czwartek, 12 marca 2015

Korepetycje pilnie potrzebne!

Ironia losu. Dawno, dawno temu byłam święcie przekonana, że - prędzej czy później - wyląduję w szkole jako belfer. Nie przerażała mnie ta wizja, choć też nie sprawiała jakiejś szczególnej przyjemności. Ot, jakaś wersja planu na życie - przyzwoitego, solidnego, z odpowiednią dawką papierkowej roboty i kontaktu z ludźmi, który - mimo towarzyszącej mu wciąż nieśmiałości - lubię.

Plan nie wypalił. Pożyłam trochę. Dorobiłam się innej, ciekawszej, choć i trudniejszej wersji. I jakoś leci. Jakoś. 

Ale w przyrodzie nic nie ginie. O nie... Moja niedoszła belferska przeszło-przyszłość postanowiła upomnieć się o swoje prawa, fundując mi porządnego prztyczka w nos. Za karę. Z czystej złośliwości. Z perfidią godną uwiecznienia.

W efekcie dziś to mnie przydałby się nauczyciel. 
Mam już serdecznie dość swojego niedoedukowania w pewnych kwestiach.
A że człowiek uczy się ponoć całe życie...

Niniejszym ogłaszam POSZUKIWANIA KOREPETYTORA!
Najlepiej o
d zaraz. Pilne!

Zakres obowiązków nie jest zbyt skomplikowany.

piątek, 6 marca 2015

Życie "bez"...

Uwaga, początek będzie nieco... onomastyczny. 
A cała reszta - raczej smętna.

Dawno, dawno temu, kiedy na ziemiach polskich nowo narodzonym obywatelom nadawano jeszcze imiona nieinspirowane zachodnimi serialami, programami typu reality show tudzież innymi wykwitami show-business'u, na liście popularnych imion funkcjonowały m.in. takie twory jak Biezuj, Biezdziad i Biezstryj (czasem zmieniany na Biestryja, Biezstryka lub Brzestryka). Pierwszy człon - "biez" lub "bez" - oznaczał, że dziecko narodziło się w rodzinie niepełnej, pozbawionej odpowiednio - wujów, dziadków, stryjów albo w ogóle - męskich przodków, którym wymarło się na wojnie lub wskutek zarazy... Oczywiście, istniały też Biezdziadki i cała chmara pań obdarzana opisowymi imionami tworzonymi w podobny sposób. Że o Biezrządach, Biezdarach i Bezprymach nie wspomnę.

Zawsze, kiedy natykam się na tak skonstruowane imiona (a natknąć się na nie łatwo, choćby podczas pobieżnej lektury książek historycznych), nachodzi mnie myśl, jak żyło się ludziom obarczonym już na samym wstępie egzystencji takim "prezentem"? Czy ów brak wpisany w imię determinował jakoś ich przyszłość, czy wpływał na świadomość? Jaki cel przyświecał ich rodzicom lub opiekunom? Chodziło tylko o opis, o potwierdzenie okoliczności narodzin? No i jak dziś czułby się Biezuj, otoczony zewsząd Dennisami, Jessicami, Brajankami i Nikolami?

* * * 

Życie BEZ... [uzupełnić].
A gdybym ja miała w ten sposób określić swoją sytuację? 
Co wpisałabym w puste pole po tym bardzo ważnym przyimku?

poniedziałek, 16 lutego 2015

Jak Nula została królową ciemności

Choć z natury jestem ciemną blondynką - a przynajmniej taki kolor wmawiają mi zazwyczaj fryzjerzy - i wiedźmą, czyli przedstawicielką sfery zła, mroku i ciemnych mocy, nigdy jakoś nie przepadałam za absolutną ciemnością. Lubię świece, ogniska, lampy stołowe, łagodnym kręgiem blasku wyznaczające granicę między tym, co widome, a tym, co pozostaje ukryte w miękkim, bezdźwięcznym cieniu. Lubię widzieć. Zwłaszcza gdy pracuję. 

Każda wiedźma jest też zazwyczaj czyjąś córką (i nie mam tu na myśli bycia metaforycznym pomiotem szatana etc.). Tak się składa, że ja jestem dziecięciem elektryka (jak to było w przysłowiu - pod latarnią najciemniej?). Niepraktykującego na co dzień, gwoli ścisłości, ale jednak elektryka pełną gębą. A co za tym idzie, wszelkie kryzysy związane z prądem do tej pory rozwiązywałam zaocznie - wzywając na pomoc staruszka albo choć konsultując z nim większość działań. Inna rzecz, że zwykle problemów tego typu nie miewałam - omijały mnie? - toteż umiem zabezpieczyć ścianę przed kopaniem przy malowaniu, radzę sobie z wymianą żarówek i... już. Nie musiałam jakoś nigdy stawać wobec konieczności większych ingerencji. A w Grodzisku - czyli w domu, w którym ewentualnie co jakiś czas zdarzały się elektro-awarie - jest od tego ojciec. To się wie.

