sobota, 16 listopada 2013

Nie

Od jakiegoś czasu chodzę na zajęcia z angielskiego. Jakiś czas temu rozmawialiśmy o kłamstwach i o sytuacjach, w których zdarza nam się mijać z prawdą. Bo się zdarza. Każdemu. 

Przeważnie kłamię, kiedy nie chcę kogoś ranić. Może to patologia wyniesiona z domu rodzinnego, w którym nieprzyjemnych prawd unikało się od zawsze? A może po prostu wygodny sposób na unikanie sytuacji, w których niezbędna jest asertywność? Bo, żeby mówić prawdę, trzeba być cholernie asertywnym.

Dzisiejsze ćwiczenie z asertywności i zdrowego egoizmu, będące niejako reminiscencją poprzedniego wpisu, zaliczyłam, chociaż bolało.

Bo kiedy już powiem głośno i zdecydowanie "Nie", to jest to dokładnie to, co mam na myśli. "Nie". NIE. Nie!

I nie wmawiaj mi, że jest inaczej.
I nie mów mi, że wiesz lepiej.
I nie szukaj innych przyczyn niż te, które podałam.

Nie pisz. Nie dzwoń. Nie.
Bo to nic nie zmieni.



sobota, 9 listopada 2013

Zła kobieta

- Dlaczego odeszła?
- Normalnie, bo to zła kobieta była.

W "Psach" znalazłoby się sporo ciekawszych cytatów, mnie jednak utkwił w pamięci szczególnie ten urywek rozmowy Angeli i Franza. Może dlatego, że nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się postąpić tak, jak eks-żona głównego bohatera tego kultowego filmu. Aż do teraz. Bo teraz i ja jestem złą kobietą.

Jestem zła, bo nie chciałam ciągnąć dłużej relacji z nieuzgodnionym (wybaczcie mi tę ekonomiczną nomenklaturę, najwyraźniej wykształcenie daje o sobie znać nawet w takich "sercowych" sytuacjach) bilansem: bo nie potrafiłam dać komuś tego, czego ode mnie oczekiwał i co sam gotów był mi ofiarować. To nie było sprawiedliwe.

niedziela, 3 listopada 2013

Usprawiedliwienie bezmyślności, czyli kilka słów kierowcy o pewnej reklamie społecznej

Pobyt w domu, w dodatku o 1 dzień dłuższy niż zwykła weekendowa wizyta, to dla mnie doskonała okazja do nadrobienia wielu zaległości. Nie ukrywam, że z zaciekawieniem włączam przy takich okazjach odbiornik telewizyjny - luksus, z którego świadomie zrezygnowałam w moim poznańskim mieszkaniu. W Grodzisku uzupełniam swoją wiedzę o współczesnych mediach, oglądając na wyrywki programy informacyjne, rozrywkowe oraz bloki reklamowe. Zdarza się, że okazują się one ciekawsze niż filmy, które są nimi jakże często przerywane. 

Oczywiście określenie "ciekawy" niekoniecznie musi odnosić się do frapującej treści reklamowych spotów... Większość z nich tchnie siermiężnym banałem, ocieka seksizmem, dobija stereotypami. Intryguje mnie jednak nieodmiennie mnogość kuriozalnych sformułowań, kuszą (i wkurzają zarazem) błędy językowe, rozbraja naiwność i zero-jedynkowość promowanych w nich idei... Słowem: jest czemu się przyglądać i przysłuchiwać, choć trzeba mieć w sobie coś z masochisty, by móc się temu oddawać.

I choć urzekła mnie ostatnio reklama jednego z maseł, chwalonego za "smarowność", którą ja, głupia kura domowa, zwykłam kojarzyć raczej jako cechę rozmaitych mazi rodem z warsztatu, a nie z kuchni, to w tym wpisie chciałabym się odnieść do innej kampanii. Społecznej, jak się okazuje.

Chodzi o sławną już w Polsce kampanię "10 mniej ratuje życie. Zwolnij!".

Biorąc pod uwagę fakt, że w okresie listopadowych świąt wiele osób siada za kółkiem i przemierza kraj od cmentarza do cmentarza, moment wprowadzenia kampanii wydaje się idealny. Mowa w niej bowiem o kierowcach przekraczających prędkość i o ich ofiarach. Nader licznych, oczywiście.

Zresztą, zobaczcie sami (link znajdziecie tutaj).

