Gdy znajdziecie, wskrzeście. ;)
to mogłaby być prolegomena do artykułu o kondycji współczesnych mężczyzn.
Dla takich chwil i takich rozmów warto czasem coś skrobnąć do rymu. ;-)
niedziela, 9 września 2012
Cztery koty, dwa listy i jeden wiersz
Dawno nie miałam dnia tak pełnego wrażeń. A zaczęło się od niewinnego wyjścia do kościoła na rodzinną mszę (tak, wiedźmy też chadzają niekiedy na takie eventy). Niewyspana - bo zachciało mi się do późna czytać Pieśń Lodu i Ognia - i lekko oszołomiona zawiłościami listu duszpasterskiego, odczytywanego z tygodniowym opóźnieniem (ech, uroki mieszkania na prowincji...), siedziałam sobie w kącie ławki, skupiając się na odpowiednio szerokim otwieraniu oczu i myśląc, że dawno nie zanosiło się na tak spokojną niedzielę...
No i mam za swoje.
Jako że mam dość osobliwe podejście do nakazu, by "dzień święty święcić", postanowiłam uczcić ową niedzielę ogarnięciem sterty papierzysk w moim grodziskim pokoju i - po zaaplikowaniu sobie solidnej porcji kofeiny - dziarsko zabrałam się do pracy. Przy okazji uznałam, że to odpowiedni moment, by pozbyć się z pokoju ogromnego i klocowatego biurka, które znacząco ograniczało mi swobodę, zastępując je mniejszym i wygodniejszym biurkiem porzuconym przez moją młodszą siostrę-emigrantkę. No, ale do transportu potrzebne było mi wsparcie.
Tatę, którego zamierzałam prosić o wsparcie - bynajmniej nie duchowe - znalazłam na podwórzu. Cóż, nie był sam...
No i mam za swoje.
Jako że mam dość osobliwe podejście do nakazu, by "dzień święty święcić", postanowiłam uczcić ową niedzielę ogarnięciem sterty papierzysk w moim grodziskim pokoju i - po zaaplikowaniu sobie solidnej porcji kofeiny - dziarsko zabrałam się do pracy. Przy okazji uznałam, że to odpowiedni moment, by pozbyć się z pokoju ogromnego i klocowatego biurka, które znacząco ograniczało mi swobodę, zastępując je mniejszym i wygodniejszym biurkiem porzuconym przez moją młodszą siostrę-emigrantkę. No, ale do transportu potrzebne było mi wsparcie.
Tatę, którego zamierzałam prosić o wsparcie - bynajmniej nie duchowe - znalazłam na podwórzu. Cóż, nie był sam...
wtorek, 1 maja 2012
Chowam się
Staroć z szuflady grodziskiej, ale - cholernie aktualna.
* * *
Chowam się w słowa
z okruchów
cichych resztek
niedopowiedzeń
wysypuję sobie ścieżkę
błędną
do Ciebie
Chowam się w słowa
wyblakłe
otulam nimi jak szalem
który przed chłodem Twym nagłym
nie chroni
wcale
Chowam się w słowa
i znikam
cień ledwie
na parawanie
dźwięków bez uczuć i znaczeń
zostanie
* * *
Chowam się w słowa
z okruchów
cichych resztek
niedopowiedzeń
wysypuję sobie ścieżkę
błędną
do Ciebie
Chowam się w słowa
wyblakłe
otulam nimi jak szalem
który przed chłodem Twym nagłym
nie chroni
wcale
Chowam się w słowa
i znikam
cień ledwie
na parawanie
dźwięków bez uczuć i znaczeń
zostanie
środa, 25 kwietnia 2012
W zawieszeniu
* * *
Pytania
których nigdy Ci nie zadam
dziesiątki mieczy Damoklesa
tuż przy ustach
Złudzenia
których nigdy nie rozwiejesz
obłoki pary w chłodzie nocy
tuż przy ustach
Uczucia
których nigdy nie znajdziemy
knebel przeszłości nazbyt szczelny
tuż przy ustach
poniedziałek, 5 marca 2012
Noc
* * *
Zaplątany w jej warkocz
niechcący
skrawek snu
czarne oczko
w pierścionku
po prababci
kolczyki ze skrzydeł
nieopatrznego
nietoperza
dobiera
starannie
zerka w mroczne lustro
rozciemnia się w uśmiechu
Noc
Zaplątany w jej warkocz
niechcący
skrawek snu
czarne oczko
w pierścionku
po prababci
kolczyki ze skrzydeł
nieopatrznego
nietoperza
dobiera
starannie
zerka w mroczne lustro
rozciemnia się w uśmiechu
Noc
poniedziałek, 27 lutego 2012
Biolekty
Czasami natykam się podczas porządków w komputerze lub w notatkach na jakieś swoje stare zapiski. To jeden z nich, sprzed niemal roku. Znalazłam wczoraj. Już nie boli.