I to się mści.
A przynajmniej... zemściło się dzisiaj. ;-) 

sobota, 14 lutego 2015

Goń się, Walenty!

Wydawało mi się, że do tegorocznych walentynek przygotowałam się wyjątkowo starannie. Przećwiczyłam rzetelnie ignorowanie wszechobecnych serduszek, amorków oraz gołąbków. Nauczyłam się całkiem sprawnie i bez śladu przepuszczać przez świadomość wszelkie odniesienia do tego "święta" (wiem, wiem, jak się jest starą panną, to wcale nie jest takie wymagające zadanie...) pojawiające się w mediach i wśród co bardziej zamerykanizowanych znajomych. Udało mi się nawet nie zwracać zanadto uwagi na wszechobecne reklamy osławionych "Pięćdziesięciu twarzy...", choć przyznaję - przeczytałam mniej więcej książkę E.L. James; mniej więcej - bo po kilku pierwszych opisach scen seksu zorientowałam się, że wszystkie są pisane na jedno kopyto i brnięcie przez nie to czytelnicza strata czasu...

Miałam więc wszelkie podstawy do tego, by twierdzić, że szanowny patron epileptyków nie wlezie mi dziś w paradę. I że jakoś przetrwam ten dołujący w gruncie rzeczy dzień, bawiąc się z psem, robiąc zakupy, przygotowując się do urodzin mamy, a wieczór spędzając na oglądaniu starych filmów. Mogło być miło. Po prostu. 

Naiwniaczka ze mnie.

Wszystko szło dobrze do momentu, w którym uświadomiłam sobie, że... mam zbyt długie włosy. I przydałoby się - korzystając z okazji, że jestem w pobliżu mojego ulubionego saloniku fryzjerskiego - coś z nimi zrobić, bo następna okazja najwcześniej za miesiąc, a poznańskim fryzjerom nie ufam tak, jak mojej sprawdzonej mistrzyni nożyczek. 

No i czar prysł. Ani w piątek (trzynastego!), ani dziś nie udało mi się wcisnąć na tych kilka minut na fotel fryzjerski. Tłumy pań przygotowujących się na randki, bale (w końcu to ostatni weekend karnawału, w dodatku - taki miłosny!), zabawy i wielkie wyjścia zapchały kalendarz w salonie dokumentnie. I nawet mój wrodzony urok osobisty (sic!) nie przydał się tu na nic. 



Cóż było robić? Na szczęście jako dziecię wychowane w zakładzie kuśnierskim dość sprawnie posługuję się sprzętami tnącymi. Wygrzebałam więc z szuflady stare, ale wciąż niebiańsko ostre nożyce krawieckie mojej mamy i sama dokonałam dzieła zniszczenia, tzn. przycięcia strategicznych fragmentów mojej szanownej fryzury. 

Zerkam w lustro, kontrolnie, i wydaje się, że jest w porządku: na tyle, na ile może być w porządku, kiedy poniżej grzywki widnieje twarz taka jak moja. Ale grunt, że grzywka, ta ukochana, budząca u większości stylistów fryzur zimne dreszcze grzywka, wyszła (na swój sposób) równo. Będę mieć z nią przynajmniej spokój na jakiś czas.

A później zerkam raz jeszcze, tym razem bardziej bojowo. I myślę: goń się, Walenty! Mogłabym wybaczyć ci jeszcze fakt, że co roku przypominasz mi, że nikt mnie nie kocha. Że nie dla wszystkich na tym pochrzanionym świecie starcza serc. Że coraz mniej wierzę w słowa, które kiedyś napisał Mickiewicz:

Twórca mi dał to serce, choć w codziennym tłumie
Nikt poznać go nie może, bo nikt nie rozumie,
Jest i musi być kędyś, choć na krańcach świata,

Ktoś, co do mnie myślami wzajemnymi lata!

Ale tego, że w ten ponury dzień odebrałeś mi rzadką przyjemność spędzenia kilku chwil w wygodnym fotelu, z miłym wrażeniem, że oto wreszcie to wokół mnie ktoś skacze, to mną ktoś się zajmuje... Oj, tego to ja ci, draniu, długo nie wybaczę! 

