wtorek, 21 stycznia 2014

Nulek i niecne skłonności do recydywy

Podobno mądrzy ludzie uczą się na błędach. Nie swoich, a cudzych w dodatku. Cała reszta świata, czyli ludzie średnio rozgarnięci, starają się natomiast wyciągać wnioski z własnych potknięć i na ich podstawie regulować swoje zachowania oraz postępki w przyszłości. A ja?

A ja, choć w tym roku kończę trzydzieści lat, choć doświadczenia życiowe mam bogate i liczne, pamięć zaś całkiem niezłą, zważywszy na listę spraw, które muszę w niej przechowywać, wciąż grzeszę skłonnościami do recydywy w tej jednej, nieszczęsnej dziedzinie: w popełnianiu błędów. I nie pomogą tutaj żadne korektorskie skłonności, przez niektórych znajomych wyolbrzymiane do rozmiarów ortograficzno-interpunkcyjnej manii... ;-)

środa, 15 stycznia 2014

Niewidzialność

Mogłoby się wydawać, że - jak przystało na Wiedźmę - panuję dość nieźle nad swoimi czarodziejskimi mocami. I tak też się zazwyczaj dzieje, zwłaszcza jeśli chodzi o kuchenne czary-mary. Kwestia wprawy. Ale nad jednym zaklęciem nie mam, niestety, władzy, choć bardzo chciałabym, aby stało się inaczej...

To zaklęcie na niewidzialność.

piątek, 10 stycznia 2014

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Aniołek, czyli ciasto nie dla Wiedźm

Podobno przeciwieństwa się przyciągają. Posiłkując się tą zasadą, postanowiłam za namową mojej mamy porwać się na anielskie ciasto. No i upiekłam aniołka pierzasto-kokosowego. Efekty? Niezłe, choć jak dla mnie - nieco zbyt mdłe. Jednak jestem przekonana, że wielbicielom delikatnej mleczno-kokosowej słodyczy bez szaleństw to ciasto na pewno przypadnie do gustu. A wiedźmy? Wiedźmy najwyraźniej oczekują od życia bardziej wyrazistych smaków... ;-)

Mimo wszystko wrzucam więc ten przepis do mojej kolekcji, dodając, że aniołek ów wylądował na talerzyku pochodzącym z czasów, w których sama jeszcze rokowałam pewne nadzieje na stanie się w przyszłości aniołkiem. Cóż, nie wyszło. ;-) Ale talerzyk - choć lepiony nieudolnie i ledwo żywy, wciąż jest ze mną na pamiątkę. :-D

ANIOŁEK
kokosowa słodycz
dla prawdziwych maniaków



poniedziałek, 6 stycznia 2014

Hurtownia zmian

Czasami zazdroszczę odrobinę ludziom, których egzystencja układa się stabilnie i harmonijnie. Żyją sobie spokojnie, planują przyszłość, krok po kroku wprowadzają w swoje skrojone na miarę żywociki kolejne zmiany, dając sobie czas na zaaklimatyzowanie się, oswojenie z sytuacją... Działają stopniowo, bez zbędnego pośpiechu, raz po raz racząc się jakąś nowością i degustując rzeczywistość wzorem starożytnych smakoszy podczas wykwintnej uczty...

U mnie to przebiega inaczej. 

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Banoffee, czyli spełniony sen słodyczożercy

Marny ze mnie wynalazca - nie wymyślę prochu, nie wynajdę też raczej lekarstwa na raka... Lubię jednak mądrze się inspirować i uważam, że to też sztuka. Dlatego na tym blogu znajdziecie sporo kulinarnych pomysłów pożyczonych od innych blogerek, z czasopism... albo z sekretnego zeszytu mojej mamy, założonego przez nią jeszcze w czasach nauki w szkole zawodowej i na kursach kulinarnych.

