Trudna sztuka
codzienności
polega na maskowaniu
cichej rozpaczy
gryzącej pustki
gładkiej samotności
chropowatych marzeń
nieobecnej nadziei
głośnym i równie prawdziwym
śmiechem
sobota, 29 czerwca 2013
niedziela, 23 czerwca 2013
Tajna wiadomość - edycja poznańska
Dawno temu w Krakowie... Czy tak już będą zaczynać się wszystkie moje opowieści? Właśnie uświadomiłam sobie, że to naprawdę było dawno temu - niebawem minie już pół roku mojej poznańskiej egzystencji. A zatem - dawno temu, bo w maju 2012 roku, pisałam tu na blogu o pewnej tajnej wiadomości, na którą natknęłam się wieczorem przy Rondzie Matecznego.
Nie wiedziałam wtedy, czy była to przestroga, czy może zapowiedź świetlanej (nomen omen - kto czytał tamten wpis, ten wie, skąd ta łacina) przyszłości. Aż do dziś. Dziś dostałam kolejny znak.
Bo jak inaczej mogę określić to, że na zorganizowanym w moim teatrze koncercie poświęconym pamięci Jarka Maszewskiego pojawili się ludzie, z których muzyką jeszcze w Krakowie spędziłam setki godzin - tych najlepszych i tych najtrudniejszych?
Nie wiedziałam wtedy, czy była to przestroga, czy może zapowiedź świetlanej (nomen omen - kto czytał tamten wpis, ten wie, skąd ta łacina) przyszłości. Aż do dziś. Dziś dostałam kolejny znak.
Bo jak inaczej mogę określić to, że na zorganizowanym w moim teatrze koncercie poświęconym pamięci Jarka Maszewskiego pojawili się ludzie, z których muzyką jeszcze w Krakowie spędziłam setki godzin - tych najlepszych i tych najtrudniejszych?
sobota, 22 czerwca 2013
Koniec epoki
Epoka to - według słownika - okres stanowiący jeden z etapów dziejowych. Czy 15 lat zasługuje już na takie określenie, czy może należałoby się z tym powstrzymać, zanim czas łaskawie nie dopisze na końcu jeszcze kilku nobliwych zer? W odniesieniu do znanych nam z historii epok piętnastolecie przedstawia się nader marnie. Z drugiej strony to jednak ponad połowa mojego życia, jeśli więc weźmie się pod uwagę ten punkt odniesienia, rzecz nabiera zupełnie innego wymiaru.
Uczepiłam się tej liczby nie bez powodu. Nieco ponad 15 lat temu w moim - a raczej: w życiu mojej rodziny pojawiła się biało-czarna i bardzo puchata kulka. Czarny łepek, błyszczące oczka, zawadiacko przekrzywione ucho i cztery niezgrabne łapki, ledwo dające sobie radę z utrzymaniem w równowadze ciała zakończonego poruszającym się non stop ogonkiem...
Nuki. Nasz pierwszy i - prócz Aksy, która jednak należy już wyłącznie do mnie - jedyny pies. Kochany podwórzowiec o złotym sercu i niespożytej energii. Kiedy był mały, spotkani na ulicy ludzie śmiali się, że mam na smyczy miniaturkę bernardyna. Kiedy podrósł, na szczęście nie osiągnąwszy rozmiarów, które usiłowano mu wmówić, z psa "pokazowego", "spacerowego", stał się wiernym stróżem naszego domu.
Ileż ja chwil spędziłam, wpatrując się w te brązowe, poczciwe oczy i myśląc, że to jedyne stworzenie w okolicy, które mnie jako-tako rozumie... Ile było zabawy przy każdej psiej kąpieli... I tylko ten czarny pyszczek siwiał z roku na rok coraz bardziej. I tylko oczy z roku na rok ślepły, aż w końcu zupełnie przestały się przydawać, ustępując nosowi, łapom i psiej intuicji...
Jeszcze kilka dni temu opowiadałam o nim jednemu ze znajomych aktorów, który sam ma w domu psiego emeryta. Mówiłam, jak dzielnie radzi sobie nasz staruszek - mimo utraty sił i wzroku.
Dziś tego staruszka już nie ma.
Dziś wczesnym wieczorem Nuki powlókł się do swojego ulubionego schronienia pod schodami, w którym zawsze przeczekiwał upały. Zaskamlał cicho kilka razy - zdarzało mu się tak marudzić od czasu do czasu. Ale tym razem nie marudził. Umarł.
Odszedł cicho i niekłopotliwie - tak jak żył, biedny, kochany emeryt.
A za nim równie cicho zamknęły się drzwi tej piętnastoletniej epoki, nazwanej tu dla uproszczenia: moją młodością.
Zostałam po złej stronie.
piątek, 21 czerwca 2013
Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Drożdżowy (p)odrywaniec
Kojarzycie rasę psów określaną mianem shar pei? To te pocieszne bestie o komicznie pofałdowanej skórze, wyglądające, jakby ktoś wsadził je w za duży kostium. Ciasto, na które przepis podam za chwilę, bardzo mi te psy przypomina - ze względu na kolor i fałdki... ;-)
Wygląd to jednak w tym wypadku rzecz drugorzędna (choć podobno je się przede wszystkim oczami). Najważniejsze, że ten "psi wypiek" łączy w sobie niewysłowioną delikatność wilgotnego ciasta drożdżowego i orientalny aromat cynamonu - dwie cechy, które w ciastach kocham chyba najmocniej. Toteż bez zbędnych wstępów - zapraszam do lektury nowego przepisu. Tym razem przed Wami...