Goń się, Walenty!

niedziela, 8 lutego 2015

Ciarki. List do przedstawicieli cywilizacji pozaziemskich

Szanowni Kosmici*,

jeśli krążycie właśnie nad pogrążonym w mroku Grunwaldem, planując inwazję albo chociaż małe polowanko na typowe ziemskie okazy fauny do Waszego laboratorium lub zoo, proszę niniejszym: odpuśćcie sobie moją skromną osobę. Ja... Ja się raczej nie nadaję do reprezentowania gatunku zwanego szumnie ludzkością. 
Słabo przystaję do obowiązujących aktualnie na Ziemi standardów. 
Nie będzie ze mnie pożytku. 

Nie robię kariery, nie pomstuję na kredyt we frankach, bo nikt mi nigdy nie dał kredytu, nie jestem ani sexy-mamą, ani korpo-wampirzycą, ani nawet singielką, bo wolę określenie "stara panna" i się przy tym językowym niuansie wciąż głupio upieram.
Nie uległam jakoś modzie na bieganie, marnie mi idzie igranie z ogniem, łamanie zasad i podążanie za modami, zdecydowanie zbyt wyraźnie - jak na wymogi współczesności - widzę różnicę między dobrem a złem, między rozsądkiem a brawurą. Nie zainstalowano mi w głowie przeświadczenia o tym, że koniecznie muszę podbić ten świat. Wystarcza, że się nim zachwycam.

Toteż - zamiast skakać na bungee albo ekscytować kolejnymi edycjami nowoczesnych gadżetów w iście kosmicznym stylu - wolę szukać emocji w słowach, obrazach i dźwiękach. To one dostarczają mi wrażeń, to w nich znajduję siłę do życia, kiedy wszystko inne zawodzi.

To one wywołują we mnie ciarki.

czwartek, 5 lutego 2015

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: słodkie wyznanie. Ciasto podwójnie czekoladowe

Nie, nie, nie, ja wcale nie przeszłam na dietę! Mowy nie ma! ;-) Ja tylko zmieniam dyskretnie nawyki żywieniowe na nieco mądrzejsze niż te, którym hołdowałam do tej pory bez zastrzeżeń. Ale dieta?! A fe! To by oznaczało konieczność katowania się jakimiś koszmarnymi podróbkami smacznego jedzenia i ciągłego pilnowania się - a ja przecież pilnowana być nie znoszę, o czym już niejeden stróż miał okazję się przekonać...

Toteż stanowczo zaprzeczam wszelkim pogłoskom o Nulkowej diecie. To, że zaprzyjaźniam się właśnie intensywniej z soczewicą, kaszą, ciemnym pieczywem i warzywami, nie znaczy przecież, że definitywnie pożegnałam się z cukrem i spółką. Ja tylko... staram się trzymać od nich nieco dalej.

No, nie oszukujmy się - jeśli ktoś tak jak wspomniana tu osobniczka kocha piec i pichcić, to nie będzie mu łatwo zwiać przed pokusami. W końcu na świecie czeka jeszcze tyle przepisów do wypróbowania w wiedźmowej kuchni...

Przyznaję: nie umiałabym żyć bez pieczenia słodkości. Zbyt lubię te godziny spędzane w kuchni na odmierzaniu, mieszaniu, podgrzewaniu, miksowaniu, pieczeniu, studzeniu i zdobieniu. Zbyt cenię uprawianie kuchennej magii. I żadna siła nie zdoła mnie przed tym powstrzymać.

Co mogę zrobić w tej sytuacji? 
Wyjście - na razie dość skuteczne - znalazłam jedno: piekę, szaleję w kuchni, a później... dokarmiam innych. Rodzinę. Znajomych. Każdego, kto się nawinie i nie protestuje zbyt usilnie. ;-)

Musialam to napisać, zanim wrzucę tutaj przepis na najskuteczniejszego mordercę wszelkich diet, czyli genialne ciasto czekoladowe z kremem czekoladowym i - w tym konkretnym wypadku - cukrowymi ozdobami w klimacie nadciągającego właśnie miłosnego święta. 

Nie tknęłam go. Na szczęście. Ale po testach na ludziach (chętnych uprasza się o składanie CV i listów motywacyjnych :-P) wiem już, że warto polecić ten torcik każdemu łasuchowi. :-) Już samo ciasto - wilgotne, sprężyste, mocno czekoladowe - godne jest uwagi jako samodzielny wypiek, a w połączeniu z delikatnym śmietankowo-czekoladowym kremem okazuje się wybitnie smaczne. 