Dziś czas na kolejną inspirację - tym razem ze strony prowadzonej przez kobietę, którą mogłabym śmiało nazwać moim słodyczowym guru. Na pewno znacie Mojewypieki.com - to nie tylko strona, to niemal instytucja. No i miejsce, w którym znaleźć można setki pomysłów na cukiernicze rozkosze... Na zachętę podrzucam Wam banoffee - kulinarny cud, którego jednak nie powinny próbować osoby z silnym postanowieniem zrzucenia kilogramów, bo może się on okazać gwoździem do Waszej dietetycznej trumny. ;-)


BANOFFEE, czyli
sernik, w którym się zakochacie

środa, 1 stycznia 2014

13 pierwszych razów. Refleksja po ostatnim dniu 2013 roku

Gdzie nie spojrzę, tam podsumowania i zestawienia: książek, ciuchów, ludzi, ciąż, rozwodów, wpadek, plotek, diet, postanowień, gier, fryzur i plotek roku... Zestawiane po 10, 50 albo 100 - mają wypełnić luki w nudnawych sylwestrowo-noworocznych serwisach informacyjnych, załatać dziury na porzuconych na czas świąt (albo i dłużej, tak, tak, kajam się tutaj publicznie...) blogach, uzupełnić "kontent" bez większego wysiłku, bo - najczęściej - dzięki stworzonym już wcześniej i tylko odgrzanym oraz okrojonym odpowiednio treściom... ;-) 

Jak Bozię kocham, chciałam uniknąć tego zestawieniowego trendu. Uległam jednak po długiej walce z własnymi zachciankami. Tak, ja też Was skatuję swoim prywatnym i absolutnie subiektywnym podsumowaniem, nadrabiając choć trochę długie tygodnie milczenia. Jeśli więc macie już dość takich końcoworocznych refleksji i wyliczanek, ostrzegam - nie czytajcie reszty tego wpisu. Żeby nie było! :-P

13 PIERWSZYCH RAZÓW W 2013 ROKU
(kolejność przypadkowa)
Prywatny ranking Nulka


Samotny sylwester

Jeśli ktoś mnie zapyta, jak w tym roku spędziłam sylwestra, odpowiem, zadzierając wysoko mój, i tak nieco zadarty, nos, że byłam w teatrze. Brzmi nieźle, tak nobliwie, prawda? Nie minę się przy tym z prawdą, bo naprawdę przesiedziałam dziś w moim ulubionym przybytku sztuki sporo czasu - rano w biurze, wieczorem zaś - na spektaklu, w którym technicznie biorę udział, czyli na "Misterze Barańczaku"...

Teraz zaś siedzę sobie wygodnie na mojej ulubionej kremowej kanapie i popijam wino, prósząc na wszystko dookoła złocistymi drobinkami brokatu (nikt nie umknął dziś naszym garderobianym, uzbrojonym w lakier z tym jakże sylwestrowym dodatkiem...). Tuż obok leżą sobie "Upiory" Jo Nesbø, podczytywane partiami od samego rana. Za oknem coraz liczniejsze wybuchy petard i fajerwerków zwiastują, że już za chwilę kalendarz na ścianie nad łóżkiem straci ważność, a ja przez najbliższe tygodnie będę musiała uważać przy wpisywaniu dat rocznych, by się przypadkiem nie pomylić. 

Otulona ciepłem i muzyką, w samotności żegnam mój pierwszy rok w Poznaniu. 
Dobry, choć niezmiernie trudny rok.

Długo zastanawiałam się, co ze sobą zrobić w ten wieczór. Pojawiło się kilka zaproszeń na imprezy i spotkania, co mnie dość pozytywnie zaskoczyło, bo nie przypuszczałam, że ktokolwiek będzie chciał witać nowy rok w moim towarzystwie. Jednak od jakiegoś czasu narastała we mnie potrzeba spędzenia tego czasu... inaczej. Samotnie. I w spokoju (względnym bo przecież huk petard daje się we znaki wszystkim mieszkańcom tej planety...). W ulubionej pidżamie w serduszka, w kapciach, bez makijażu, wymyślnej fryzury (no, poza tym nieszczęsnym brokatem) i strumieni alkoholu. 

Nie tylko dlatego, że po śmierci babci w sierpniu nie czuję się wciąż jeszcze na siłach, by balować beztrosko na imprezach. Nie tylko dlatego, że wciąż jeszcze nie umiem włożyć na siebie kolorowych ciuchów bez poczucia nieodpowiedniości tego stroju. Nieodpowiedniości - nie dla innych. Dla mnie. 