Wygląd to jednak w tym wypadku rzecz drugorzędna (choć podobno je się przede wszystkim oczami). Najważniejsze, że ten "psi wypiek" łączy w sobie niewysłowioną delikatność wilgotnego ciasta drożdżowego i orientalny aromat cynamonu - dwie cechy, które w ciastach kocham chyba najmocniej. Toteż bez zbędnych wstępów - zapraszam do lektury nowego przepisu. Tym razem przed Wami...
czwartek, 20 czerwca 2013
Echo serca
Oświadczam: jestem sentymentalną gęsią z inklinacjami muzycznymi. Pozuję czasami na intelektualistkę, zdarza mi się udawać wredną małpę, bywam konkretną, twardo stąpającą po ziemi niewiastą... ale to wszystko kamuflaż. Bo wystarczy banalna melodyjka z przeszłości, romantyczny przebój sprzed lat i maska spada, odsłaniając żałosną prawdę. Co za wstyd...
Dziś mogłam się kolejny raz przekonać o tej sile mojej słabości. Wystarczyły pierwsze dźwięki starego hitu Perfectu Nie mogę Ci wiele dać i nagle - niczym bohaterowie tandetnych filmów o podróżach w przeszłość - znajduję się znów w dużej sali gimnastycznej przy mojej podstawówce.
Jestem w siódmej klasie - okropny wiek, okropny czas dla brzydkiej, zakompleksionej i nieśmiałej pannicy. Trwa właśnie szkolna dyskoteka - pod sufitem zwisa połyskująca kula wypożyczona na tę okazję od grodziskiego zawodowego wodzireja, a w jednym z kątów sali kolega z liceum bawi się w didżeja, inkasując zachwycone spojrzenia małolat (bo przecież taki jest dorosły i mądry). Na parkiecie pląsają grupki młodzieży z klas szóstych, siódmych i ósmych - część z nich jest koedukacyjna, zdecydowana większość to jednak kółeczka tylko damskie lub tylko męskie - takie czasy.
Dziś mogłam się kolejny raz przekonać o tej sile mojej słabości. Wystarczyły pierwsze dźwięki starego hitu Perfectu Nie mogę Ci wiele dać i nagle - niczym bohaterowie tandetnych filmów o podróżach w przeszłość - znajduję się znów w dużej sali gimnastycznej przy mojej podstawówce.
Jestem w siódmej klasie - okropny wiek, okropny czas dla brzydkiej, zakompleksionej i nieśmiałej pannicy. Trwa właśnie szkolna dyskoteka - pod sufitem zwisa połyskująca kula wypożyczona na tę okazję od grodziskiego zawodowego wodzireja, a w jednym z kątów sali kolega z liceum bawi się w didżeja, inkasując zachwycone spojrzenia małolat (bo przecież taki jest dorosły i mądry). Na parkiecie pląsają grupki młodzieży z klas szóstych, siódmych i ósmych - część z nich jest koedukacyjna, zdecydowana większość to jednak kółeczka tylko damskie lub tylko męskie - takie czasy.
poniedziałek, 17 czerwca 2013
AKSA, DAJ GŁOS! Miłość jak bambosz
Podczas ponad 8 lat w Krakowie miałam okazję przekonać się, na jak różne typy współlokatorów można trafić w akademikach tudzież mieszkaniach studenckich. Są ludzie, których wolałabym zapomnieć (i - aby ułatwić ten proces - nie będę tu przytaczać ich imion), są też tacy, których wspominać będę zawsze z rozczuleniem - jak choćby Madzia, z którą przemieszkałam 2 lata, najpierw przy ul. Jadwigi z Łobzowa, później na Grzegórzkach, a później przy Kalwaryjskiej. Przedstawicieli pierwszej kategorii lepiej unikać. Za to z przedstawicielami tej drugiej człowiek gotów byłby podzielić się ostatnią koszulą... albo na przykład miejscem na blogu.
Piszę o tym nie bez przyczyny: od 3 tygodni nie mieszkam już sama. W moje życie - na czterech zgrabnych i włochatych łapach - wkroczyła Aksa, zwariowany mieszaniec owczarkopodobny (konia z rzędem temu, kto zgadnie, jaką rasę przypomina najbardziej), 2-letnia wariatka o wyjątkowo silnym charakterze, zabawnym, guzikopodobnym nochalu i roztapiającym serce spojrzeniu. Właśnie siedzi na kanapie obok i z ciekawością przygląda się mojemu majstrowaniu przy klawiaturze. Niech się i ona po-pisze. Aksa, daj głos! :-)
* * *
No i stało się. To ja, Aksa, nowa lokatorka. Anula oderwała mnie właśnie od mojej ulubionej zabawy polegającej na systematycznym rozdrabnianiu na miniaturowe łatki starego pomarańczowego kocyka, który dostałam od jej mamy "do łóżeczka", i domaga się ode mnie jakiejś wprowadzającej wypowiedzi.
Piszę o tym nie bez przyczyny: od 3 tygodni nie mieszkam już sama. W moje życie - na czterech zgrabnych i włochatych łapach - wkroczyła Aksa, zwariowany mieszaniec owczarkopodobny (konia z rzędem temu, kto zgadnie, jaką rasę przypomina najbardziej), 2-letnia wariatka o wyjątkowo silnym charakterze, zabawnym, guzikopodobnym nochalu i roztapiającym serce spojrzeniu. Właśnie siedzi na kanapie obok i z ciekawością przygląda się mojemu majstrowaniu przy klawiaturze. Niech się i ona po-pisze. Aksa, daj głos! :-)
* * *
No i stało się. To ja, Aksa, nowa lokatorka. Anula oderwała mnie właśnie od mojej ulubionej zabawy polegającej na systematycznym rozdrabnianiu na miniaturowe łatki starego pomarańczowego kocyka, który dostałam od jej mamy "do łóżeczka", i domaga się ode mnie jakiejś wprowadzającej wypowiedzi.
niedziela, 2 czerwca 2013
Grunwaldzki spacer na trzech nogach
Od kilku dni pałęta mi się po głowie puenta pewnej statystycznej anegdotki, zasłyszanej jeszcze w zamierzchłych czasach mojej edukacji w grodziskim "ekonomiku", mówiąca o tym, że wychodząc na spacer z psem ma się, statystycznie rzecz ujmując, trzy nogi. ;-) Od kilku dni ja też mam dodatkową nogę, a to za sprawą mojej nowej współlokatorki - dwuletniej kundelki Aksy.