Tak, wróciłam

Wczoraj przerwałam blogowe milczenie po 44 dniach niepisania i czuję się, jakbym wróciła z zaświatów. Takie porównanie nie jest zresztą bezpodstawne i nie wynika wyłącznie z listopadowo-cmentarnych okoliczności, w których wszyscy tkwimy w ten długi weekend. Przecież świat realny w stosunku do tzw. wirtuala, w którym funkcjonuję jako blogerka, to właśnie zaświaty, rzeczywistość... równoległa? Zbliżona? Inny wymiar?

Mniejsza o określenia. Liczy się fakt, iż przez ostatnie tygodnie skupiałam swoją uwagę na tym, co dzieje się w świecie namacalnym, w moim najbliższym otoczeniu, mierząc się ze śmiercią babci, nową sytuacją rodzinną i osobistą, nowym sezonem w teatrze... Wszystko to blokowało moje palce na tyle skutecznie, że nie miałam siły na naginanie ich do komputerowej klawiatury. Zresztą, nie tylko do niej - przestało mnie cieszyć robienie zdjęć, malowanie, nawet - o zgrozo! - porządki w mieszkaniu. Nie, to nie była depresja, nie wydaje mi się. Raczej odruch obronny, zamknięcie się w sobie - bo twórczość (a przecież fotografia, nawet ta amatorska, czy też malowanie, to rodzaj twórczości właśnie) wymaga pewnej otwartości, na którą po smutnych wydarzeniach sierpniowych nie było mnie stać. 

Rzuciłam się w wir pracy, zabrałam za porządkowanie rzeczy babci i jej papierów, znalazłam dodatkowe zajęcia związane z październikowymi wydarzeniami w teatrze, spotykałam się też z kimś, kto pojawił się latem w moim życiu. Na więcej nie miałam siły - nawet Aksa wylądowała w Grodzisku, przy osamotnionej teraz na amen mamie (ze względu na pracę tata bywa w domu w weekendy). I spałam. Spałam, ile tylko mogłam, licząc, że sen objawi swoje lecznicze właściwości...

Wciąż nie wiem, czy to się udało. Ale nie mam już ochoty milczeć, moje dłonie przestały wreszcie sztywnieć w momencie, gdy unoszę je nad klawiszami, a na monitorze widnieje puste pole czekające na nowy wpis. Już chyba czas...

Zbyt długo próbowałam uciekać.
Pozwoliłam, by omotało mnie poczucie bezsilności, ba, usiłowałam oszukać samą siebie, że wcale nie potrzebuję tych swoich chwil samotności spędzanych przy komputerze, z głową w chmurach, z ciszą dzwoniącą w uszach i z myślami kłębiącymi się w głowie jak ptaki szukające wyjścia ze zbyt ciasnej klatki. Zapomniałam o tym, czego potrzebuję JA - nie moi bliscy, nie facet, nie znajomi, nie rodzina, nie szef i współpracownicy. JA.

A jedną z tych niezbędnych mi do życia rzeczy stało się już dawno pisanie.
Wracam więc. Nie wiem, co z tego wyniknie, ale - cokolwiek się stanie - nie pozwolę sobie zabrać głosu, nie dam się zagłaskać na śmierć ani odciągnąć od tego, co lubię. 

Tak, wróciłam. 
Czy przyjmiecie mnie z powrotem?


Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Śniadanie z piekarnika

Poza weekendami nieczęsto zdarza mi się zjadanie śniadań w domowym zaciszu. Zwykle pochłaniam je już w pracy, przy kawie z ekspresu i włączonym komputerze. Ot, życie... Jeśli jednak mam czas i okazję, przyrządzam sobie o poranku coś dobrego. I nie mam na myśli tradycyjnej kanapki...

Ostatnio zachciało mi się omletu. Nie, żebym była ekspertką w przyrządzaniu tego dania - wręcz przeciwnie, w moim domu rodzinnym nieczęsto jadało się podobne specyjały. Nieczęsto - albo i wcale... Omlet należał więc zawsze do grupy potraw opatrzonych w mojej wyobraźni znakiem zapytania. Spróbowałabym, ale... czy mi zasmakuje? Tak, tak, mam w głowie taką listę dań. Nie jest to lista ustalona raz na zawsze, bo od czasu do czasu udaje mi się upichcić którąś z tych kulinarnych zagadek, rozwiewając przy tym wątpliwości. Wypadła z niej więc wątróbka (nie lubię, niestety...), wyfrunęły flaczki (fuj...), no i omlet, choć w tym wypadku, dla odmiany, okazało się, że jestem omletożerczynią, jak się patrzy...