Nie. 

Chciałam spędzić ten wieczór samotnie, by wreszcie zrobić coś dla siebie, nie dla innych. 

Udało się. Pierwszy raz jestem naprawdę sama w sylwestra. Bez rodziców, bez znajomych czy chłopaka. Sama ze sobą. Sama dla siebie. To całkiem dobre towarzystwo. :-) 

Jutro pokuszę się pewnie o podsumowanie innych pierwszych razów - było ich trochę w 2013 roku. Na razie jednak chcę nacieszyć się samotnością, spokojem i lekturą... Zapracowałam sobie na to solidnie.

...

I już. Stało się. Kanonada na niebie oznajmiła wszystkim dookoła, że nadszedł czas nowych obietnic, postanowień, marzeń i złudzeń. Witajcie w 2014 roku. :-) Niech Wam w nim będzie dobrze, pięknie i owocnie - pod każdym względem! Cokolwiek to dla Was znaczy!

niedziela, 29 grudnia 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Cytrymak

Było tu w grudniu cicho, jak makiem zasiał... Ale to wszystko wina makowych wypieków świątecznych! ;-) Wciągnęły mnie na amen, omotały wyobraźnię, zmusiły do poszukiwań nowych form i połączeń. Uwielbiam wprawdzie tradycyjny makowiec mojej mamy, taki drożdżowy, zawijany jak strucla i posypany cudowną kruszonką, ale nie zmienia to faktu, że bardzo lubię kulinarne nowości i niestrudzenie wygrzebuję z sieci, książek i prasy niesprawdzone jeszcze przepisy...

Tym razem - jak w wypadku korzennej tarty - inspiracja znów przyszła z sieci. Na blogu Gotuję, bo lubię wypatrzyłam recepturę na niejaką "makową panienkę". Urocze ciasto, połączenie lekkich makowych blatów z cytrynowym kremem... Niezła alternatywa dla tradycji. W bazowym przepisie ciasto jest dość nietypowe - mnie natomiast korciło, by wypróbować moją ukochaną recepturę na pieguska i to z nim złączyć leciutki krem cytrynowy. Przepis bazowy znajdziecie w linku - ja podaję moją, piegusową wersję. Poznajcie zatem...

CYTRYMAK
zaskakująco dobre
ciasto makowo-cytrynowe


sobota, 28 grudnia 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Tarta korzenna z masą z białej czekolady

Cały grudzień spędziłam w kuchni. No, dobra, może nie cały, ale większość wolnych chwil zajmowało mi pichcenie, czytanie przepisów, rozmaite kombinacje kulinarne... A teraz z przerażeniem stwierdzam, że znów mam blogowe zaległości. No, ładnie.
Zanim jednak napiszę Wam, jak skasowałam Klipsa, co zmajstrowałam w domu i jak sama siebie potrafię wciąż zaskakiwać, na pociechę zaserwuję Wam poświąteczną reminiscencję w postaci tarty, którą będę piec nie tylko w okresie Bożego Narodzenia. :-)

Inspiracją stał się dla mnie przepis z bloga Kolorowo-Torcikowo, jednak zastosowałam swoją wersję ciasta, dokładając do tego zestawu również dżem, bo sama tarta z masą wydała mi się mdła. Co z tego wyszło?

Przeczytajcie! :)


WYBITNIE DOBRA TARTA KORZENNA
Z MASĄ Z BIAŁEJ CZEKOLADY

niedziela, 1 grudnia 2013

Krótka historia o tym, jak Klips ocyganił Cygankę

Kto mnie zna, ten wie, że uwielbiam przebieranki wszelkiego rodzaju i że nie jest dla mnie problemem narobić sobie obciachu, pojawiając się tu czy tam w nie do końca konwencjonalnym stroju. Zresztą, z moim wzrostem i wymiarami i tak zazwyczaj wyróżniam się z tłumu, więc kwestia stroju nie robi już większej różnicy... ;-)