Na razie oswajamy się ze sobą i z nową sytuacją (nie tylko w związku ze zwiększoną liczbą kończyn): ona - bo z domu pełnego ludzi trafiła do mieszkania samotnej starej panny, i ja - bo w moją jednoosobową egzystencję wkroczyła istota domagająca się uwagi, mająca swoje wymagania, zwyczaje i złe (oj, złe...) nawyki. Jutro wielki test, do którego od kilku dni się przygotowywałyśmy: moje wyjście do pracy. Zanim jednak nadejdzie godzina próby, trzeba odbyć rytualny wieczorny spacerek, żeby się psisko wybiegało, pozbyło nadmiaru energii (Aksa to pies owczarkopodobny, więc czego jak czego, ale energii jej nie brakuje), podlało ten i ów trawniczek (bo kupki jej dumna nowa pani zbiera dzielnie do specjalnych woreczków, żeby nie prowokować sytuacji rodem z "Dnia świra")... No dobra, nie ma co tu kryć, pani też przyda się nieco ruchu, nie wspominając o tym, że takie wyjścia stanowią znakomity pretekst do zabrania ze sobą aparatu i rozejrzenia się po najbliższej, a przecież wciąż nie do końca rozeznanej okolicy. :-)
Na razie oswajamy się ze sobą i z nową sytuacją (nie tylko w związku ze zwiększoną liczbą kończyn): ona - bo z domu pełnego ludzi trafiła do mieszkania samotnej starej panny, i ja - bo w moją jednoosobową egzystencję wkroczyła istota domagająca się uwagi, mająca swoje wymagania, zwyczaje i złe (oj, złe...) nawyki. Jutro wielki test, do którego od kilku dni się przygotowywałyśmy: moje wyjście do pracy. Zanim jednak nadejdzie godzina próby, trzeba odbyć rytualny wieczorny spacerek, żeby się psisko wybiegało, pozbyło nadmiaru energii (Aksa to pies owczarkopodobny, więc czego jak czego, ale energii jej nie brakuje), podlało ten i ów trawniczek (bo kupki jej dumna nowa pani zbiera dzielnie do specjalnych woreczków, żeby nie prowokować sytuacji rodem z "Dnia świra")... No dobra, nie ma co tu kryć, pani też przyda się nieco ruchu, nie wspominając o tym, że takie wyjścia stanowią znakomity pretekst do zabrania ze sobą aparatu i rozejrzenia się po najbliższej, a przecież wciąż nie do końca rozeznanej okolicy. :-)
sobota, 1 czerwca 2013
Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Dzień dziecka z Proustem w tle
Dzieci bywają bezlitośnie uczciwe i szczere. Dlatego też dziś, w Dzień Dziecka, i ja wyznam Wam coś szczerze, choć nieco mi wstyd z tego powodu. Otóż... nigdy nie dokończyłam lektury I tomu "W poszukiwaniu straconego czasu". Nic na to nie poradzę - to nie jest typ literatury, którą czytuję z przyjemnością, żadna ze mnie przecież erudytka. :-) Jedyny fragment, który sobie cenię, to słynny ustęp o magdalenkach ciotki Leonii - a to dlatego, że sama niekiedy doświadczam takiej psychologicznej ciekawostki, zwanej popularnie "fenomenem Prousta"...
Oto słowa, które zapadły mi w pamięć:
W swojej kolekcji wspomnień z dzieciństwa mam takich magdalenek bez liku. Dziś chcę Wam przedstawić jeden z najważniejszych smaków definiujących moje "szczenięce lata" - o dziwo, z magdalenkami Prousta związany nie tylko metaforycznie, ale i... formalnie. ;-)
Zapraszam na muszelki!
Oto słowa, które zapadły mi w pamięć:
„[...] kiedy pewnego zimowego dnia, skoro wróciłem do domu, matka, widząc, że jest mi zimno, namówiła mnie, abym się napił wbrew zwyczajowi trochę herbaty. [...] Posłała po owe kruche i pulchne ciasteczka zwane magdalenkami, które wyglądają jak odlane w prążkowanej skorupie muszli. I niebawem, przytłoczony ponurym dniem i widokami smutnego jutra, machinalnie poniosłem do ust łyżeczkę herbaty, w której rozmoczyłem kawałek magdalenki. Ale w tej samej chwili, kiedy łyk pomieszany z okruchami ciasta dotknął mego podniebienia, zadrżałem, czując, że dzieje się we mnie coś niezwykłego.
Owładnęła mną rozkoszna słodycz, odosobniona, nieumotywowana. Sprawiła, że w jednej chwili koleje życia stały mi się obojętne, klęski jego błahe, krótkość złudna; działała w ten sam sposób, w jaki działa miłość, wypełniając mnie kosztowną esencją: lub raczej ta esencja nie była we mnie, była mną. [...] Skąd mogła mi płynąć ta potężna radość? Czułem, że jest złączona ze smakiem herbaty i ciasta, ale że go przekracza nieskończenie, że nie musi być tej samej natury”.