Sprawdźcie zresztą sami. Oto, znalezione na mojej ulubionej słodkiej stronie MojeWypieki.com...

CIASTO PODWÓJNIE CZEKOLADOWE
nie tylko na walentynki




poniedziałek, 26 stycznia 2015

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: słodkie lekarstwo ;-)

Już kiedyś pisałam o tym (tutaj), że nie rozumiem fenomenu poniedziałku jako dnia, na który obowiązkowo trzeba sobie ponarzekać. Przecież ludzie zazwyczaj lubią początki - w przeciwnym razie skąd wziąłby się pomysł hucznego świętowania Nowego Roku? A mimo to na nieszczęsnych poniedziałkach ciąży fatalne odium, psując im opinię na całym świecie. U jednych wywołują bóle głowy, u innych - ataki chandry lub wybuchy złości... Za co? No, za co im się tak obrywa?

A przecież na poniedziałkowy ból głowy wystarczy zażyć aspirynę. :-) Na szczęście jakiś czas temu znalazłam przepis na domową wersję tego genialnego i wszechstronnego specyfiku, który skutecznie uleczy najgorsze poniedziałkowe (i nie tylko) przypadłości. Chcecie? No to przeczytajcie, jak przygotować aspirynki we własnej kuchni...



sobota, 24 stycznia 2015

Tajemnicza zaraza, czyli jak to się Nulek w końcu doigrał...

Przyznaję, wiedziałam, że jest ryzyko - wyższe, niż w wypadku osławionego kredytu we frankach. Zdawałam sobie sprawę, że od lat igram z ogniem i że moja brawura w końcu się zemści. Tak to już jest - człowiek szaleje, licząc, iż konsekwencje go nie dosięgną albo jakimś cudem spadną na kogoś innego, a złośliwy los znajdzie sobie kozła ofiarnego w zupełnie innej okolicy.

A figę!

No i mam za swoje... Doigrałam się.


Sami zobaczcie...


niedziela, 18 stycznia 2015

"...czasem list, lecz bez krzyku »Pomocy!«"

Był ze mną, kiedy z zapałem literackiej neofitki poznawałam kolejne tomy Jeżycjady, zagłębiając się też w szczegóły losów rodzinnych autorki tego cyklu. Był, kiedy w Konstancinie decydowały się losy moich studiów i mojej (było wszak takie ryzyko) kariery ekonomistki - w finałowym etapie olimpiady interpretowałam jeden z jego tekstów. Był w mojej głowie, gdy wyruszałam do Krakowa, w stronę wielkiej niewiadomej. I kiedy wróciłam do Poznania, do teatru, w którym przygotowywano właśnie przedstawienie na podstawie jego tekstów.

Jest nadal - bo los związał mnie z owym spektaklem na stałe (o ile w świecie teatru może istnieć coś stałego...).

Stanisław Barańczak. Od grudnia wielki (nie)obecny.  

Niech więc i w ten mglisty wieczór zjawi się z pomocnymi słowami. 
Nic więcej dodawać nie chcę. Nie dzisiaj.

* * * 

Stanisław Barańczak

Drobnomieszczańskie cnoty


Ta bezbrzeżna, zalana, lirycznie-bokserska 
pogarda w oczach artysty J., gdy się przysiadał w "Smakoszu", 
zionąc nieogolonym, trzydniowym podmuchem: 
jak to, ja pod krawatem, kiedy on pod muchą, 
ja skrępowany, zapięty, gdy on ostatnią z koszul 
rozrywa jak krwawiącą pierś! Filisterski brak serca, 
drobnomieszczańskie cnoty. Ja wiem, ja się ich wstydzę, 
od lat poniżej poziomu: co za blamaż, nie mieć w biografii 
ani jednego rozwodu, dewiacji, większego nałogu, 
kuracji psychiatrycznej, burzliwego romansu na boku, 
pełnokrwistego podcięcia żył; jakieś szare gafy 
zamiast tęczowych skandali; chandry trwające z tydzień, 
zamiast żeby z szacunkiem szeptano: "B. ma potworne 
wielomiesięczne kryzysy"; żadnego dzwonienia po nocy 
do przyjaciół z żądaniem wysłuchania nowego wiersza, 
pożyczki na heroinę czy kaucję, znalezienia w ich życiu miejsca 
na mnie, całego; nic - czasem list, lecz bez krzyku "Pomocy!", 
najwyżej z aluzją typu: "Ostatnio jestem w złej formie". 
Ja wiem, to nie materiał na mit, kult, legendę, 
film z Robertem De Niro, tłuczeniem szkła i scenami. 
W którym momencie zszedłem, nieuleczalny prymus, 
na tę złą drogę? Skąd ten chorobliwy przymus, 
aby udawać zdrowie, ustawiać przed zniszczeniami 
barierki i makiety? Z pewności, że nie będę 
i tak słyszany ze swoją zdławioną supliką donikąd 
w chórze profesjonalnie dźwięcznych koloratur 
skowytu? Z nieśmiałości? Z nie do zniesienia jaskrawej 
świadomości, że trzeba by, na dobrą sprawę, 
w każdej sekundzie życia powtarzać to samo "ratuj"? 
Z niechęci do zakłócania spokoju ratownikom 
czy z krańcowej niewiary w ich ratownicze talenty? 
Z pychy: że dam sobie radę z upchniętym do wnętrza złem? 
Czy z innej pychy: kogoś, kto jest tak niedościgłym mistrzem 
własnych braków i mroków, że nie wciąga w ich system zamknięty 
nikogo, igrając z myślą: och, gdybym tak zdradził, co wiem; 