Dlatego bez namysłu - choć w żartach - zaproponowałam koleżance z pracy, że zajrzę na imprezę andrzejkową jej córki w przebraniu Cyganki i powróżę. Pomysł przeszedł i przez kilka dni obmyślałam szczegóły stroju, tak by nie wystraszyć niewinnych dzieciątek z podstawówki, a jednocześnie - nie wyglądać zbyt zwyczajnie. Wczoraj, na kilka godzin przez planowanym wejściem smoka (smoczycy właściwie...), gotowe były nawet wróżby dla młodzieży, bo przecież co to za Cyganka, która nie powróży. ;-) A ja nie mogłam się doczekać wieczoru w miłym towarzystwie. 

Najpierw trzeba było jednak na tę imprezę dojechać.
I tu zaczęła się przygoda...

czwartek, 28 listopada 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Bananowa pochwała oszczędności

To ciasto, które przypadnie do gustu każdej szanującej się wielkopolskiej gospodyni - wszak nie bez kozery uchodzimy za liderki oszczędności i gospodarności. ;-) Jeśli więc, drogie kury domowe z Wielkopolski i nie tylko, w Waszych kuchniach dogorywają jakieś nieszczęsne banany, to - zamiast pozbywać się ich w niecny sposób, dajcie im drugie życie i przeróbcie je na pyszny chlebek bananowy. 

Niestety, oszczędności kończą się w tym wypadku na zużyciu przejrzałych bananów... Ciasto jest bowiem tak pyszne, że mało kto poprzestanie na jednym kawałku. :-D

wtorek, 26 listopada 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Miodzio!

W swoim zamiłowaniu do miodu nie mogłabym wprawdzie konkurować z Kubusiem Puchatkiem (choć w kategorii "mały rozumek" pewnie udałoby mi się uzyskać zbliżony wynik), jednak przyznaję: lubię od czasu do czasu poczuć tę lepką słodycz na języku... ;) Zwłaszcza, gdy przyjmuje ona postać wyjątkowo miodowego ciasta.
Po prostu: miodzio! I basta!

Jeśli więc - tak jak ja ostatnio - macie ochotę na małe miodowe co nieco, a pierniki są jeszcze zbyt twarde, by je ruszyć bez ryzyka ukruszenia uzębienia, polecam Wam wyjątkowe miodowe ciasto z charakterem.



środa, 20 listopada 2013

Zachcianki panny Anki

Przez niemal trzy dekady życia nauczyłam się przede wszystkim jednego: ostrożności w realizowaniu zachcianek i poprzestawaniu na tym, na co mnie stać. Tej reguły trzymam się i dzisiaj. Owszem, miewam zachcianki, ale maleńkie i najczęściej niezbyt kosztowne. Oszczędnie gospodaruję środkami, nie wydaję majątku na ciuchy, jedzenie, książki (choć może w tym ostatnim wypadku zdarza mi się od czasu do czasu zaszaleć), unikam, jak tylko mogę, pożyczek i kredytów... 

Może to dlatego, że bądź co bądź jestem ekonomistką. A i różne rodzinne historie sprawiły, że wystrzegam się wszelkich długów jak ognia i wolę nie mieć czegoś, niż zapożyczać się tylko po to, by tę rzecz zdobyć. Obywam się. I ta świadomość bynajmniej mi nie ciąży...

Ale nie oszukujmy się, przychodzi taki moment, że nawet ja zaczynam mieć ochotę na szaleństwo. Jakiekolwiek. Niewielkie. Malutkie. I tylko dla mnie. Dla odmiany.

Co to będzie? Nie powiem, żeby nie zapeszyć.
Ale mam 2-3 pomysły do zrealizowania i być może któryś z nich uda mi się wprowadzić w życie skutecznie. 

Chcę zrobić coś, czego do tej pory nie robiłam.
Chcę sprawdzić, jak to jest.
Przestać się martwić byle czym i rozjaśnić sobie nieco tę szaro zapowiadającą się zimę...

Kiedy, jeśli nie teraz?
Kto, jeśli nie ja sama mam zmienić coś w tym powszedniejącym mi powoli trójkącie bermudzkim wyznaczonym przez dom, pracę i Grodzisk?