W swojej kolekcji wspomnień z dzieciństwa mam takich magdalenek bez liku. Dziś chcę Wam przedstawić jeden z najważniejszych smaków definiujących moje "szczenięce lata" - o dziwo, z magdalenkami Prousta związany nie tylko metaforycznie, ale i... formalnie. ;-)
Zapraszam na muszelki!
wtorek, 28 maja 2013
Prawo kumulacji i opary (niekoniecznie) absurdu
Powolne, stopniowe popadanie w stany depresyjne zupełnie nie jest w moim stylu. Zdarzają mi się natomiast nagłe ataki zniechęcenia, wywołane zazwyczaj "zmęczeniem materiału" i kumulacją rozmaitych stresogennych czynników. Wiadomo, na pochyłe drzewo wszystkie kozy (a nieraz i osły) skaczą, nieszczęścia chodzą parami tudzież w większych grupach, a biednemu zawsze wiatr w oczy. I piasek. I kłody pod nogi. Ot, prawo kumulacji. Tak jak dziś.
Początek dnia zapowiadał się nawet nieźle i - dopóki byłam w pracy - nie miałam powodów do narzekań, mimo kilku niemiłych niespodzianek i zaskakującego ataku z najmniej spodziewanej strony... Tak to już bywa, gdy się pracuje z ludźmi - a i tak bilans emocjonalny wychodzi mi zawsze na plus.
Niestety, z pracy, z tego ciepłego, przytulnego biura, trzeba czasami wyjść. Prosto w rzeczywistość, która potrafi dobić.
Początek dnia zapowiadał się nawet nieźle i - dopóki byłam w pracy - nie miałam powodów do narzekań, mimo kilku niemiłych niespodzianek i zaskakującego ataku z najmniej spodziewanej strony... Tak to już bywa, gdy się pracuje z ludźmi - a i tak bilans emocjonalny wychodzi mi zawsze na plus.
Niestety, z pracy, z tego ciepłego, przytulnego biura, trzeba czasami wyjść. Prosto w rzeczywistość, która potrafi dobić.
poniedziałek, 27 maja 2013
Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Leśna przygoda, czyli ciasto ze szpinakiem
Miałam sporą przerwę w publikowaniu tutaj - nie tylko kulinarnych - opowieści, ale dziś nadrabiam w dwójnasób (edit: napisałam kilka zdań i cofnęłam się do tego słowa - czy ktokolwiek jeszcze używa "w dwójnasób"? A "w czwórnasób"??? Takie piękne słówka...). W dodatku dość niesztampowo. Bo chociaż - jak każda szanująca się wielkopolska gospodyni - mam w herbie ciasto drożdżowe, najlepiej z rabarbarem, że o kruszonce nie wspomnę, to jednak od czasu do czasu sięgam też po mniej tradycyjne przepisy. W ten sposób wzbogacam swoje kuchenne dossier o nowe doświadczenia, niekiedy mające dość, hmm, skrajny charakter.
Tak będzie i dzisiaj. Na stronie pisma "Przyślij przepis" natknęłam się bowiem na ciasto, które mnie zachwyciło i przeraziło jednocześnie. Zachwyciło - bo ma piękny, soczyście wiosenny odcień zieleni (i ani grama sztucznych barwników w środku). A przeraziło, bo zawiera... szpinak. Na słodko. Zgroza! ;-)
Przez jakiś kwadrans biłam się z myślami. Upiec? Nie upiec? Upiec? Nie upiec?... Jako że byłam wtedy w rodzinnym mieście, skonsultowałam się z moją nieocenioną rodzicielką i już po chwili ruszałam do sklepu po szpinakowy brykiet (świeżego w Grodzisku człek chyba nie uświadczy, choćby stawał na rzęsach...). Ciasto popełniłyśmy więc wspólnie, bo wyrozumowałyśmy sobie, że jeśli nie wyjdzie, to na każdą z nas przypadnie zaledwie połowa kulinarnej porażki, a to zawsze lżej na duszy i wstyd jakby ciut mniejszy. ;-) Na szczęście obyło się bez wstydu, bo zielone ciasto okazało się nie tylko zjadliwe... było po prostu pyszne! Delikatne, nie za słodkie, nieco chrzęszczące w zębach (konsystencją przypomina piegusa - z tego przepisu), no i przede wszystkim - barrrdzo wiosenne! Polecam wszystkim ten eksperyment. :-) A przepis - ciut niżej.
Tak będzie i dzisiaj. Na stronie pisma "Przyślij przepis" natknęłam się bowiem na ciasto, które mnie zachwyciło i przeraziło jednocześnie. Zachwyciło - bo ma piękny, soczyście wiosenny odcień zieleni (i ani grama sztucznych barwników w środku). A przeraziło, bo zawiera... szpinak. Na słodko. Zgroza! ;-)
Przez jakiś kwadrans biłam się z myślami. Upiec? Nie upiec? Upiec? Nie upiec?... Jako że byłam wtedy w rodzinnym mieście, skonsultowałam się z moją nieocenioną rodzicielką i już po chwili ruszałam do sklepu po szpinakowy brykiet (świeżego w Grodzisku człek chyba nie uświadczy, choćby stawał na rzęsach...). Ciasto popełniłyśmy więc wspólnie, bo wyrozumowałyśmy sobie, że jeśli nie wyjdzie, to na każdą z nas przypadnie zaledwie połowa kulinarnej porażki, a to zawsze lżej na duszy i wstyd jakby ciut mniejszy. ;-) Na szczęście obyło się bez wstydu, bo zielone ciasto okazało się nie tylko zjadliwe... było po prostu pyszne! Delikatne, nie za słodkie, nieco chrzęszczące w zębach (konsystencją przypomina piegusa - z tego przepisu), no i przede wszystkim - barrrdzo wiosenne! Polecam wszystkim ten eksperyment. :-) A przepis - ciut niżej.