Ale omlet omletowi nierówny. Próbowałam kilkunastu wersji - na słodko, na słono, z rozmaitymi dodatkami i z różnym stopniem wysmażenia. Aż wreszcie odkryłam przepis na omlet z piekarnika. No i okazało się, że ta wersja pośrednia między tradycyjnym omletem a ciastem odpowiada mi zdecydowanie najbardziej. Może zasmakuje i Wam? :-)


sobota, 2 listopada 2013

Krepina

Co roku na początku listopada polskie media stają się przewidywalne niczym menu szkolnej stołówki na początku lat 90. XX stulecia. Wiadomo, że większość serwisów zafunduje nam w dzień Wszystkich Świętych (Dlaczego wtedy, a nie w Zaduszki? Przebóg, nie zgłębiłam jeszcze tej tajemnicy...) przegląd co ważniejszych nekrologów z ostatnich 12 miesięcy. Zmarli artyści, politycy, sportowcy, celebryci - ich czarno-białe fotosy przewijają się na ekranach telewizorów, laptopów i tabletów, w tle zaś - obowiązkowo rozbrzmiewa jakaś smętna melodyjka. 

Swoistego wyłomu udało się w tym roku dokonać Kindze Rusin, która zaapelowała do rodaków, by nie kładli na grobach swych bliskich - uwaga! - wiązanek i wieńców ze sztucznych kwiatów, bo to nieekologiczne... Serio, serio! Takie bowiem kwiatki rozkładają się później na wysypiskach przez stulecia, a to wszak bardzo niedobrze.

środa, 18 września 2013

Wrześniowy ranek

Wrześniowy ranek

* * *

Świt na gołębich łapkach
błądzi jeszcze
wśród zalanych zimnym mlekiem światła ulic

Skostniałe z zimna sny
kulą się w bramach

Na próżno pukały nocą 
w zamknięte szczelnie okna
marznących marzycieli

Liście schną z zazdrości
na widok wciąż zielonych 
autobusów

A fontanny 
wypłakały już wszystkie łzy
po lecie

Uparte dziewczęta 
jesień łaskocze we wciąż nagie łydki
lodowatym piórkiem poranka

ich śmiech
zmieniony w kasztany
znika w trawie września

sobota, 31 sierpnia 2013

Książeczka, motyle i buty wikarego

Śmierć babci nie spadła na mnie niespodziewanie. Tak naprawdę ta osiemdziesięcioletnia staruszka odchodziła od kilku lat. Najpierw powoli, niezauważalnie, a później - wskutek postępującej miażdżycy i cukrzycy - coraz dotkliwiej dawało się odczuć, że to już nie ta sama osoba, która była przez lata moją największą powiernicą w rodzinie. Znikała. Zapadała się w sobie: dosłownie - bo z korpulentnej starszej pani zmieniła się pod koniec życia w wychudzoną i zniszczoną chorobami staruszkę, i w przenośni - odcinając się coraz bardziej od świata, od ukochanych seriali, gazet, a wreszcie od rozmów z domownikami...

Nie. To nie była niespodzianka. Ale i tak boli.

Wczoraj, w dzień tak piękny, jak tylko potrafią być piękne ostatnie dni lata, odbył się na grodziskim cmentarzu pogrzeb babci. To była dla mnie granica, którą wyznaczyłam sobie już we wtorek, wychodząc z pracy: do tej chwili miałam nie płakać, nie rozklejać się, tylko działać, żeby maksymalnie odciążyć mamę, zmęczoną wielotygodniowym trwaniem przy łóżku chorej w dzień i w nocy. I prawie mi się to udało. Prawie, bo kiedy w kościele zabrzmiała pieśń Anielski orszak, ta przedostatnia pogrzebowa pieśń, poprzedzająca wyprowadzenie trumny z kaplicy, śpiewałam już, płacząc.

Nie chcę jednak wspominać tego dnia przez pryzmat łez.
Chcę zapamiętać coś więcej.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Tak zwyczajnie

Dzień jak co dzień.

Słońce zjawiło się w moich oknach o rozsądnej porze.
Na porannym spacerze z Aksą poczułam pierwszy powiew jesieni.
W pracy wypiłam dwie rytualne kawy. 
Taksówkarz wezwany pod teatr o mało nie wpadł pod tramwaj, a później całą drogę zasypywał mnie opowieściami o odwiecznej wojnie taksówkarzy z motorniczymi.
Sąsiadki z bloku obok już z daleka uśmiechały się do mojej kudłatej bestii, gdy szłam z nią do samochodu.
A na Bukowskiej znów udało mi się jakimś cudem ominąć korek.

Nic się nie zmieniło.
A przecież wszystko uległo zmianie.

Dziś o 16.30 w grodziskim szpitalu umarła moja babcia, Felicja.