* * *
Co z tego że mówimy
* * *
Co z tego że mówimy
tym samym językiem
skoro moje
kocham
kocham
znaczy twoje
tracisz
a twoje
szczęście
znaczy moje
odejdź
tracisz
a twoje
szczęście
znaczy moje
odejdź
niedziela, 26 lutego 2012
Ostrzeżenie
Ostrzegam
patrzysz mi w oczy
wyłącznie na własne ryzyko
Nie chcę później skarg
i zażaleń
że zamiast wysp szczęśliwych
tam
otchłań bez dna
i strome schody
bez poręczyciela
Nie pisz donosów
że za zielonym szkiełkiem tęczówki
przemycam nadprogramowe marzenia
nie dla ciebie
a do uśmiechu dorzucam łzę
gratis i bez paragonu
Nie wnioskuj o kontrolę
realizacji snutych kiedyś planów
trzeźwości umysłu
reakcji na bodźce
sercowe
Pod moimi powiekami zabłądzisz
Zamiast rajskiego ogrodu odkryjesz
blaknącą sukienkę matki wszystkich głupców
A widzisz
Ostrzegałam
patrzysz mi w oczy
wyłącznie na własne ryzyko
Nie chcę później skarg
i zażaleń
że zamiast wysp szczęśliwych
tam
otchłań bez dna
i strome schody
bez poręczyciela
Nie pisz donosów
że za zielonym szkiełkiem tęczówki
przemycam nadprogramowe marzenia
nie dla ciebie
a do uśmiechu dorzucam łzę
gratis i bez paragonu
Nie wnioskuj o kontrolę
realizacji snutych kiedyś planów
trzeźwości umysłu
reakcji na bodźce
sercowe
Pod moimi powiekami zabłądzisz
Zamiast rajskiego ogrodu odkryjesz
blaknącą sukienkę matki wszystkich głupców
A widzisz
Ostrzegałam
sobota, 25 lutego 2012
Zachęta
Zwiedź mnie na manowce
prowadź błędną ścieżką
sprowadź na złą drogę
Wpleć mi we włosy
źdźbło trującej trawy
Wejdź w moją skórę
Pochodź w moich butach
a może niech w ciebie
wstąpi mój diabeł
Wyjdź z siebie
przejdź do meritum
Tylko mnie nie zawiedź
i przyjdź
prowadź błędną ścieżką
sprowadź na złą drogę
Wpleć mi we włosy
źdźbło trującej trawy
Wejdź w moją skórę
Pochodź w moich butach
a może niech w ciebie
wstąpi mój diabeł
Wyjdź z siebie
przejdź do meritum
Tylko mnie nie zawiedź
i przyjdź
sobota, 21 stycznia 2012
Dzień Babci
Przemiany
Kto wyplótł te palce w artretyczny wzór starości?
Kto przygiął do ziemi sprężyste niegdyś ciało?
Kto naznaczył włosy bezlitośnie płowiejącą szarością?
Patrzy w lustro
Nie poznaje
Zmarszczki wokół oczu jak fantazyjna plecionka
Żylaste ręce z partacko połączonych witek
I ta sylwetka podobna do wierzby
Pozbawionej wszystkich pędów
Więc jednak to prawda
Że można upodobnić się
Do tego co się robi?
Więc to jest śmierć
Albo inaczej – nieśmiertelność?
Stara wierzba
Płacze
Koszyk w kącie
Milczy
Stropiony
Mojej Babci
Kto wyplótł te palce w artretyczny wzór starości?