KLIPS. Reaktywacja syndromu Jasia Wędrowniczka
W sztuce Federica Garcii Lorki "Dom Bernardy Alba", którą dla Teatru Nowego wyreżyserowała Magdalena Miklasz (wiem, że nie wypada mi polecać, bo mogę się wydać niewiarygodna ze względu na moje związki z tymże teatrem, ale... co mi tam! Polecam i tak, bo to świetna sztuka), pojawia się motyw ośmioletniej żałoby po śmierci głowy rodziny. Muszę przyznać, że przez jakiś czas bałam się, iż moja żałoba po Białej Strzale potrwa co najmniej tyle, bo - choć w lipcu zeszłego roku miałam solenne postanowienie znalezienia szybciutko następcy Cinquecento - moje motoryzacyjne nadzieje na nowy wehikuł spełzły na niczym... Na szczęście czekałam nieco krócej, bo nową miłość na czterech kółkach udało mi się znaleźć już (sic!) po roku od obwieszczenia światu zgonu tej poprzedniej...
Źle się zresztą wyraziłam. To nie ja znalazłam miłość, to ona znalazła mnie za pośrednictwem pewnej życzliwej cioci i nie mniej życzliwego wujaszka, którzy - wiedząc, że usycham już z tęsknoty za kierownicą, pomrukiem silnika oraz zostawianiem majątku na stacjach benzynowych - dali mi znać, że zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Poznania stoi sobie na pewnym podwórku pojazd w sam raz dla mnie.
Źle się zresztą wyraziłam. To nie ja znalazłam miłość, to ona znalazła mnie za pośrednictwem pewnej życzliwej cioci i nie mniej życzliwego wujaszka, którzy - wiedząc, że usycham już z tęsknoty za kierownicą, pomrukiem silnika oraz zostawianiem majątku na stacjach benzynowych - dali mi znać, że zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Poznania stoi sobie na pewnym podwórku pojazd w sam raz dla mnie.
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Graj, piękny Cyganie?
Piątkowe późne popołudnie.
Długo wyczekiwana wiosna z rozmachem pootwierała okna w Nulkowym mieszkaniu, sprawiając, że zapach piekących się właśnie w miniaturowej błękitnej kuchni muffinów cynamonowych zmieszał się z wionącymi zza okna i wyczuwalnymi nawet na wysokości III piętra aromatami Starego Grunwaldu. I zapachniało wiosenną ziemią wyzwoloną w końcu z mocnego uścisku zimy, spalinami generowanymi przez ścigające się po ulicy Przybyszewskiego samochody i tramwaje, a także duszną obietnicą porządnej kwietniowej burzy...
Zajęta pozbywaniem się wszelkich śladów kuchennej aktywności wynikających z wrodzonej zamaszystości ruchów i beztroskiego kulinarnego maksymalizmu (potrawy jednogarnkowe? pfff...), umilałam sobie pracę nuceniem pod nosem kolejnych anglojęzycznych hitów wydobywających się z ustawionego w pokoju radia. Ot, kura domowa w akcji, ze śpiewem na ustach zmywająca gary i z przytupem szorująca przybrudzone ciastem blaty, z dłońmi w rękawiczkach i głową w chmurach.
Nagle...
Długo wyczekiwana wiosna z rozmachem pootwierała okna w Nulkowym mieszkaniu, sprawiając, że zapach piekących się właśnie w miniaturowej błękitnej kuchni muffinów cynamonowych zmieszał się z wionącymi zza okna i wyczuwalnymi nawet na wysokości III piętra aromatami Starego Grunwaldu. I zapachniało wiosenną ziemią wyzwoloną w końcu z mocnego uścisku zimy, spalinami generowanymi przez ścigające się po ulicy Przybyszewskiego samochody i tramwaje, a także duszną obietnicą porządnej kwietniowej burzy...
Zajęta pozbywaniem się wszelkich śladów kuchennej aktywności wynikających z wrodzonej zamaszystości ruchów i beztroskiego kulinarnego maksymalizmu (potrawy jednogarnkowe? pfff...), umilałam sobie pracę nuceniem pod nosem kolejnych anglojęzycznych hitów wydobywających się z ustawionego w pokoju radia. Ot, kura domowa w akcji, ze śpiewem na ustach zmywająca gary i z przytupem szorująca przybrudzone ciastem blaty, z dłońmi w rękawiczkach i głową w chmurach.
Nagle...
piątek, 26 kwietnia 2013
Szkoda
* * *
Szkoda że Pan nie przyszedł
Wcale nie chciałam pana na dobre i na złe
Nie interesuje mnie zaobrączkowana wieczność
Nie mam apetytu
na wieczory wplecione w pomarszczone dłonie
na dyplomy pochwalne za zgodne pożycie
w zakurzonych ramach czasu
na zmęczone uśmiechy bezlitośnie młodych wnuków
Pańska matka mogłaby dla mnie pozostać nieznajomą
Obylibyśmy się bez śladu
mojej szminki na pana koszuli
i bez triumfującej szczoteczki do zębów
zatkniętej na biegunie umywalki
Patrząc na nie nasze dzieci
głaszcząc nie nasze psy i koty
pieszcząc się nie naszymi słowami
moglibyśmy tak zwyczajnie
rozmienić na drobne kilka pustych wieczorów
w tym samym barze albo parku
Szkoda że Pan nie przyszedł
tej wiosny
środa, 17 kwietnia 2013
Nulek w Krainie Babskich Stereotypów
Lubię czuć się wyjątkowa - i pod tym względem nie jestem pewnie... wyjątkiem. ;-) Dawne (i wynikające w dużej mierze z wrodzonej nieśmiałości oraz nabytych przez lata kompleksów) pragnienie wtopienia się w tłum coraz częściej zastępuje u mnie pokusa niebanalności, potrzeba wyróżnienia się, choćby jakimś drobiazgiem. Fakt, z moim wzrostem (o obfitej, ekhmm, figurze i wiechciu na głowie nie wspominając) nie jest to szczególnie trudne wyzwanie... ;-)
Owszem, jestem istotą społeczną, lubię poczucie wspólnoty duchowej i zabawę w odkrywanie podobieństw, jednak w głębi ducha zawsze pamiętam o swojej odrębności. Pod wieloma względami.
czwartek, 28 marca 2013
Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Łaciata baba amsterdamska
No i stało się - wiosnę (kiedy w końcu się u nas zjawi), lato, jesień i wczesną zimę (aż do końca grudnia) spędzę w Poznaniu. :-) Mogę więc z czystym sumieniem zająć się poznawaniem miasta, odkrywaniem na nowo jego urody, szukaniem swoich miejsc i... pracą. Pracą przede wszystkim.