Jeśli potraficie się modlić, proszę, pomódlcie się za jej spokój.




niedziela, 4 sierpnia 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Tarta królowej

Mogłabym znienawidzić lato za straszliwe upały, za słońce niemiłosiernie prażące skórę, za duchotę przedburzowych popołudni i za bezlitośnie krótkie noce... Mogłabym. Ale lato na osłodę moich cierpień przynosi mi zawsze podarunek, którego nie potrafię odrzucić: renklody. :-) 

Podobno ich nazwa wywodzi się od królowej Klaudii Walezjuszki, czyli La Reine Claude. To za jej panowania we Francji pojawiła się nowa odmiana śliwy domowej i nazwą postanowiono uczcić krewniaczkę naszego osławionego króla-uciekiniera. Trudno się dziwić - owoce tej odmiany są wyjątkowo soczyste, smakowite - po prostu: królewsko dobre. Zwłaszcza, gdy zostaną wkomponowane w pyszną tartę...



środa, 24 lipca 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Aksamitna Rapsodia

Każdy z Was na pewno słyszał choć raz Błękitną rapsodię Gershwina, a jeśli nie, to niech to natychmiast nadrobi - na przykład klikając tutaj. Zasłuchajcie się, zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie leniwe, letnie popołudnie. Rozgrzane powietrze faluje delikatnie, słońce praży niemiłosiernie, a Wy - wyciągnięci na hamaku w bezpiecznym i kojącym cieniu - beztrosko przyglądacie się rozgrzanemu do białości niemu, kreśląc po nim palcami szlaki dla delikatnych, puchatych obłoków... 

Zaraz, zaraz! Ale przecież te obłoki, te chmury melodii, da się zjeść! Wystarczy sięgnąć po któryś i skosztować. Zastanawialiście się kiedykolwiek, jak może smakować Błękitna rapsodia? Oto podpowiedź, która moim zdaniem zaspokoi ciekawość niejednego łasucha-melomana... ;-)


AKSAMITNA RAPSODIA 
BANANOWO-CUKINIOWO-DYNIOWA
z czekoladową nutą



poniedziałek, 22 lipca 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Ziołowy chleb "bez krojenia"

Nie raz i nie dwa razy pisałam już, że w kuchni prawdziwej kury domowej musi od czasu do czasu zapachnieć drożdżowym ciastem. U mnie tym razem aromat drożdży zmieszał się z zapachem czosnku, pietruszki i sera - a wszystko to za sprawą chleba do odrywania, przygotowanego metodą, o której pisałam już tutaj. 

Przepis jest zmodyfikowaną wersją receptury z bloga gotowaniecieszy.blox.pl.

niedziela, 7 lipca 2013

Bez zobowiązań

Najczęściej i najpromienniej uśmiecham się, kiedy jest mi smutno. Zupełnie jakbym tym prostym sposobem - rozciągając usta w mniej lub bardziej sympatyczny grymas - próbowała oszukać świat i samą siebie przy okazji. Wszystko w porządku. Nic się nie dzieje, naprawdę. Czuję się doskonale, dziękuję. A co u Ciebie?

Może to dziedzictwo po mojej mamie - najbardziej skrytej osobie, jaką znam? Ona też po mistrzowsku udaje, że wszystko gra, nawet w chwilach największej desperacji i rozpaczy. Albo po prostu milczy - ale tego zwyczaju akurat po niej nie przejęłam. Ja zagaduję zmartwienia, odwracam od nich uwagę, gram w teatrze jednej (marnej) aktorki sztukę z wymuszonym happy endem. 

Najłatwiej jest ten zabieg przeprowadzić w pracy. Nawał zajęć, aktywność umysłowa, telefony, maile, komunikaty, sprawy do załatwienia - wszystko to pozwala uniknąć myślenia o własnej żałosnej egzystencji, odwraca uwagę, tłumi złe emocje - i pozwala też uniknąć niewygodnych pytań. Podobnie na spotkaniach ze znajomymi - siedzę, słucham opowieści, ploteczek, wynurzeń - i uśmiecham się, i gadam o głupotach, i na moment lub kilka chwil znów wszystko jest ok. Naprawdę.

Fantom w głowie

Pewnego dnia... 

Nie, nie był to dzień szczególny, nie zaznaczyła go w kalendarzu na czerwono, nie zanotowała nic na marginesie właśnie wertowanej książki, nie wysłała wiadomości tekstowej do siostry ani przyjaciółki; chyba wciąż pamięta datę, ale nie uważała jej nigdy za istotną, a poza tym ogólnikowa formułka "pewnego dnia" wydawała jej się zawsze bezpieczniejsza: można w niej schować każdą pogodę, każdą porę roku i doby, dni powszednie i święta, poranki i wieczory - na pohybel dociekliwym biografom i biografistom, doszukującym się w przypalonej w czwartek zupie pomidorowej inspiracji do niedzielnej elegii. 