Kto przygiął do ziemi sprężyste niegdyś ciało?
Kto naznaczył włosy bezlitośnie płowiejącą szarością?
Patrzy w lustro
Nie poznaje
Zmarszczki wokół oczu jak fantazyjna plecionka
Żylaste ręce z partacko połączonych witek
I ta sylwetka podobna do wierzby
Pozbawionej wszystkich pędów
Więc jednak to prawda
Że można upodobnić się
Do tego co się robi?
Więc to jest śmierć
Albo inaczej – nieśmiertelność?
Stara wierzba
Płacze
Koszyk w kącie
Milczy
Stropiony
piątek, 20 stycznia 2012
Z szuflady - Mur z książek
Kolejny tekst odgrzebany z szuflady. Pojawiał się już tu i ówdzie w Internecie, więc nie będzie to wielkim "obnażaniem duszy", jeśli wrzucę go i tutaj. Ot tak, żeby sobie był.
Mur z książek
Żyła w świecie kobiet i książek. W domu zdominowanym przez rozgadaną, wiecznie narzekającą matkę i babkę, która potrafiła tylko modlić się i narzekać na niewdzięczność niezaradnej córki oraz wiecznie siedzącej z nosem w „romansidłach” wnuczki. Bez ojca, który dawno temu – jakby w poprzednim życiu jeszcze – odszedł do innej, cichszej i bardziej potulnej kobiety. Na osiedlu, które rozbrzmiewało wrzaskami matek nawołujących swoje pociechy z piaskownic i boisk, plotkami o brukowcowym rodowodzie, wygłaszanymi scenicznym szeptem w zaufanym gronie sąsiadek i koleżanek, brzękiem przesuwanych na kuchence garnków, patelni, pokrywek... Nawet miotane przez okolicznych żuli przekleństwa najczęściej odnosiły się do kobiet. – „Ty kurwo!” – słyszała, kiedy nie chciała dać któremuś z nich dwóch złotych na piwo.
Mur z książek
Żyła w świecie kobiet i książek. W domu zdominowanym przez rozgadaną, wiecznie narzekającą matkę i babkę, która potrafiła tylko modlić się i narzekać na niewdzięczność niezaradnej córki oraz wiecznie siedzącej z nosem w „romansidłach” wnuczki. Bez ojca, który dawno temu – jakby w poprzednim życiu jeszcze – odszedł do innej, cichszej i bardziej potulnej kobiety. Na osiedlu, które rozbrzmiewało wrzaskami matek nawołujących swoje pociechy z piaskownic i boisk, plotkami o brukowcowym rodowodzie, wygłaszanymi scenicznym szeptem w zaufanym gronie sąsiadek i koleżanek, brzękiem przesuwanych na kuchence garnków, patelni, pokrywek... Nawet miotane przez okolicznych żuli przekleństwa najczęściej odnosiły się do kobiet. – „Ty kurwo!” – słyszała, kiedy nie chciała dać któremuś z nich dwóch złotych na piwo.
środa, 18 stycznia 2012
Z szuflady - wiersz grodziski na wskroś
Dawno temu to się pisało wiersze... ;-) I czasami nawet posyłało tu i ówdzie. Dziś znajduję je pozapisywane w pośpiechu na fiszkach, luźnych kartkach i zapomnianych plikach. A co mi tam. Niech tu co jakiś czas któryś z nich wskoczy, odświeżony po latach...
Z herbu miasta
Soboty pachną plackiem drożdżowym z kruszonką;
wstęgi zapachu płyną z otwartych okien
i wiążą się w skomplikowany supeł w jego nosie.
W niedziele drzemie spokojnie, ukołysany spacerowym krokiem
matek i ojców prowadzących pociechy do kościołów;
czasem tylko uchwyci zdziwione spojrzenie malca,
co weń celuje pytającym palcem.
Budzą go niecierpliwe, prędkie poniedziałki,
opryskliwie, niechętnie mówiące „Dzień dobry”,
choć to tylko poza, bo po wielkopolsku rwą się do pracy.