gdybym chciał wam powiedzieć to wszystko, o czym milczę? 

sobota, 17 stycznia 2015

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: pomarańczowe pieguski

Siała baba mak... Mak ma boski smak! ;-) Tak mogłaby się moim zdaniem kończyć popularna rymowanka. I choć nie każde ciasto z makiem wielbię równie mocno (np. klasyczne makowce wydają mi się zbyt ciężkie...), to jednak przyznaję, że nie wyobrażam sobie pieczenia bez tych drobniutkich grafitowo-błękitnawych ziarenek.

Ponad rok temu raczyłam się wspaniałym i leciutkim cytrymakiem, tym razem na karnawałowe szaleństwa proponuję makowe babeczki z dodatkiem pomarańczy - leciutkie i delikatne jak tegoroczna zima (oby tak dalej...). A przepis pochodzi z jednego z moich ukochanych blogów - polecam MojeWypieki.com wszystkim - i kulinarnym mistrzom, i totalnym kuchennym dyletantom. :-)



piątek, 16 stycznia 2015

Kolejowa trauma

Ten wpis nie powstałby, gdybym - lekko już przerażona stanem układu wspomagania - nie oddała Myszy w czułe (za odpowiednią opłatą, oczywiście) ręce mechanika. Nie powstałby, bo mając pod ręką samochód, nie skorzystałabym z usług Kolei Wielkopolskich, by dostać się na skrócony weekend (w niedzielę wieczorem będę już w pracy) do Grodziska. Nie powstałby też, gdybym wyszła z pracy 10 minut wcześniej, bo wtedy zdążyłabym na autobus o 17.30, a nie na pociąg o 17.51. 

No, ok, pewnie ma tu też pewien wpływ moje lenistwo - pociąg z Poznania do Grąblewa (to pachnąca jeszcze nowością stacja na trasie do Grodziska, z której mam ciut bliżej do domu niż z dworca, he, he, głównego) jedzie wg planu 48 minut, autobus - jakieś 80 minut. 

Stało się. Wsiadłam do pociągu, znalazłam - o dziwo! - miejsce siedzące, ulokowałam bagaż na półce, a wzrok - w moim ukochanym czytniku e-booków i przygotowałam się na kilkudziesięciominutowy stan bezczynności, skupiając się na wydarzeniach w świecie wykreowanym przez Pratcheta...

Bez większych przeszkód, nie licząc około 2-minutowego opóźnienia na starcie, udało się dojechać do Strykowa. Sukces. Ale później...


poniedziałek, 5 stycznia 2015

MUZEUM MATERIALIZMU SENTYMENTALNEGO: rok z Myszą

Nie należę do grona fanatyków motoryzacji, którzy godzinami potrafią dyskutować na temat brzmienia silnika, nowego modelu ulubionej marki czy też wyższości diesla nad benzyną. ;-) Nie patrzę z pogardą na znajomych, którzy nie posiadają ani auta, ani dokumentów uprawniających do prowadzenia go. Ale przyznaję - odkąd kilkanaście lat temu udało mi się zdać egzamin na prawo jazdy (tak, tak, za czwartym razem, wciąż mi wstyd z tego powodu...), nie wyobrażam sobie życia bez własnych czterech kółek. Właśnie dlatego - po artystycznym wręcz skasowaniu Klipsa tuż przed Świętami 2013 - w moim życiu rok temu pojawiła się najcudniejsza, niezastąpiona i bardzo przyzwoicie prowadząca się (co nie zawsze da się powiedzieć... o mnie) Mysza. O niej mogę faktycznie gadać godzinami... ;-)

Skąd tak silne uczucie w stosunku do - bądźmy szczerzy - zwykłej kupy żelastwa? Nie, nie tylko ze względu na wrodzone lenistwo, z którym wciąż nie udaje mi się wygrać. 