Zatem: nie było to dawno, nie było to ostatnio, nie było to w sobotę ani we wtorek, nie było to po obiedzie ani przed śniadaniem. Po prostu pewnego dnia.

Tego właśnie dnia kategorycznie zabroniła sobie marzyć.

sobota, 29 czerwca 2013

Trudna sztuka

Trudna sztuka 
codzienności
polega na maskowaniu 

cichej rozpaczy
gryzącej pustki
gładkiej samotności
chropowatych marzeń
nieobecnej nadziei

głośnym i równie prawdziwym
śmiechem


niedziela, 23 czerwca 2013

Tajna wiadomość - edycja poznańska

Dawno temu w Krakowie... Czy tak już będą zaczynać się wszystkie moje opowieści? Właśnie uświadomiłam sobie, że to naprawdę było dawno temu - niebawem minie już pół roku mojej poznańskiej egzystencji. A zatem - dawno temu, bo w maju 2012 roku, pisałam tu na blogu o pewnej tajnej wiadomości, na którą natknęłam się wieczorem przy Rondzie Matecznego. 

Nie wiedziałam wtedy, czy była to przestroga, czy może zapowiedź świetlanej (nomen omen - kto czytał tamten wpis, ten wie, skąd ta łacina) przyszłości. Aż do dziś. Dziś dostałam kolejny znak.

Bo jak inaczej mogę określić to, że na zorganizowanym w moim teatrze koncercie poświęconym pamięci Jarka Maszewskiego pojawili się ludzie, z których muzyką jeszcze w Krakowie spędziłam setki godzin - tych najlepszych i tych najtrudniejszych?

sobota, 22 czerwca 2013

Koniec epoki

Epoka to - według słownika - okres stanowiący jeden z etapów dziejowych. Czy 15 lat zasługuje już na takie określenie, czy może należałoby się z tym powstrzymać, zanim czas łaskawie nie dopisze na końcu jeszcze kilku nobliwych zer? W odniesieniu do znanych nam z historii epok piętnastolecie przedstawia się nader marnie. Z drugiej strony to jednak ponad połowa mojego życia, jeśli więc weźmie się pod uwagę ten punkt odniesienia, rzecz nabiera zupełnie innego wymiaru.

Uczepiłam się tej liczby nie bez powodu. Nieco ponad 15 lat temu w moim - a raczej: w życiu mojej rodziny pojawiła się biało-czarna i bardzo puchata kulka. Czarny łepek, błyszczące oczka, zawadiacko przekrzywione ucho i cztery niezgrabne łapki, ledwo dające sobie radę z utrzymaniem w równowadze ciała zakończonego poruszającym się non stop ogonkiem... 

Nuki. Nasz pierwszy i - prócz Aksy, która jednak należy już wyłącznie do mnie - jedyny pies. Kochany podwórzowiec o złotym sercu i niespożytej energii. Kiedy był mały, spotkani na ulicy ludzie śmiali się, że mam na smyczy miniaturkę bernardyna. Kiedy podrósł, na szczęście nie osiągnąwszy rozmiarów, które usiłowano mu wmówić, z psa "pokazowego", "spacerowego", stał się wiernym stróżem naszego domu. 

Ileż ja chwil spędziłam, wpatrując się w te brązowe, poczciwe oczy i myśląc, że to jedyne stworzenie w okolicy, które mnie jako-tako rozumie... Ile było zabawy przy każdej psiej kąpieli... I tylko ten czarny pyszczek siwiał z roku na rok coraz bardziej. I tylko oczy z roku na rok ślepły, aż w końcu zupełnie przestały się przydawać, ustępując nosowi, łapom i psiej intuicji...


Jeszcze kilka dni temu opowiadałam o nim jednemu ze znajomych aktorów, który sam ma w domu psiego emeryta. Mówiłam, jak dzielnie radzi sobie nasz staruszek - mimo utraty sił i wzroku. 

Dziś tego staruszka już nie ma.
Dziś wczesnym wieczorem Nuki powlókł się do swojego ulubionego schronienia pod schodami, w którym zawsze przeczekiwał upały. Zaskamlał cicho kilka razy - zdarzało mu się tak marudzić od czasu do czasu. Ale tym razem nie marudził. Umarł.