Zanim jednak na dobre rozgoszczę się w grodzie Przemysła, wyskoczę na kilka dni do Grodziska, by spędzić Wielkanoc z mamą, babcią i... babką. Amsterdamską, gwoli ścisłości.
Przepis znalazłam w starych pisemkach kulinarnych gromadzonych przez moją rodzicielkę od lat. Wypróbowałam i zakochałam się na zabój w tym wybitnie smacznym cieście drożdżowym naszpikowanym niespodziankami. Jeśli szukacie czegoś wyjątkowego na świąteczny stół - powinniście zapoznać się z tym przepisem, póki nie jest za późno na włączenie go na listę wypieków. ;-) Zwłaszcza że przygotowanie tego cuda - choć wydaje się skomplikowane - w gruncie rzeczy okazuje się dziecinnie proste.
Zanim jednak na dobre rozgoszczę się w grodzie Przemysła, wyskoczę na kilka dni do Grodziska, by spędzić Wielkanoc z mamą, babcią i... babką. Amsterdamską, gwoli ścisłości.
Przepis znalazłam w starych pisemkach kulinarnych gromadzonych przez moją rodzicielkę od lat. Wypróbowałam i zakochałam się na zabój w tym wybitnie smacznym cieście drożdżowym naszpikowanym niespodziankami. Jeśli szukacie czegoś wyjątkowego na świąteczny stół - powinniście zapoznać się z tym przepisem, póki nie jest za późno na włączenie go na listę wypieków. ;-) Zwłaszcza że przygotowanie tego cuda - choć wydaje się skomplikowane - w gruncie rzeczy okazuje się dziecinnie proste.
wtorek, 26 marca 2013
Gwałt przez ucho. Ferdydurke w tramwaju i autobusie
Pewnie już wspominałam o tym, że jako dziecko i nastolatka nie znosiłam gadać przez telefon. Ot, skutek uboczny nieśmiałości, którą dopiero jako dorosłej, by nie rzec - wiekowej - kobiecie udało mi się niemal całkowicie przezwyciężyć. :-) Wciąż jednak nie przepadam za zbyt długimi pogaduchami z telefonem przytkniętym do ucha; zdecydowanie wolę kontakt twarzą w twarz, obserwowanie mimiki i gestów rozmówców, uczenie się ich - z całym "dobrodziejstwem inwentarza". Ta niechęć jest jednak niczym w porównaniu z nienawiścią, którą żywię do prowadzenia rozmów telefonicznych w komunikacji publicznej!
Owszem, telefony z pracy tudzież z pracą jakkolwiek związane odbieram natychmiast (chyba, że siedzę w kinie lub... w teatrze), starając się szybko i konkretnie załatwiać sprawy, których one dotyczą. Ale nie wyobrażam sobie prowadzenia w podobnej publicznej sytuacji rozwlekłych i wielowątkowych dyskusji (a i takie się w mojej robocie zdarzają). O rozmowach z moimi bliskimi nie wspominając...
Owszem, telefony z pracy tudzież z pracą jakkolwiek związane odbieram natychmiast (chyba, że siedzę w kinie lub... w teatrze), starając się szybko i konkretnie załatwiać sprawy, których one dotyczą. Ale nie wyobrażam sobie prowadzenia w podobnej publicznej sytuacji rozwlekłych i wielowątkowych dyskusji (a i takie się w mojej robocie zdarzają). O rozmowach z moimi bliskimi nie wspominając...
poniedziałek, 25 marca 2013
Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: mazurkowa tradycja
W moim domu nigdy nie piekło się mazurków na Wielkanoc. Były baby - najróżniejsze! - i serniki, i makowce, i biszkopty z pianką - ale mazurki? Nie, nie, tego się nie jadało i basta. Dopiero bunt, wzniecony przez moją siostrzyczkę i mnie - wówczas jeszcze nastoletnią, bardzo początkującą kurę domową - sprawił, że nieco zmalał opór mamy wobec tych podejrzanych nowości rodem z kolorowych pisemek dla gospodyń. W końcu usłyszałyśmy od rodzicielki przyzwolenie: "Chcecie? No to sobie zróbcie!".
I zrobiłyśmy.
Od tamtego czasu - a minęło już kilkanaście lat - jestem domową specjalistką od mazurków. A dziś zdradzam przepis na mój ulubiony - delikatny, kolorowy, łatwo dający się podzielić między domowych łasuchów... Zdjęcia są, rzecz jasna, archiwalne, bo w tym roku przyjemność pieczenia i dekorowania tych ciast zostawiłam sobie na piątek. Może jednak komuś przyda się ten prosty i inspirujący przepis - tak jak kiedyś przydał się mnie? :-)
I zrobiłyśmy.