Wtorki wybuchają zgiełkiem miejskiego targowiska,
on zna te jarmarki, niezmienne od stuleci,
bawi go to przejęcie, uroczysty patos,
z jakim sprzedaje się tutaj najzwyklejsze pyry.
Refleksyjne i ciche nadchodzą środy;
pod stopami Stary Rynek pełen samochodów w miejscach,
gdzie nie tak dawno stawał wóz drabiniasty
i koń wyskubywał trawę zarastającą ślady stóp błogosławionego Bernarda.
Czwartki mijają prędzej, jeśli się wsłuchuje w cichą melodię magistratu za jego plecami,
gdzie skrzypi pióro, ołówek szepcze papierowi miłosne wyznania,
a klawiatury biernie poddają się tysiącom razów,
wymierzanych urzędowo i metodycznie.
Kiedy patrzy w zmęczone oczy piątków,
hałaśliwy tłum przepływa wąskimi ulicami,
wydeptując historię kolejnych dni na płytach Garbar i Szerokiej.
Soboty pachną plackiem drożdżowym z kruszonką.
Herbowy król opiera się wygodnie o ratuszową ścianę
i poprawia fałdy swej namalowanej szaty,
poruszonej błogim westchnieniem.
wtorek, 10 stycznia 2012
Wyznanie (grafomania)
Wyznanie
Wierzę w Boga Ojca czytającego
Wielbiciela poezji i prozy życia
I Pisarza wszechpiórego
Pana naszego
Który się począł z Pisma
Narodził ze Słowa
A umieszczon na półkach i regałach
W kurzu pogrzebion
Zstąpił do piekieł zapomnienia i nudy
Przeczytan
Zmartwychwstał
Łącząc wyblakłą czcionką żywych i umarłych
Wierzę w Druk Święty
Święty Kościół lektury
Święty Kościół lektury
Z książką obcowanie
Wyobraźni zwodzenie
Myśli zmartwychwstanie
Żywot wieczny ksiąg
Wyobraźni zwodzenie
Myśli zmartwychwstanie
Żywot wieczny ksiąg
Amen.
środa, 4 stycznia 2012
Wiklinowy wiersz
Mnie się czasem zdarza coś napisać.
Wierszem się zdarza.
Zazwyczaj się nie przyznaję.
Ale dziś mnie naszło, bo dostałam pocztą zbiorek pokonkursowy. M.in. z moim tekstem. :-)
Wiersz jest aniołowy, a mnie ostatnio brakuje aniołów, więc dorzucam go tu. Niech strzeże.
* * *
Mój anioł
Mój anioł stróż
ma skrzydła z wikliny
i mieści się w koszyku
Giętki
jakoś przeciska się
między moją złością a rozczarowaniem
że znowu zamiast
splotu dusz
tylko plotki i powikłania
Czasem smagnie
witką po dłoni
wyciągniętej w złą stronę
Czasem ugnie się
pod ciężarem
moich siedmiu
banałów
głównych
Ale potem w ciszy
splata palce i
trzeszcząc skrzydłami
leci do nieba
z tym uciążliwym balastem
Wraca
lżejszy o kolejne marzenia
Przysiada na pałąku
i wzdycha
Cóż ty znów pleciesz, dziewczyno?
Wierszem się zdarza.
Zazwyczaj się nie przyznaję.
Ale dziś mnie naszło, bo dostałam pocztą zbiorek pokonkursowy. M.in. z moim tekstem. :-)
Wiersz jest aniołowy, a mnie ostatnio brakuje aniołów, więc dorzucam go tu. Niech strzeże.
* * *
Mój anioł
Mój anioł stróż
ma skrzydła z wikliny
i mieści się w koszyku
Giętki
jakoś przeciska się
między moją złością a rozczarowaniem
że znowu zamiast
splotu dusz
tylko plotki i powikłania
Czasem smagnie
witką po dłoni
wyciągniętej w złą stronę
Czasem ugnie się
pod ciężarem
moich siedmiu
banałów
głównych
Ale potem w ciszy
splata palce i
trzeszcząc skrzydłami
leci do nieba
z tym uciążliwym balastem
Wraca
lżejszy o kolejne marzenia
Przysiada na pałąku
i wzdycha
Cóż ty znów pleciesz, dziewczyno?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