Odszedł cicho i niekłopotliwie - tak jak żył, biedny, kochany emeryt.
A za nim równie cicho zamknęły się drzwi tej piętnastoletniej epoki, nazwanej tu dla uproszczenia: moją młodością.

Zostałam po złej stronie.

piątek, 21 czerwca 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Drożdżowy (p)odrywaniec

Kojarzycie rasę psów określaną mianem shar pei? To te pocieszne bestie o komicznie pofałdowanej skórze, wyglądające, jakby ktoś wsadził je w za duży kostium. Ciasto, na które przepis podam za chwilę, bardzo mi te psy przypomina - ze względu na kolor i fałdki... ;-) 

Wygląd to jednak w tym wypadku rzecz drugorzędna (choć podobno je się przede wszystkim oczami). Najważniejsze, że ten "psi wypiek" łączy w sobie niewysłowioną delikatność wilgotnego ciasta drożdżowego i orientalny aromat cynamonu - dwie cechy, które w ciastach kocham chyba najmocniej. Toteż bez zbędnych wstępów - zapraszam do lektury nowego przepisu. Tym razem przed Wami...


czwartek, 20 czerwca 2013

Echo serca

Oświadczam: jestem sentymentalną gęsią z inklinacjami muzycznymi. Pozuję czasami na intelektualistkę, zdarza mi się udawać wredną małpę, bywam konkretną, twardo stąpającą po ziemi niewiastą... ale to wszystko kamuflaż. Bo wystarczy banalna melodyjka z przeszłości, romantyczny przebój sprzed lat i maska spada, odsłaniając żałosną prawdę. Co za wstyd...

Dziś mogłam się kolejny raz przekonać o tej sile mojej słabości. Wystarczyły pierwsze dźwięki starego hitu Perfectu Nie mogę Ci wiele dać i nagle - niczym bohaterowie tandetnych filmów o podróżach w przeszłość - znajduję się znów w dużej sali gimnastycznej przy mojej podstawówce. 

Jestem w siódmej klasie - okropny wiek, okropny czas dla brzydkiej, zakompleksionej i nieśmiałej pannicy. Trwa właśnie szkolna dyskoteka - pod sufitem zwisa połyskująca kula wypożyczona na tę okazję od grodziskiego zawodowego wodzireja, a w jednym z kątów sali kolega z liceum bawi się w didżeja, inkasując zachwycone spojrzenia małolat (bo przecież taki jest dorosły i mądry). Na parkiecie pląsają grupki młodzieży z klas szóstych, siódmych i ósmych - część z nich jest koedukacyjna, zdecydowana większość to jednak kółeczka tylko damskie lub tylko męskie - takie czasy.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

AKSA, DAJ GŁOS! Miłość jak bambosz

Podczas ponad 8 lat w Krakowie miałam okazję przekonać się, na jak różne typy współlokatorów można trafić w akademikach tudzież mieszkaniach studenckich. Są ludzie, których wolałabym zapomnieć (i - aby ułatwić ten proces - nie będę tu przytaczać ich imion), są też tacy, których wspominać będę zawsze z rozczuleniem - jak choćby Madzia, z którą przemieszkałam 2 lata, najpierw przy ul. Jadwigi z Łobzowa, później na Grzegórzkach, a później przy Kalwaryjskiej. Przedstawicieli pierwszej kategorii lepiej unikać. Za to z przedstawicielami tej drugiej człowiek gotów byłby podzielić się ostatnią koszulą... albo na przykład miejscem na blogu.

Piszę o tym nie bez przyczyny: od 3 tygodni nie mieszkam już sama. W moje życie - na czterech zgrabnych i włochatych łapach - wkroczyła Aksa, zwariowany mieszaniec owczarkopodobny (konia z rzędem temu, kto zgadnie, jaką rasę przypomina najbardziej), 2-letnia wariatka o wyjątkowo silnym charakterze, zabawnym, guzikopodobnym nochalu i roztapiającym serce spojrzeniu. Właśnie siedzi na kanapie obok i z ciekawością przygląda się mojemu majstrowaniu przy klawiaturze. Niech się i ona po-pisze. Aksa, daj głos! :-)

* * *

No i stało się. To ja, Aksa, nowa lokatorka. Anula oderwała mnie właśnie od mojej ulubionej zabawy polegającej na systematycznym rozdrabnianiu na miniaturowe łatki starego pomarańczowego kocyka, który dostałam od jej mamy "do łóżeczka", i domaga się ode mnie jakiejś wprowadzającej wypowiedzi. 


niedziela, 2 czerwca 2013

Grunwaldzki spacer na trzech nogach

Od kilku dni pałęta mi się po głowie puenta pewnej statystycznej anegdotki, zasłyszanej jeszcze w zamierzchłych czasach mojej edukacji w grodziskim "ekonomiku", mówiąca o tym, że wychodząc na spacer z psem ma się, statystycznie rzecz ujmując, trzy nogi. ;-) Od kilku dni ja też mam dodatkową nogę, a to za sprawą mojej nowej współlokatorki - dwuletniej kundelki Aksy. 