Trzymajcie kciuki, proszę.



sobota, 16 listopada 2013

Nie

Od jakiegoś czasu chodzę na zajęcia z angielskiego. Jakiś czas temu rozmawialiśmy o kłamstwach i o sytuacjach, w których zdarza nam się mijać z prawdą. Bo się zdarza. Każdemu. 

Przeważnie kłamię, kiedy nie chcę kogoś ranić. Może to patologia wyniesiona z domu rodzinnego, w którym nieprzyjemnych prawd unikało się od zawsze? A może po prostu wygodny sposób na unikanie sytuacji, w których niezbędna jest asertywność? Bo, żeby mówić prawdę, trzeba być cholernie asertywnym.

Dzisiejsze ćwiczenie z asertywności i zdrowego egoizmu, będące niejako reminiscencją poprzedniego wpisu, zaliczyłam, chociaż bolało.

Bo kiedy już powiem głośno i zdecydowanie "Nie", to jest to dokładnie to, co mam na myśli. "Nie". NIE. Nie!

I nie wmawiaj mi, że jest inaczej.
I nie mów mi, że wiesz lepiej.
I nie szukaj innych przyczyn niż te, które podałam.

Nie pisz. Nie dzwoń. Nie.
Bo to nic nie zmieni.



sobota, 9 listopada 2013

Zła kobieta

- Dlaczego odeszła?
- Normalnie, bo to zła kobieta była.

W "Psach" znalazłoby się sporo ciekawszych cytatów, mnie jednak utkwił w pamięci szczególnie ten urywek rozmowy Angeli i Franza. Może dlatego, że nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się postąpić tak, jak eks-żona głównego bohatera tego kultowego filmu. Aż do teraz. Bo teraz i ja jestem złą kobietą.

Jestem zła, bo nie chciałam ciągnąć dłużej relacji z nieuzgodnionym (wybaczcie mi tę ekonomiczną nomenklaturę, najwyraźniej wykształcenie daje o sobie znać nawet w takich "sercowych" sytuacjach) bilansem: bo nie potrafiłam dać komuś tego, czego ode mnie oczekiwał i co sam gotów był mi ofiarować. To nie było sprawiedliwe.

niedziela, 3 listopada 2013

Usprawiedliwienie bezmyślności, czyli kilka słów kierowcy o pewnej reklamie społecznej

Pobyt w domu, w dodatku o 1 dzień dłuższy niż zwykła weekendowa wizyta, to dla mnie doskonała okazja do nadrobienia wielu zaległości. Nie ukrywam, że z zaciekawieniem włączam przy takich okazjach odbiornik telewizyjny - luksus, z którego świadomie zrezygnowałam w moim poznańskim mieszkaniu. W Grodzisku uzupełniam swoją wiedzę o współczesnych mediach, oglądając na wyrywki programy informacyjne, rozrywkowe oraz bloki reklamowe. Zdarza się, że okazują się one ciekawsze niż filmy, które są nimi jakże często przerywane. 

Oczywiście określenie "ciekawy" niekoniecznie musi odnosić się do frapującej treści reklamowych spotów... Większość z nich tchnie siermiężnym banałem, ocieka seksizmem, dobija stereotypami. Intryguje mnie jednak nieodmiennie mnogość kuriozalnych sformułowań, kuszą (i wkurzają zarazem) błędy językowe, rozbraja naiwność i zero-jedynkowość promowanych w nich idei... Słowem: jest czemu się przyglądać i przysłuchiwać, choć trzeba mieć w sobie coś z masochisty, by móc się temu oddawać.

I choć urzekła mnie ostatnio reklama jednego z maseł, chwalonego za "smarowność", którą ja, głupia kura domowa, zwykłam kojarzyć raczej jako cechę rozmaitych mazi rodem z warsztatu, a nie z kuchni, to w tym wpisie chciałabym się odnieść do innej kampanii. Społecznej, jak się okazuje.

Chodzi o sławną już w Polsce kampanię "10 mniej ratuje życie. Zwolnij!".