Przeciwnie - do pracy dojeżdżam zwykle komunikacją miejską (parkowanie na Jeżycach jest kosztowną przyjemnością - chyba, że idę na spektakl i wiem, że będę wracać późno), jeśli mogę, wybieram też transport publiczny przy okazji zakupów (poza meblowymi i remontowymi oczywiście). Nie potrzebuję samochodu, by dostać się nim pod market znajdujący się po drugiej stronie ulicy, choć po namyśle stwierdzam, że czasami łatwiej jest przejechać przez skrzyżowanie Marcelińskiej i Przybyszewskiego, niż przejść przez skomplikowany system zeberek dla pieszych. ;-) 

To nie tak...

niedziela, 4 stycznia 2015

Najłatwiejsze postanowienie pod słońcem ;-)

Od kilku dni Internet wręcz huczy od noworocznych postanowień i drwin z postanawiaczy. ;-) Jedni deklarują, inni wyśmiewają, jeszcze inni - już kombinują, jak tu cichcem obejść własne, w dodatku publicznie złożone obietnice. Samo życie. 

Nie przepadam za tłumami, więc staram się unikać takich noworocznych obwieszczeń, czynionych tylko po to, by włączyć się w modny nurt chudnięcia, biegania, uczenia się języków etc. Ale w tym roku robię wyjątek. A nawet - kilka, z tym że nie wszystkie zamierzam tutaj zdradzać. Niech część z nich pozostanie na razie moją tajemnicą. :-)

Jednym podzielę się z Wami na pewno, bo szalenie mi się spodobało. To POSTANOWIENIE KSIĄŻKOWE, które krąży w sieci w tej oto formie:


Skąd taki pomysł u zaprzysiężonego mola książkowego? :-)

piątek, 2 stycznia 2015

"Ważne są tylko te dni..."

Skłamałabym - a przecież nie godzi się kalać pierwszych, niezapisanych jeszcze kart stycznia ordynarnym kłamstwem - gdybym napisała, że rok 2014 będę wspominać z rozrzewnieniem. Przeciwnie: usiłując wczoraj wznieść toast, jednocześnie nie pozwalając się staranować przerażonej Aksie, która schronienia przed północnym hałasem szukała w nogawce mojej pidżamy (co dla dwudziestokilogramowego psa może stanowić drobny kłopot logistyczny), odczułam rodzaj ulgi, że ta parszywa czternastka wreszcie znika z kalendarzy, dokumentów i wszelkich czasomierzy. 

Niech mija! 
Niech przepada!

Nie bę
dę za nią tęsknić.

* * *

Szampan poszumiał w głowie i zniknął, pies powoli dochodzi do siebie (w tym roku nie pomogły nawet środki uspokajające - po tym, jak 27 grudnia hotel Groklin-Rodan zafundował nam noc hałasu, Aksa była coraz bardziej nerwowa, a wczoraj i przedwczoraj przeżywała swoje małe, prywatne piekło...). 

A ja? 

Ja w duchu podliczam bilans rocznych zysków i strat, głupot, które popełniłam, i wiedzy nabytej czasami sporym kosztem. Nie ma co ukrywać, dostałam w tym roku po dupie i to nieźle. Zniszczyłam to i owo, pozbyłam się kilku złudzeń, kilka postaci spadło z piedestałów, które im przeznaczyłam. Bywa.

Ale też trochę wygrałam. Rozruszałam moją rodzinę, wprowadziłam w życie plan porządków i remontów w domu w Grodzisku. Zyskałam (kosztowną, ale i przydatną) wiedzę. O sobie. O ludziach. O świecie.

I choć wciąż wychodzi z tego wartość ujemna, to jednak potraktuję to jako punkt odbicia. Na przyszłość. 

W końcu "ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy". 
Oby Grechuta się nie mylił.

Udanego nowego roku, Czytacze! :-)

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Filantropijny terroryzm

Pamiętacie piękne opowieści, których bohaterem był Robin Hood? Angielskie legendy, film z Kevinem Costnerem zna pewnie każdy, podobnie jak jego komediowy odpowiednik o słynnych facetach w rajtuzach. Z dzieciństwa pamiętam bajkę, w której legendarne postaci przybrały formę zwierzaków - niedźwiedzi, zajęcy, lisów... A jest jeszcze kilka książek - jak choćby te spisane przez honorowego obywatela Poznania, Tadeusza Kraszewskiego... 