Na razie oswajamy się ze sobą i z nową sytuacją (nie tylko w związku ze zwiększoną liczbą kończyn): ona - bo z domu pełnego ludzi trafiła do mieszkania samotnej starej panny, i ja - bo w moją jednoosobową egzystencję wkroczyła istota domagająca się uwagi, mająca swoje wymagania, zwyczaje i złe (oj, złe...) nawyki. Jutro wielki test, do którego od kilku dni się przygotowywałyśmy: moje wyjście do pracy. Zanim jednak nadejdzie godzina próby, trzeba odbyć rytualny wieczorny spacerek, żeby się psisko wybiegało, pozbyło nadmiaru energii (Aksa to pies owczarkopodobny, więc czego jak czego, ale energii jej nie brakuje), podlało ten i ów trawniczek (bo kupki jej dumna nowa pani zbiera dzielnie do specjalnych woreczków, żeby nie prowokować sytuacji rodem z "Dnia świra")... No dobra, nie ma co tu kryć, pani też przyda się nieco ruchu, nie wspominając o tym, że takie wyjścia stanowią znakomity pretekst do zabrania ze sobą aparatu i rozejrzenia się po najbliższej, a przecież wciąż nie do końca rozeznanej okolicy. :-) 

sobota, 1 czerwca 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Dzień dziecka z Proustem w tle

Dzieci bywają bezlitośnie uczciwe i szczere. Dlatego też dziś, w Dzień Dziecka, i ja wyznam Wam coś szczerze, choć nieco mi wstyd z tego powodu. Otóż... nigdy nie dokończyłam lektury I tomu "W poszukiwaniu straconego czasu". Nic na to nie poradzę - to nie jest typ literatury, którą czytuję z przyjemnością, żadna ze mnie przecież erudytka. :-) Jedyny fragment, który sobie cenię, to słynny ustęp o magdalenkach ciotki Leonii - a to dlatego, że sama niekiedy doświadczam takiej psychologicznej ciekawostki, zwanej popularnie "fenomenem Prousta"...

Oto słowa, które zapadły mi w pamięć:


„[...] kiedy pewnego zimowego dnia, skoro wróciłem do domu, matka, widząc, że jest mi zimno, namówiła mnie, abym się napił wbrew zwyczajowi trochę herbaty. [...] Posłała po owe kruche i pulchne ciasteczka zwane magdalenkami, które wyglądają jak odlane w prążkowanej skorupie muszli. I niebawem, przytłoczony ponurym dniem i widokami smutnego jutra, machinalnie poniosłem do ust łyżeczkę herbaty, w której rozmoczyłem kawałek magdalenki. Ale w tej samej chwili, kiedy łyk pomieszany z okruchami ciasta dotknął mego podniebienia, zadrżałem, czując, że dzieje się we mnie coś niezwykłego. 
Owładnęła mną rozkoszna słodycz, odosobniona, nieumotywowana. Sprawiła, że w jednej chwili koleje życia stały mi się obojętne, klęski jego błahe, krótkość złudna; działała w ten sam sposób, w jaki działa miłość, wypełniając mnie kosztowną esencją: lub raczej ta esencja nie była we mnie, była mną. [...] Skąd mogła mi płynąć ta potężna radość? Czułem, że jest złączona ze smakiem herbaty i ciasta, ale że go przekracza nieskończenie, że nie musi być tej samej natury”.

W swojej kolekcji wspomnień z dzieciństwa mam takich magdalenek bez liku. Dziś chcę Wam przedstawić jeden z najważniejszych smaków definiujących moje "szczenięce lata" - o dziwo, z magdalenkami Prousta związany nie tylko metaforycznie, ale i... formalnie. ;-)

Zapraszam na muszelki!



wtorek, 28 maja 2013

Prawo kumulacji i opary (niekoniecznie) absurdu

Powolne, stopniowe popadanie w stany depresyjne zupełnie nie jest w moim stylu. Zdarzają mi się natomiast nagłe ataki zniechęcenia, wywołane zazwyczaj "zmęczeniem materiału" i kumulacją rozmaitych stresogennych czynników. Wiadomo, na pochyłe drzewo wszystkie kozy (a nieraz i osły) skaczą, nieszczęścia chodzą parami tudzież w większych grupach, a biednemu zawsze wiatr w oczy. I piasek. I kłody pod nogi. Ot, prawo kumulacji. Tak jak dziś.