Od tamtego czasu - a minęło już kilkanaście lat - jestem domową specjalistką od mazurków. A dziś zdradzam przepis na mój ulubiony - delikatny, kolorowy, łatwo dający się podzielić między domowych łasuchów... Zdjęcia są, rzecz jasna, archiwalne, bo w tym roku przyjemność pieczenia i dekorowania tych ciast zostawiłam sobie na piątek. Może jednak komuś przyda się ten prosty i inspirujący przepis - tak jak kiedyś przydał się mnie? :-)
niedziela, 24 marca 2013
Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Francuskie róże z jabłkami
Uwielbiam dostawać kwiaty, choć - niestety - im jestem starsza, tym rzadziej mi się to przytrafia. Na szczęście zawsze mogę je sobie sama... upiec. Tak, tak, to nie pomyłka - dzięki pewnej magicznej recepturze nie muszę już czekać na łaskę i niełaskę wielbicieli. ;-)
Jak to się robi? Zaklęcia są dwa. W pierwszym można skorzystać z tzw. gotowca, czyli ciasta francuskiego ze sklepu (np. z Biedronki - jest całkiem przyzwoite), w drugim - przygotować coś w rodzaju ciasta francuskiego w domu. Wybrałam drugą opcję, bo mam bardzo dobry przepis w zanadrzu. A efekty? Cóż, sprawdźcie sami...
Jak to się robi? Zaklęcia są dwa. W pierwszym można skorzystać z tzw. gotowca, czyli ciasta francuskiego ze sklepu (np. z Biedronki - jest całkiem przyzwoite), w drugim - przygotować coś w rodzaju ciasta francuskiego w domu. Wybrałam drugą opcję, bo mam bardzo dobry przepis w zanadrzu. A efekty? Cóż, sprawdźcie sami...
sobota, 23 marca 2013
Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Wyzwanie dla wiosny, czyli zupa szpinakowa
Jest taka knajpka nieopodal teatru, w której się od czasu do czasu stołujemy. A właściwie - która umożliwia nam stołowanie się na wynos, bo miejsca w niej jak na lekarstwo. To "Marchewkowe Pole" przy ulicy Dąbrowskiego - podaję tę nazwę świadomie, bo mogę z czystym sumieniem polecić ich przepyszne zupy każdemu głodomorowi. :-)
W tejże knajpce serwuje się codziennie kilka pysznych zup. I ja - stworzenie, które w dzieciństwie nienawidziło szczerze wszystkiego, co nie było rosołkiem tudzież pomidorową - się w tych zupach rozkochałam. Mało tego, zaczęłam cichcem kombinować, jak tu podrobić owe zupki w wersji udomowionej, by cieszyć się ich smakiem i kolorem także w domowych pieleszach. A że przepełnia mnie też tęsknota za wiosną, na pierwszy ogień wzięłam coś, co przypomni mi chociaż kolorem, że od kilku dni panuje nam ona - przynajmniej w kalendarzach. ;-)
W tejże knajpce serwuje się codziennie kilka pysznych zup. I ja - stworzenie, które w dzieciństwie nienawidziło szczerze wszystkiego, co nie było rosołkiem tudzież pomidorową - się w tych zupach rozkochałam. Mało tego, zaczęłam cichcem kombinować, jak tu podrobić owe zupki w wersji udomowionej, by cieszyć się ich smakiem i kolorem także w domowych pieleszach. A że przepełnia mnie też tęsknota za wiosną, na pierwszy ogień wzięłam coś, co przypomni mi chociaż kolorem, że od kilku dni panuje nam ona - przynajmniej w kalendarzach. ;-)
czwartek, 21 marca 2013
Refleksje cioci Lululi. Migawki z ostatniego tygodnia
Im dłużej żyję, tym częściej przekonuję się, że moja pamięć ma charakter wybitnie migawkowy. Zamiast kilometrowych ciągów przyczynowo-skutkowych zapisują się w niej pojedyncze mgnienia, rozbłyski przeszłości - zarówno tej odległej, dziecinno-naiwnej, jak i tej zupełnie jeszcze świeżej, dopiero co wykluwającej się z teraźniejszości. Lekko wyblakłe, przykurzone - jak fragmenty starych filmów urywających się znienacka - i, jak stare nieme filmy, opatrzone pięknie wykaligrafowanymi etykietkami z napisami...
Może tak najwygodniej przechowuje się dane w mózgu? Zdefragmentowane, poukładane w odpowiednich szufladkach klastry informacji skondensowanych do niezbędnego minimum? Oto próbka takich migawek z minionego - szalenie intensywnego - tygodnia. Zawartość Nulkowej głowy wzbogacona naprędce o kilka wniosków (żeby nikt mi nie zarzucał, iż pędzę żywot bezrefleksyjny i jałowy). :-) Kolaż tematów, wrażeń i błahostek.
środa, 13 marca 2013
Granice muzycznej przyzwoitości
Już od kilkunastu lat nie śpiewałam publicznie (no, chyba że przy ognisku i po solidnej porcji jakiegoś procentowego "znieczulacza" - dla widowni, nie dla mnie...). Nie umiem - choć kiedyś, w okolicach szkoły podstawowej, szło mi to całkiem nieźle. Niestety, brak regularnych ćwiczeń "aparatury" robi swoje - straciłam głos, pewnie już na amen... Dlatego nie śpiewam publicznie i basta.
Nie znaczy to jednak, że w ogóle nie wydaję z siebie dźwięków nawiązujących mniej lub bardziej do tego, co w powszechnym przekonaniu uchodzi za muzykę. Owszem, zdarza mi się nucić coś pod nosem, kiedy prowadzę samochód, sprzątam, zmywam gary albo coś pichcę. Śpiewam też od czasu do czasu w kościele, choć z racji grzesznego żywota, jaki pędzę obecnie, nieczęsto miewam do tego okazję... A szkoda, bo podobno ten, kto śpiewa, modli się dwa razy. O ile, oczywiście, wierzy się w moc modlitwy.
Nie znaczy to jednak, że w ogóle nie wydaję z siebie dźwięków nawiązujących mniej lub bardziej do tego, co w powszechnym przekonaniu uchodzi za muzykę. Owszem, zdarza mi się nucić coś pod nosem, kiedy prowadzę samochód, sprzątam, zmywam gary albo coś pichcę. Śpiewam też od czasu do czasu w kościele, choć z racji grzesznego żywota, jaki pędzę obecnie, nieczęsto miewam do tego okazję... A szkoda, bo podobno ten, kto śpiewa, modli się dwa razy. O ile, oczywiście, wierzy się w moc modlitwy.