Biorąc pod uwagę fakt, że w okresie listopadowych świąt wiele osób siada za kółkiem i przemierza kraj od cmentarza do cmentarza, moment wprowadzenia kampanii wydaje się idealny. Mowa w niej bowiem o kierowcach przekraczających prędkość i o ich ofiarach. Nader licznych, oczywiście.

Zresztą, zobaczcie sami (link znajdziecie tutaj).

Tak, wróciłam

Wczoraj przerwałam blogowe milczenie po 44 dniach niepisania i czuję się, jakbym wróciła z zaświatów. Takie porównanie nie jest zresztą bezpodstawne i nie wynika wyłącznie z listopadowo-cmentarnych okoliczności, w których wszyscy tkwimy w ten długi weekend. Przecież świat realny w stosunku do tzw. wirtuala, w którym funkcjonuję jako blogerka, to właśnie zaświaty, rzeczywistość... równoległa? Zbliżona? Inny wymiar?

Mniejsza o określenia. Liczy się fakt, iż przez ostatnie tygodnie skupiałam swoją uwagę na tym, co dzieje się w świecie namacalnym, w moim najbliższym otoczeniu, mierząc się ze śmiercią babci, nową sytuacją rodzinną i osobistą, nowym sezonem w teatrze... Wszystko to blokowało moje palce na tyle skutecznie, że nie miałam siły na naginanie ich do komputerowej klawiatury. Zresztą, nie tylko do niej - przestało mnie cieszyć robienie zdjęć, malowanie, nawet - o zgrozo! - porządki w mieszkaniu. Nie, to nie była depresja, nie wydaje mi się. Raczej odruch obronny, zamknięcie się w sobie - bo twórczość (a przecież fotografia, nawet ta amatorska, czy też malowanie, to rodzaj twórczości właśnie) wymaga pewnej otwartości, na którą po smutnych wydarzeniach sierpniowych nie było mnie stać. 

Rzuciłam się w wir pracy, zabrałam za porządkowanie rzeczy babci i jej papierów, znalazłam dodatkowe zajęcia związane z październikowymi wydarzeniami w teatrze, spotykałam się też z kimś, kto pojawił się latem w moim życiu. Na więcej nie miałam siły - nawet Aksa wylądowała w Grodzisku, przy osamotnionej teraz na amen mamie (ze względu na pracę tata bywa w domu w weekendy). I spałam. Spałam, ile tylko mogłam, licząc, że sen objawi swoje lecznicze właściwości...

Wciąż nie wiem, czy to się udało. Ale nie mam już ochoty milczeć, moje dłonie przestały wreszcie sztywnieć w momencie, gdy unoszę je nad klawiszami, a na monitorze widnieje puste pole czekające na nowy wpis. Już chyba czas...

Zbyt długo próbowałam uciekać.
Pozwoliłam, by omotało mnie poczucie bezsilności, ba, usiłowałam oszukać samą siebie, że wcale nie potrzebuję tych swoich chwil samotności spędzanych przy komputerze, z głową w chmurach, z ciszą dzwoniącą w uszach i z myślami kłębiącymi się w głowie jak ptaki szukające wyjścia ze zbyt ciasnej klatki. Zapomniałam o tym, czego potrzebuję JA - nie moi bliscy, nie facet, nie znajomi, nie rodzina, nie szef i współpracownicy. JA.

A jedną z tych niezbędnych mi do życia rzeczy stało się już dawno pisanie.
Wracam więc. Nie wiem, co z tego wyniknie, ale - cokolwiek się stanie - nie pozwolę sobie zabrać głosu, nie dam się zagłaskać na śmierć ani odciągnąć od tego, co lubię. 

Tak, wróciłam. 
Czy przyjmiecie mnie z powrotem?


Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Śniadanie z piekarnika

Poza weekendami nieczęsto zdarza mi się zjadanie śniadań w domowym zaciszu. Zwykle pochłaniam je już w pracy, przy kawie z ekspresu i włączonym komputerze. Ot, życie... Jeśli jednak mam czas i okazję, przyrządzam sobie o poranku coś dobrego. I nie mam na myśli tradycyjnej kanapki...