Co łączyło te opowieści? Oczywiście główny bohater, który rabował bogatych, by to, co uzyskał, oddawać ubogim. Piękna sprawa, prawda? Urok legendy słynnego rabusia w kapturze robi swoje...

Ale do czasu. Bo kiedy się tak człowiek zastanowi, czar pryska. Czy bowiem pomaganie komuś, będące jednocześnie szkodzeniem komuś innemu, można nazwać szlachetnym? Czy cudza krzywda (nieważne, czyja - człowiek to człowiek) nie neguje samej idei pomocy?

Robin Hood i paradoks pomocy poprzez cudzą krzywdę przypomniał mi się po ostatnim weekendzie spędzonym w Grodzisku, u rodziców. Przypomniał się dość boleśnie, bo w nocy po dość męczącej i pracowitej sobocie. A konkretniej - między 23.00 a 2.30...

Powodem mojej bezsenności nie były filozoficzne rozważania o angielskich legendach. Przyczynę stanowił hałas dobiegający z obiektu mieszczącego się po drugiej stronie ulicy, czyli ze stadionu.

UWAGA! Jeśli jesteś jednostką podatną na populistyczne zagrywki, los "biednych dzieci z domów dziecka" etc., nie czytaj, bo się zirytujesz. Ja jestem nieczuła, niestety. ;)

wtorek, 2 grudnia 2014

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: anielska tarta czyli pierzaste kółko graniaste

Niezależnie od tego, jak minorowo wybrzmiał poprzedni, powitalno-powrotny wpis, muszę stwierdzić, że w ostatnich miesiącach udało mi też się osiągnąć kilka niewielkich, ale znaczących sukcesów. Jeden z nich to... zakup foremki do pierników. A konkretniej: aniołka, którego brakowało dotychczas w moich foremkowych zbiorach. 

Taki aniołek to na
der cenny okaz, choć musiało minąć ponad 30 lat mojej nędznej, bezaniołkowej egzystencji, bym mogła się o tym przekonać. Niby nic, kawałeczek metalu uformowany w skrzydlaty kształt, a jakaż to radość dla kolekcjonerki wykrawaczy. :-) Zwłaszcza, że udało mi się go kupić solo, bez konieczności targania do domu zbędnych, bo powtarzających się elementów świątecznych piernikowych niezbędników, takich jak gwiazdki, serducha, katarzynki czy inne bałwany... Ha! Teraz brakuje mi już tylko śnieżynki (kto wie i podpowie, gdzie w Poznaniu, najlepiej w okolicach Jeżyc, mogę taką foremkę znaleźć?)...

Skoro zaś w domu pojawił się nowy skrzydlaty przyjaciel, trzeba go było przetestować. Pierniczki-aniołki wkrótce pojawią się w innym wpisie, a dziś wieczorem proponuję Wam ciut inną recepturę - choć, podobnie jak pierniki - nawiązującą już do kulinarnego klimatu bożonarodzeniowego...

Zapraszam do lektury!




Kuchenne drzwi

Zniknęłam stąd blisko trzy pory roku temu, w ostatni wieczór zimy. Ukradkiem, bez pożegnania, bo to jedna z tych (licznych ostatnio...) rzeczy, które zdecydowanie mi w życiu nie wychodzą. Nie planowałam tej przerwy - po prostu tak wyszło. Zamknęłam cichutko drzwi do bloga, żeby zmierzyć się z potworem, którego nie da się zakląć w posłuszne litery: z samą sobą.

I tak jakoś wyszło, że zima - która w Wielkopolsce panoszy się od zaledwie kilku dni - skuła tamto moje zniknięcie i dzisiejszy powrót lodowatą, kruchą klamrą. Wracam. Nie wiem, czy na długo. Ale zbyt wiele słów skłębiło się już w mojej głowie - gdzieś przecież trzeba je wyrzucić, na nowo przyuczając oporne palce do żmudnej pracy pod dyktando... głowy? duszy? serca? żołądka? No, powiedzmy ogólnie, że tego organu, który aktualnie każe mi się tu wywnętrzać. I który... tęsknił.

Oszczędzę sobie i światu (o ile świat raczy zauważyć) wynurzeń na temat tego, co działo się ze mną wiosną, latem i jesienią. Po prostu - wrócę do tego mojego małego wirtualnego kąta ulubioną drogą tych, którzy nie chcą narobić zbędnego hałasu: kuchennymi drzwiami. :-) 

I zobaczymy, co z tego wyniknie.

piątek, 21 marca 2014

Ostatni zimowy wieczór

Mogłabym napisać o tym, jak mi jest ostatnio źle.
Mogłabym napisać o tym, jak mi jest ostatnio samotnie.