środa, 6 marca 2013
Primum non nocere
"Są już państwo skończonymi łacinnikami..." - tak niezapomniany doktor Jan Godyń, specjalista do spraw angedotek i historii języka polskiego (kolejność specjalizacji nie jest przypadkowa), zwykł zaczynać wywody dotyczące związków polszczyzny z jej starszą siostrą, łaciną, licząc, iż nasza znajomość języka starożytnych Rzymian pomoże nam w zrozumieniu największych nawet zawiłości gramatyczno-historycznych... Otóż tak. Nulek jest skończonym łacinnikiem, co oznacza, że przez 2 lata studiów grzecznie pojawiał się na zajęciach (nawet w poniedziałkowe poranki), zgłębiał tajniki deklinacji i koniugacji, tłumaczył nieszczęsnego Cezara i spółkę, a wreszcie - całkiem przyzwoicie zdał egzamin.I jako skończony łacinnik potrafi też od czasu do czasu błysnąć w towarzystwie jakąś zgrabną starożytną sentencyjką, choć ze względu na postępującą sklerozę zdarza się to Nulkowi coraz rzadziej.
Jedną wszakże sentencję Nulek pamięta bardzo dobrze. Primum non nocere. I nieważne, czy zasadę tę sformułował Hipokrates, czy może geniusz Imhotep. Ważne, że - podobno - wciąż stanowi ona podstawę etyki lekarskiej. Podobno...
Problem w tym, że Nulek od jakiegoś czasu ma poważne wątpliwości dotyczące tłumaczenia. A wszystko przez Nulkową babcię.
Jedną wszakże sentencję Nulek pamięta bardzo dobrze. Primum non nocere. I nieważne, czy zasadę tę sformułował Hipokrates, czy może geniusz Imhotep. Ważne, że - podobno - wciąż stanowi ona podstawę etyki lekarskiej. Podobno...
Problem w tym, że Nulek od jakiegoś czasu ma poważne wątpliwości dotyczące tłumaczenia. A wszystko przez Nulkową babcię.
piątek, 1 marca 2013
czwartek, 28 lutego 2013
Luty w pięciu smakach
Uwaga! W dzisiejszym odcinku programu "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie..." zajmiemy się wyjątkowym zniknięciem. Otóż zwiał mi dokądś cały luty!
Sypnął śniegiem, by odwrócić moją uwagę, poszczypał nieco w policzki, zawrócił w głowie parapetówką i urodzinami mojej mamy, i ani się obejrzałam, a już zaczął zwijać swój zimowy interes. Za kilka godzin pewnie znikną po nim wszelkie ślady... a ja zostanę na lodzie. Choć - sądząc po prognozach pogody - raczej w kałuży.
Próbowałam go łapać, ale bezskutecznie. Po prostu przeciekł mi przez palce - jak czas w jednym z moich ulubionych wierszy Haliny Poświatowskiej (pisałam o nim tutaj). Zostało po nim tylko pięć smaków - po jednym na każdy palec. ;-)
Sypnął śniegiem, by odwrócić moją uwagę, poszczypał nieco w policzki, zawrócił w głowie parapetówką i urodzinami mojej mamy, i ani się obejrzałam, a już zaczął zwijać swój zimowy interes. Za kilka godzin pewnie znikną po nim wszelkie ślady... a ja zostanę na lodzie. Choć - sądząc po prognozach pogody - raczej w kałuży.
Próbowałam go łapać, ale bezskutecznie. Po prostu przeciekł mi przez palce - jak czas w jednym z moich ulubionych wierszy Haliny Poświatowskiej (pisałam o nim tutaj). Zostało po nim tylko pięć smaków - po jednym na każdy palec. ;-)
środa, 20 lutego 2013
Miłość a ortografia
Uwielbiam czerwień we wszystkich odcieniach - od pąsowej po burgundową, wliczając w to nawet niektóre odcienie różu, no, może poza cukierkowym. Jednak w lutym mój afekt do tego koloru zdecydowanie słabnie, by w okolicach walentynek przerodzić się wręcz w lekką awersję. wywołaną zalewem kiczu w sklepach, na ulicach, w mediach, zwłaszcza zaś - w "internetach"... A fakt, że staję się powoli rasową starą panną i że nigdy nie cieszyłam się szczególnym powodzeniem u płci przeciwnej (co wyrażało się co roku znikomą, by nie rzec - równą zeru - liczbą kartek walentynkowych dla mnie w szkolnej poczcie miłosnej), tylko pogłębia moją niechęć do tego durnia, świętego Walniętego.
Z tego też powodu dopiero teraz, niemal tydzień po kulminacji miłosnych szaleństw, pozwalam sobie na wpis tematycznie związany ze świętem epileptyków oraz zakochanych. Chciałabym mianowicie wyznać wszem i wobec, że moje życie miłosne - a raczej jego nędzne resztki - zostało absolutnie zniszczone przez... ortografię.
Smutna konkluzja jak na polonistkę, nieprawdaż?
Na szczęście to, co niżej, możecie śmiało czytać z przymrużeniem oka. ;)
Z tego też powodu dopiero teraz, niemal tydzień po kulminacji miłosnych szaleństw, pozwalam sobie na wpis tematycznie związany ze świętem epileptyków oraz zakochanych. Chciałabym mianowicie wyznać wszem i wobec, że moje życie miłosne - a raczej jego nędzne resztki - zostało absolutnie zniszczone przez... ortografię.
Smutna konkluzja jak na polonistkę, nieprawdaż?
Na szczęście to, co niżej, możecie śmiało czytać z przymrużeniem oka. ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