Ostatnio zachciało mi się omletu. Nie, żebym była ekspertką w przyrządzaniu tego dania - wręcz przeciwnie, w moim domu rodzinnym nieczęsto jadało się podobne specyjały. Nieczęsto - albo i wcale... Omlet należał więc zawsze do grupy potraw opatrzonych w mojej wyobraźni znakiem zapytania. Spróbowałabym, ale... czy mi zasmakuje? Tak, tak, mam w głowie taką listę dań. Nie jest to lista ustalona raz na zawsze, bo od czasu do czasu udaje mi się upichcić którąś z tych kulinarnych zagadek, rozwiewając przy tym wątpliwości. Wypadła z niej więc wątróbka (nie lubię, niestety...), wyfrunęły flaczki (fuj...), no i omlet, choć w tym wypadku, dla odmiany, okazało się, że jestem omletożerczynią, jak się patrzy...

Ale omlet omletowi nierówny. Próbowałam kilkunastu wersji - na słodko, na słono, z rozmaitymi dodatkami i z różnym stopniem wysmażenia. Aż wreszcie odkryłam przepis na omlet z piekarnika. No i okazało się, że ta wersja pośrednia między tradycyjnym omletem a ciastem odpowiada mi zdecydowanie najbardziej. Może zasmakuje i Wam? :-)


sobota, 2 listopada 2013

Krepina

Co roku na początku listopada polskie media stają się przewidywalne niczym menu szkolnej stołówki na początku lat 90. XX stulecia. Wiadomo, że większość serwisów zafunduje nam w dzień Wszystkich Świętych (Dlaczego wtedy, a nie w Zaduszki? Przebóg, nie zgłębiłam jeszcze tej tajemnicy...) przegląd co ważniejszych nekrologów z ostatnich 12 miesięcy. Zmarli artyści, politycy, sportowcy, celebryci - ich czarno-białe fotosy przewijają się na ekranach telewizorów, laptopów i tabletów, w tle zaś - obowiązkowo rozbrzmiewa jakaś smętna melodyjka. 

Swoistego wyłomu udało się w tym roku dokonać Kindze Rusin, która zaapelowała do rodaków, by nie kładli na grobach swych bliskich - uwaga! - wiązanek i wieńców ze sztucznych kwiatów, bo to nieekologiczne... Serio, serio! Takie bowiem kwiatki rozkładają się później na wysypiskach przez stulecia, a to wszak bardzo niedobrze.

środa, 18 września 2013

Wrześniowy ranek

Wrześniowy ranek

* * *

Świt na gołębich łapkach
błądzi jeszcze
wśród zalanych zimnym mlekiem światła ulic

Skostniałe z zimna sny
kulą się w bramach

Na próżno pukały nocą 
w zamknięte szczelnie okna
marznących marzycieli

Liście schną z zazdrości
na widok wciąż zielonych 
autobusów

A fontanny 
wypłakały już wszystkie łzy
po lecie

Uparte dziewczęta 
jesień łaskocze we wciąż nagie łydki
lodowatym piórkiem poranka

ich śmiech
zmieniony w kasztany
znika w trawie września

sobota, 31 sierpnia 2013

Książeczka, motyle i buty wikarego

Śmierć babci nie spadła na mnie niespodziewanie. Tak naprawdę ta osiemdziesięcioletnia staruszka odchodziła od kilku lat. Najpierw powoli, niezauważalnie, a później - wskutek postępującej miażdżycy i cukrzycy - coraz dotkliwiej dawało się odczuć, że to już nie ta sama osoba, która była przez lata moją największą powiernicą w rodzinie. Znikała. Zapadała się w sobie: dosłownie - bo z korpulentnej starszej pani zmieniła się pod koniec życia w wychudzoną i zniszczoną chorobami staruszkę, i w przenośni - odcinając się coraz bardziej od świata, od ukochanych seriali, gazet, a wreszcie od rozmów z domownikami...

Nie. To nie była niespodzianka. Ale i tak boli.