Dziś, nie mogąc już wytrzymać z samą sobą w czterech ścianach kawalerki, musiałam wyjść na długi spacer. Tak, najzwyczajniej w świecie zwiałam. Przed moim parszywym nastrojem i przed myślami.

O tym też mogłabym napisać, ale chyba nie potrafię. 
Zamiast słów będą więc zdjęcia z ostatniego zimowego wieczoru na poznańskim Starym Mieście. Jest mi właśnie tak, jak na nich.




Franciszkańska 3 w Poznaniu kojarzy się najwyraźniej ciut inaczej niż w Krakowie.


Garbaty cień.

środa, 26 lutego 2014

Senny przemyt

Są informacje, które - choć ważne dla tak zwanej ludzkości - spływają po mojej świadomości jak woda po kaczce, nie pozostawiając w niej żadnych śladów i nie wywołując głębszej refleksji. Wiem, wiem, nie jest powodem do chluby fakt, że nie wylewam łez z powodu malejącej populacji tego czy innego chrząszcza w Azji, że nie spędza mi snu z powiek jakiś nierozwiązywalny problem matematyczny albo nierozwikłana zagadka fotosyntezy... Przepraszam, jestem tylko wiedźmą o małym rozumku i pokręconej wyobraźni, którą stymuluje głównie ideowy plankton: paradoksalne błahostki, myślowe świecidełka i okruchy informacji... 

To właśnie nimi zachwycam się najintensywniej.
I właśnie one skłaniają mnie najczęściej do myślenia: ciekawostki na ostatnich stronach gazet, informacje z przypisów, ramek i dodatków, niesprawdzone lecz urocze drobiazgi, które nigdy nie trafią do poważnych podręczników i opracowań. Informacyjny plebs, gildia wiadomości zbędnych i niewiele wartych, a jednak kuszących - oto moi przyjaciele i sojusznicy, oto dzicy lokatorzy w mojej przepełnionej łepetynie.

Tak, po tym ideologicznym wstępie mogę przejść do właściwego zagadnienia, czyli nowej błyskotki w mojej kolekcji niepotrzebnych informacji opatrzonych hasłem "Wyczytałam gdzieś, że...". ;-)

wtorek, 25 lutego 2014

Wyznanie z głębi szafy

W mojej garderobie niespełna pół roku temu zagnieździł się mrok. Zniknęły gdzieś kwieciste sukienki, spódnice i bluzki w mocnych, zdecydowanych barwach, które tak lubię... Zastąpiły je czernie, szarości, brązy, niekiedy zestawiane nieśmiało z ciemnym fioletem lub granatem. 

Tak, w mojej szafie zamieszkała żałoba. 
Sama ją zaprosiłam po śmierci babci.

Nie płakałam, nie rozpaczałam, nie zamknęłam się w domu na cztery spusty. Przeżyłam tę pustkę na swój sposób - i wciąż jeszcze przeżywam. No i przywdziałam barwy ochronne - nie dla innych, nie na pokaz, lecz dla siebie i dla babci, obiecując sobie, że wytrzymam w tej mrocznej tonacji do lutego. 

Udało się. Mamy luty.

Mogę już otworzyć szafę i zrobić w niej miejsce na kolory, radość i wyjątkowo wczesną w tym roku wiosnę. Niech czernie i szarości wylądują na samym dnie, niech zginą w powodzi przywróconych do łask barw. 

Zmiana warty. Już czas. :-)




niedziela, 16 lutego 2014

Z WIEDŹMOWEJ KUCHNI: Tort przywołujący wiosnę

Słonecznik to jeden z moich ulubionych kwiatów - prosty, wysoki i mocny, zawsze zwracający twarz ku jasnym stronom życia. Ładny i zarazem przydatny: wie to każdy, kto choć raz korzystał z oleju słonecznikowego lub pieczołowicie łuskał ziarna, pragnąc nimi nasycić głód... 

To także roślina nieodmiennie kojarząca mi się z domem. Z prowincją, której się nigdy nie wyprę, bo ją po prostu lubię. :-) I z wiosennym ciepłem, z mocą kolorów, którymi można nasycić oczy.

Wrzucam tu więc tort słonecznikowy - moją kolejną próbę z lukrem plastycznym - niech przyciągnie słońce, ciepło i lepsze dni.


Przepis na podstawowe elementy składowe na tort znajdziecie tutaj.