Początek dnia zapowiadał się nawet nieźle i - dopóki byłam w pracy - nie miałam powodów do narzekań, mimo kilku niemiłych niespodzianek i zaskakującego ataku z najmniej spodziewanej strony... Tak to już bywa, gdy się pracuje z ludźmi - a i tak bilans emocjonalny wychodzi mi zawsze na plus. 

Niestety, z pracy, z tego ciepłego, przytulnego biura, trzeba czasami wyjść. Prosto w rzeczywistość, która potrafi dobić.

poniedziałek, 27 maja 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Leśna przygoda, czyli ciasto ze szpinakiem

Miałam sporą przerwę w publikowaniu tutaj - nie tylko kulinarnych - opowieści, ale dziś nadrabiam w dwójnasób (edit: napisałam kilka zdań i cofnęłam się do tego słowa - czy ktokolwiek jeszcze używa "w dwójnasób"? A "w czwórnasób"??? Takie piękne słówka...). W dodatku dość niesztampowo. Bo chociaż - jak każda szanująca się wielkopolska gospodyni - mam w herbie ciasto drożdżowe, najlepiej z rabarbarem, że o kruszonce nie wspomnę, to jednak od czasu do czasu sięgam też po mniej tradycyjne przepisy. W ten sposób wzbogacam swoje kuchenne dossier o nowe doświadczenia, niekiedy mające dość, hmm, skrajny charakter. 

Tak będzie i dzisiaj. Na stronie pisma "Przyślij przepis" natknęłam się bowiem na ciasto, które mnie zachwyciło i przeraziło jednocześnie. Zachwyciło - bo ma piękny, soczyście wiosenny odcień zieleni (i ani grama sztucznych barwników w środku). A przeraziło, bo zawiera... szpinak. Na słodko. Zgroza! ;-)

Przez jakiś kwadrans biłam się z myślami. Upiec? Nie upiec? Upiec? Nie upiec?... Jako że byłam wtedy w rodzinnym mieście, skonsultowałam się z moją nieocenioną rodzicielką i już po chwili ruszałam do sklepu po szpinakowy brykiet (świeżego w Grodzisku człek chyba nie uświadczy, choćby stawał na rzęsach...). Ciasto popełniłyśmy więc wspólnie, bo wyrozumowałyśmy sobie, że jeśli nie wyjdzie, to na każdą z nas przypadnie zaledwie połowa kulinarnej porażki, a to zawsze lżej na duszy i wstyd jakby ciut mniejszy. ;-) Na szczęście obyło się bez wstydu, bo zielone ciasto okazało się nie tylko zjadliwe... było po prostu pyszne! Delikatne, nie za słodkie, nieco chrzęszczące w zębach (konsystencją przypomina piegusa - z tego przepisu), no i przede wszystkim - barrrdzo wiosenne! Polecam wszystkim ten eksperyment. :-) A przepis - ciut niżej.



KLIPS. Reaktywacja syndromu Jasia Wędrowniczka

W sztuce Federica Garcii Lorki "Dom Bernardy Alba", którą dla Teatru Nowego wyreżyserowała Magdalena Miklasz (wiem, że nie wypada mi polecać, bo mogę się wydać niewiarygodna ze względu na moje związki z tymże teatrem, ale... co mi tam! Polecam i tak, bo to świetna sztuka), pojawia się motyw ośmioletniej żałoby po śmierci głowy rodziny. Muszę przyznać, że przez jakiś czas bałam się, iż moja żałoba po Białej Strzale potrwa co najmniej tyle, bo - choć w lipcu zeszłego roku miałam solenne postanowienie znalezienia szybciutko następcy Cinquecento - moje motoryzacyjne nadzieje na nowy wehikuł spełzły na niczym... Na szczęście czekałam nieco krócej, bo nową miłość na czterech kółkach udało mi się znaleźć już (sic!) po roku od obwieszczenia światu zgonu tej poprzedniej...

Źle się zresztą wyraziłam. To nie ja znalazłam miłość, to ona znalazła mnie za pośrednictwem pewnej życzliwej cioci i nie mniej życzliwego wujaszka, którzy - wiedząc, że usycham już z tęsknoty za kierownicą, pomrukiem silnika oraz zostawianiem majątku na stacjach benzynowych - dali mi znać, że zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Poznania stoi sobie na pewnym podwórku pojazd w sam raz dla mnie.