Wczoraj, w dzień tak piękny, jak tylko potrafią być piękne ostatnie dni lata, odbył się na grodziskim cmentarzu pogrzeb babci. To była dla mnie granica, którą wyznaczyłam sobie już we wtorek, wychodząc z pracy: do tej chwili miałam nie płakać, nie rozklejać się, tylko działać, żeby maksymalnie odciążyć mamę, zmęczoną wielotygodniowym trwaniem przy łóżku chorej w dzień i w nocy. I prawie mi się to udało. Prawie, bo kiedy w kościele zabrzmiała pieśń Anielski orszak, ta przedostatnia pogrzebowa pieśń, poprzedzająca wyprowadzenie trumny z kaplicy, śpiewałam już, płacząc.

Nie chcę jednak wspominać tego dnia przez pryzmat łez.
Chcę zapamiętać coś więcej.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Tak zwyczajnie

Dzień jak co dzień.

Słońce zjawiło się w moich oknach o rozsądnej porze.
Na porannym spacerze z Aksą poczułam pierwszy powiew jesieni.
W pracy wypiłam dwie rytualne kawy. 
Taksówkarz wezwany pod teatr o mało nie wpadł pod tramwaj, a później całą drogę zasypywał mnie opowieściami o odwiecznej wojnie taksówkarzy z motorniczymi.
Sąsiadki z bloku obok już z daleka uśmiechały się do mojej kudłatej bestii, gdy szłam z nią do samochodu.
A na Bukowskiej znów udało mi się jakimś cudem ominąć korek.

Nic się nie zmieniło.
A przecież wszystko uległo zmianie.

Dziś o 16.30 w grodziskim szpitalu umarła moja babcia, Felicja.

Jeśli potraficie się modlić, proszę, pomódlcie się za jej spokój.




niedziela, 4 sierpnia 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Tarta królowej

Mogłabym znienawidzić lato za straszliwe upały, za słońce niemiłosiernie prażące skórę, za duchotę przedburzowych popołudni i za bezlitośnie krótkie noce... Mogłabym. Ale lato na osłodę moich cierpień przynosi mi zawsze podarunek, którego nie potrafię odrzucić: renklody. :-) 

Podobno ich nazwa wywodzi się od królowej Klaudii Walezjuszki, czyli La Reine Claude. To za jej panowania we Francji pojawiła się nowa odmiana śliwy domowej i nazwą postanowiono uczcić krewniaczkę naszego osławionego króla-uciekiniera. Trudno się dziwić - owoce tej odmiany są wyjątkowo soczyste, smakowite - po prostu: królewsko dobre. Zwłaszcza, gdy zostaną wkomponowane w pyszną tartę...



środa, 24 lipca 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Aksamitna Rapsodia

Każdy z Was na pewno słyszał choć raz Błękitną rapsodię Gershwina, a jeśli nie, to niech to natychmiast nadrobi - na przykład klikając tutaj. Zasłuchajcie się, zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie leniwe, letnie popołudnie. Rozgrzane powietrze faluje delikatnie, słońce praży niemiłosiernie, a Wy - wyciągnięci na hamaku w bezpiecznym i kojącym cieniu - beztrosko przyglądacie się rozgrzanemu do białości niemu, kreśląc po nim palcami szlaki dla delikatnych, puchatych obłoków... 

Zaraz, zaraz! Ale przecież te obłoki, te chmury melodii, da się zjeść! Wystarczy sięgnąć po któryś i skosztować. Zastanawialiście się kiedykolwiek, jak może smakować Błękitna rapsodia? Oto podpowiedź, która moim zdaniem zaspokoi ciekawość niejednego łasucha-melomana... ;-)


AKSAMITNA RAPSODIA 
BANANOWO-CUKINIOWO-DYNIOWA
z czekoladową nutą



poniedziałek, 22 lipca 2013

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Ziołowy chleb "bez krojenia"

Nie raz i nie dwa razy pisałam już, że w kuchni prawdziwej kury domowej musi od czasu do czasu zapachnieć drożdżowym ciastem. U mnie tym razem aromat drożdży zmieszał się z zapachem czosnku, pietruszki i sera - a wszystko to za sprawą chleba do odrywania, przygotowanego metodą, o której pisałam już tutaj. 

Przepis jest zmodyfikowaną wersją receptury z bloga gotowaniecieszy.blox.pl.